View Full Version : Czy przekład jest odbiciem tekstu źródłowego czy nową jakością?
Odpowiadam sam sobie. A raczej kontynuuję pytanie...
W ujęciu uniwersalnego racjonalizmu (UR) przekład jest odbiciem tekstu źródłowego. UR zakłada biologiczny i psychologiczny determinizm. Jak pisze Guarddon Anelo (polecam artykuł zamieszczony w czytelni pt. "Filozofia, antropologia i lingwistyka w tłumaczeniu" ) jest to teoria opowiadająca się za natywizmem, który ujednolica wszystkie ludzkie zwyczaje i pojęcia, różnorodność natomiast jest względnie powierzchowna i ma drugorzędne znaczenie. Z punktu widzenia UR tłumacz przerysowuje rzeczywistość przedstawioną w jednym tekście do drugiego, ograniczając się tylko do jednego transferu. Adresat tłumaczenia ma taką samą charakterystykę biologiczną i psychologiczną jak adresat tekstu oryginalnego. Dlatego z perspektywy uniwersalnego racjonalizmu tłumacz nie powinien mieć problemów z przetłumaczeniem tekstu docelowego, nawet jeśli ten zawiera odniesienia do kulturowo odrębnej rzeczywistości.
W ujęciu relatywistycznym, które zakłada, że proces rozumienia poznawczego jest zależny od uwarunkowanego kulturalnie pojęciowego sposobu myślenia, przekład to nowa jakość. Proces tłumaczenia nie jest bowiem wyłącznie kwestią lingwistyki. Aby dotrzeć do adresata tłumaczy się nie tylko słowa, ale też pojęcia a nawet konteksty. Dzieje się tak dlatego, że czynniki genetyczne są nieistotne w kształtowaniu wiedzy i pojęć, w odróżnieniu od czynników stanowiących otoczenie, w którym dane indywiduum się rozwinęło. Innymi słowy, człowiek rodzi się bez uniwersalnej wiedzy pozwalającej na zrozumienie każdego przekazu a zatem praca tłumacza wymaga więcej wysiłku niż prosta transformacja tekstu źródłowego.
Która koncepcja jest właściwa?
Druga, ofkoz. Dalej nawet nie argumentuję, bo założenie "Adresat tłumaczenia ma taką samą charakterystykę biologiczną i psychologiczną jak adresat tekstu oryginalnego" jest nie do obronienia. Chyba, że czegoś nie zrozumiałem, zmylony mnogością izmów:).
Ja również, jako wielka fanka hipotezy Sapira-Wolfa, jestem za relatywizmem.
Jestem przekonana, iż język wpływa zarówno na nasze zdolności kognitywne, jak i na naszą percepcję i w przypadku procesu tłumaczenia there is much more to translate than meets the eye ;) W przeciwnym wypadku, gdyby racjonalizm wiązał się z uniwersalizmem języka gdzieś tam w "głębokiej strukturze", nie rozumimem po co ludzkość zadała sobie tyle trudu aby wykształcić tyle odmiennych systemów gramatyczno leksykalnych? ;) Czy jesteśmy aż takimi masochistami by celowo utrudniać sobie komunikację?
charlottea
01-07-2008, 13:39
A ja jestem przeciwko relatywizmowi!
Przekład mooim zdaniem to nie jest akt twórczości własnej opierający się na subiektywnej interpretacji tekstu i decyzjach tłumacza, czy jego talencie artystyczno-literackim. Wtedy tłumaczone teksty pozbawione byłyby obiektywnego znaczenia, tylko ich sens zmieniałby się w zależności od indywidualnego nastawienia autora. Taka sytuacja jest moim zdaniem niedopuszczalna. Te wszystkie postmodernistyczne filozofie doprowadzają nas do jakiś absurdów!!
Wyznacznikiem dobrego tłumaczenia jest ekwiwalencja. I nie oznacza ona bynajmniej tłumaczenia dosłownego, ale raczej dokładne przekazanie znaczenia wyrażeń użytych przez autora, z zastosowaniem norm językowych właściwych dla danego typu tekstu. Tekst tłumaczenia musi zarówno semantycznie, jak i stylistycznie odzwierciedlać tekst oryginalny, i jest to jak najbardziej możliwe do osiągnięcia jeśli oczywiście posiada się odpowiednie kwalifikacje...
Klempicz
01-25-2008, 14:49
Zaprzeczasz sam/a sobie... Co to znaczy, że "tekst ma semantycznie odzwierciedlać tekst oryginalny"? To znaczy, że ma znaczyć to samo - a więc wywoływać w umyśle i postrzeganiu odbiorcy podobne (te same) wrażenia i skojarzenia co w umyśle nadawcy informacji (autora tekstu źródłowego), a takie same skojarzenia w różnych kręgach kulturowych są wywoływane często przez różne pojęcia i te różnice trzeba znać i uwzględniać, inaczej tłumaczenie jest mniej lub bardziej błędne...
W pierwszym akapicie potępiasz relatywizm, a w drugim uzasadniasz swój wybór, jednak argumenty, które podajesz są tak naprawdę definicją relatywizmu ;)
A poza tym - prosty przykład, wręcz łopatologiczny - przetłumacz na angielski zdanie "Pożyczyłem stówę"... Nic z tego, gdyby dało się odrzucić relatywizm, kontekst, kulturę (nie w tym przykładzie oczywiście), to niepotrzebny byłby żywy tłumacz - wszystko zrobiłby za nas automatyczny translator komputerowy... Tłumaczenie w większym lub mniejszym stopniu to jednak twórczość własna.
Pozdrawiam!
Tom z Sopotu
01-25-2008, 19:04
Moim zdaniem jednak (szerzej wypowiedziałem się na ten temat w dygresji wątku o Okudżawie), im mniej własna, tym lepiej. Z zasady (choć nie przeczę, że i od niej pewnie znajdą się wyjątki) przeciwny jestem temu, by tłumacz z góry i generalnie dawał sobie duży luz w tłumaczeniu. Tzn. bez skrupułów uprawiał twórczość własną tam, gdzie nie jest to konieczne - np. pozostając przy swoim pierwszym, efektownym rozwiązaniu translatorskim, podczas gdy mógł pomyśleć pół godziny dłużej i znaleźć rozwiązanie mniej efektowne, ale wyraźnie bliższe oryginałowi. Uważam, że trzeba zachować autodyscyplinę, nie dać się ponieść, nie traktować przekładu z założenia zbyt swobodnie - upraszczając ten wywód: odchodzić od dosłowności dopiero wtedy, kiedy się upewnimy, że nie ma innego wyjścia. A już za zupełnie niedopuszczalne uważam (co może się przydarzyć zwłaszcza tłumaczom uprawiajacym poza tym własną twórczość literacką), pozostawienie na przekładzie piętna własnego, charakterystycznego i rozpoznawalnego stylu.
charlottea
01-27-2008, 11:14
Zaprzeczasz sam/a sobie... Co to znaczy, że "tekst ma semantycznie odzwierciedlać tekst oryginalny"? To znaczy, że ma znaczyć to samo - a więc wywoływać w umyśle i postrzeganiu odbiorcy podobne (te same) wrażenia i skojarzenia co w umyśle nadawcy informacji (autora tekstu źródłowego), a takie same skojarzenia w różnych kręgach kulturowych są wywoływane często przez różne pojęcia i te różnice trzeba znać i uwzględniać, inaczej tłumaczenie jest mniej lub bardziej błędne...
W pierwszym akapicie potępiasz relatywizm, a w drugim uzasadniasz swój wybór, jednak argumenty, które podajesz są tak naprawdę definicją relatywizmu ;)
Witam! Nie zgodzę się z tym ostatnim zdaniem. Mój argument jest raczej definicją ekwiwalencji, a nie relatywizmu. przynajmniej w moim rozumieniu tych dwóch pojęć relatywizm jest wręcz przeciwieństwem ekwiwalencji. Bo relatywizm zakłada wielość znaczeń tych samych zwrotów, a ekwiwalencja skupia się na oddaniu dokładnie tego samego przekazu.
Zwróć uwagę, iż argumentem przeciw relatywizmowi było zarówno semantyczne, jak i stylistyczne odzwierciedlanie oryginału, a tutaj już wachlarz możliwości przekładu się znacznie zawęża.
Dziękuję za opinię! Pozdrawiam.
Klempicz
01-28-2008, 10:43
Moim zdaniem jednak (szerzej wypowiedziałem się na ten temat w dygresji wątku o Okudżawie), im mniej własna, tym lepiej. Z zasady (choć nie przeczę, że i od niej pewnie znajdą się wyjątki) przeciwny jestem temu, by tłumacz z góry i generalnie dawał sobie duży luz w tłumaczeniu.
Ale ja temu wcale nie zaprzeczam, wręcz przeciwnie, jestem tego samego zdania. Chodzi o wyważenie tych dwóch spraw, w końcu ma to być tłumaczenie, a nie tekst napisany na podstawie czy na motywach. Tłumacz musi mieć samokontrolę, przy czym mówię tu o tłumaczeniach np. technicznych, jeśli chodzi np. o wiersze czy piosenki - zakładam jednak większy luz.
Pozdrawiam!
Tom z Sopotu
01-28-2008, 12:09
Pytanie: jak duży? Przywoływane tu już barańczakowe "Szekspiry", to jeszcze Szekspiry czy już Barańczaki? :-)
Klempicz
01-28-2008, 12:52
Pytanie: jak duży? Przywoływane tu już barańczakowe "Szekspiry", to jeszcze Szekspiry czy już Barańczaki? :-)
Tego nie da się aż tak dokładnie skategoryzować. Według mnie to "szekspiry", ale wszyscy wiedzą, że są "szekspiry Barańczaka" i "szekspiry Słomczyńskiego". I dobrze :)
Tego nie da się aż tak dokładnie skategoryzować. Według mnie to "szekspiry", ale wszyscy wiedzą, że są "szekspiry Barańczaka" i "szekspiry Słomczyńskiego". I dobrze :)
Nawet w którymś opracowaniu do Szekspirów Słomczyńskiego jest taki fajny rozdzialik o tłumaczeniach Barańczaka, o różnicach między jednym a drugim tłumaczem.
I jest jest jeszcze taka książa fajna poświęcona Szekspirom po polsku. Tam też był jakiś fajny artykuł o Barańczaku szekspiryzującym.
Ogólne tezy to takie, że przy Szekspirach trzeba się nieźle nagimnastykować, że szekspiry w oryginale są często dużo krótsze, bo i słowa w angielskim są krótsze; że Polakom czasem trzeba wyjaśnić kontekst dla Angoli zrozumiały od razu. Mówią, że obaj panowie radzą sobie dobrze, ciężko kateogoryzować i porównywać, bo zawsze w czymś jeden jest lepszy od drugiego.
No ale humor, gra słów u Szekspira - tu jest niezła jazda dla tłumacza.
I tu Barańczak według tych artykułów jest lepszy od Słomczyńskiego.
Szkoda, że nie pamiętam tytułów tych książek/artykułów.
Klempicz
01-31-2008, 15:26
A pamiętacie czterowierszowe "szekspiry" Barańczaka w pigułce? Próbowałem to znaleźć w necie, ale bezskutecznie... Ma to może ktoś?
Pozdrawiam!
Tom z Sopotu
02-03-2008, 15:51
Znam kogoś, kto je zna na pamięć - a skoro zna, to pewnie gdzieś przeczytał i wie, gdzie znaleźć. Zapytam.
A, nota bene, ten ktoś to świetny poeta z Krakowa, a bywa że i tłumacz (jego tłumaczenie "Scarborough fair" nawet tu gdzieś zamieściłem obok swojego). Chętnie bym go ściągnął na to forum, gdyby nie fakt, że on słabo uinternetowiony jest trochę...
Co zaś się tyczy tych artykułów o szekspirach Barańczaka i Słomczyńskiego, jeśli ktoś je znajdzie, pliz, niech wrzuci, choćby do mnie na priva - takie analizy porównawcze szalenie mnie jarają.
Z zasady (choć nie przeczę, że i od niej pewnie znajdą się wyjątki) przeciwny jestem temu, by tłumacz z góry i generalnie dawał sobie duży luz w tłumaczeniu. Tzn. bez skrupułów uprawiał twórczość własną tam, gdzie nie jest to konieczne - np. pozostając przy swoim pierwszym, efektownym rozwiązaniu translatorskim, podczas gdy mógł pomyśleć pół godziny dłużej i znaleźć rozwiązanie mniej efektowne, ale wyraźnie bliższe oryginałowi. Uważam, że trzeba zachować autodyscyplinę, nie dać się ponieść, nie traktować przekładu z założenia zbyt swobodnie - upraszczając ten wywód: odchodzić od dosłowności dopiero wtedy, kiedy się upewnimy, że nie ma innego wyjścia. A już za zupełnie niedopuszczalne uważam (co może się przydarzyć zwłaszcza tłumaczom uprawiajacym poza tym własną twórczość literacką), pozostawienie na przekładzie piętna własnego, charakterystycznego i rozpoznawalnego stylu.
A ja jestem za tym, żeby zachować sensowną równowagę między dosłownością, a swobodą tłumacza w podejściu do tekstu. Nie uważam wcale, że trzymanie się tekstu oryginalnego nie jest konieczne. Wręcz przeciwnie - jest obowiązkiem tłumacza. Nie ma tu miejsca na, jak to nazwał Tom, "twórczość własną". Sam przekład przecież opiera się właśnie na tekście wyjściowym, bez którego nie byłoby przekładu i dlatego właśnie przekład nie powinien odbiegać zbytnio od oryginału, lecz wyrazić go w innym języku, zachowując styl, rejestr itd. Z drugiej strony uważam, że są sytuacje kiedy zbyt dokładne trzymanie się oryginału może zaszkodzić przekładowi. W tłumaczeniu niezwykle istotna jest naturalność i na nią bym stawiała, czasami nawet poświęcając dosłowność. Szczególnie jeśli chodzi np. o przekład poezji. Jednak jak już wspomniałam na początku, w tłumaczeniu należy przede wszystkim zachować równowagę między dosłownością, a odbieganiem od oryginału. A tłumacz powinien wiedzieć, kiedy może pozwolić sobie na więcej "luzu", a kiedy jest to niewskazane.
Oj, jak teraz przeczytałam mój komentarz to widzę, że trochę w nim namieszałam... Ale może ktoś zrozumie:D
Myślę, że przekład nie powinien być ani wiernym odbiciem tekstu źródłowego ani też zupełnie nową jakością. Należy poszukać złotego środka... W pierwszym przypadku, automatyczny translator komputerowy wykonałby za nas całą pracę (co więcej, za darmo ) ;) Tłumaczenie nie polega przecież na dosłownym przełożeniu tekstu obcojęzycznego na język docelowy. Należy zwrócić uwagę na takie "drobnostki" jak gramatyka, styl, rejestr itp., czego automatyczny translator nie jest w stanie zrobić. Z drugiej strony, tłumacz nie może sobie pozwolić na zupełnie frywolną interpretację tekstu. Autor oryginalnej wersji chce zapewne coś czytelnikowi przekazać i nie jest rolą tłumacza, poprawianie lub jakiekolwiek korekty podczas tłumaczenia. Często konieczne jest niewielka zmiana tekstu, ale nigdy nie powinna ona być zbyt znacząca. Niemniej jednak, gdybym miała wybierać, przychyliłabym się do tłumaczenia odbiegającego od oryginału, niż do przekładu "word for word".
Myślę, że przekład nie powinien być ani wiernym odbiciem tekstu źródłowego ani też zupełnie nową jakością. Należy poszukać złotego środka...W pierwszym przypadku, automatyczny translator komputerowy wykonałby za nas całą pracę (co więcej, za darmo ) Tłumaczenie nie polega przecież na dosłownym przełożeniu tekstu obcojęzycznego na język docelowy. Należy zwrócić uwagę na takie "drobnostki" jak gramatyka, styl, rejestr itp., czego automatyczny translator nie jest w stanie zrobić. Z drugiej strony, tłumacz nie może sobie pozwolić na zupełnie frywolną interpretację tekstu.
Pierwsze zdanie brzmi jak uprawianie sztuki dla sztuki, której celem jest sam złoty środek - wszystko zależy od tekstów, języków i społeczności kulturowych.
Co rozumiemy w ogóle pod hasłem odbicie tekstu źródłowego? Jeśli fakt, że w tłumaczeniu zaznacza się wtórność wobec oryginału (zrobienie xera i tak jest niemożliwe ze względu na to, że mamy do czynienia z dwoma różnymi kodami językowymi), to nie widzę w tym nic złego, tym bardziej jeśli jest to wierne odbicie ("wierne" nie znaczy "dosłowne" i żaden program nie zrobiłby nam "wiernego tłumaczenia"!!!). To odbicie jest wręcz koniecznością, bo inaczej po co w ogóle tłumaczyć, lepiej napisać coś swojego pod własnym nazwiskiem. Oczywiście, tłumacz nie może pozwolić sobie na frywolną interpretację tekstu, ale czasami powinien, a nawet musi stworzyć zupełnie nową jakość ("nowa jakość" jest już zaprogramowana z pojawieniem się nowej osoby - większość z nas przetłumaczyłaby na różny sposób nawet proste zdanie). Powiązanie z oryginałem - odbicie - wciąż jest i kryje się w tym, że to jest nowa jakość danego, konkretnego tekstu wyjściowego. Inaczej: jak byśmy przetłumaczyli dowcip o pandzie (suzi quatro)? - jest tu wiele własnej inwencji, ale koncept, zasada kalamburu, a więc to, co najistotniejsze, pozostało.
Autor oryginalnej wersji chce zapewne coś czytelnikowi przekazać i nie jest rolą tłumacza, poprawianie lub jakiekolwiek korekty podczas tłumaczenia. Często konieczne jest niewielka zmiana tekstu, ale nigdy nie powinna ona być zbyt znacząca. Niemniej jednak, gdybym miała wybierać, przychyliłabym się do tłumaczenia odbiegającego od oryginału, niż do przekładu "word for word".
Zgodzę się, że nie jest rolą tłumacza zmienianie wizji autora, a już niedopouszczalne jest zmienianie warstwy ideowej, ale uzasadnione korekty, mniej lub bardziej znaczące, w innych względach należą do etyki zawodu tłumacza. Jeśli przekład brzmi lepiej od oryginału, to chwała tłumaczowi!
Podsumowując: gdyby przekład nie był odbiciem tekstu źródłowego i nową jakością zarazem, nie byłby przekładem. Który aspekt przeważa, zależy, moim zdaniem, od zbyt wielu czynników, aby uogólniać.
Tom z Sopotu
04-13-2008, 22:47
Myślę, że przekład nie powinien być ani wiernym odbiciem tekstu źródłowego ani też zupełnie nową jakością. Należy poszukać złotego środka...
A ja uważam, że przekład powinien być wiernym odbiciem oryginału ZAWSZE KIEDY SIĘ DA. Dopiero kiedy się upewnimy, że się nie da, możemy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku odejść - i TYLKO TYLE, ILE KONIECZNE od oryginału. Oczywiście to "co konieczne" może być różnie interpretowaną wartością w oczach różnych tłumaczy, generalnie jednak wierność wydaje mi się dobrem najwyższym do momentu, w którym przekład zaczyna odstawać porównywalną wartością artystyczną od oryginału. Wiem, mętne to, ale będę się tego trzymał. Na prewno zaś luz translatorski powinien być OSTATNIĄ rzeczą, na jaką powinniśmy sobie pozwalać, po rozważeniu wszystkich pozostałych czynników.
martula191
01-18-2009, 11:54
Zgadzam się całkowicie z tym, że na ile to możliwe wartość artystyczna i merytoryczna tekstu powinna pozostać ta sama. Osobiście bardziej skłaniałabym się za koncepcją, w ktorej tłumaczenie nie powinno być traktowane jako nowa jakość ale raczej jako możliwie najbliższy originału transfer słow z zachowaniem tego samego efektu na odbiorcy.
martula191
01-19-2009, 11:55
A propo tego zagadnienia przyszło mi do głowy dość nietypowe pytanie. Zaczęłam się zastanawiać czy w przypadku, kiedy w tłumaczonym tekście są drobne nieścisłości lub błędy rzeczowe i tłumacz je zauważy, to czy powinien je skorygować. Wydaje mi się to niejednoznaczne, bo jeśli założyć, że tłumaczenie jest nową jakością i ma jedynie odzwierciedlać sens oryginału przy zachowaniu podobnej formy to należałoby naprawić niedociągnięcia. Z drugiej jednak strony idąc bardziej w kierunku zachowania jak największej wierności oryginałowi myślę, że należałoby rownież przetłumaczyć i to, co jest merytorycznie niezgodne ze stanem faktycznym. Czy ktoś z kolegow i koleżanek dysponuje wiedzą, czy istnieje jakaś norma w rozwiązywaniu tego problemu.
Tom z Sopotu
01-19-2009, 12:38
A propo tego zagadnienia przyszło mi do głowy dość nietypowe pytanie. Zaczęłam się zastanawiać czy w przypadku, kiedy w tłumaczonym tekście są drobne nieścisłości lub błędy rzeczowe i tłumacz je zauważy, to czy powinien je skorygować. Wydaje mi się to niejednoznaczne, bo jeśli założyć, że tłumaczenie jest nową jakością i ma jedynie odzwierciedlać sens oryginału przy zachowaniu podobnej formy to należałoby naprawić niedociągnięcia. Z drugiej jednak strony idąc bardziej w kierunku zachowania jak największej wierności oryginałowi myślę, że należałoby rownież przetłumaczyć i to, co jest merytorycznie niezgodne ze stanem faktycznym. Czy ktoś z kolegow i koleżanek dysponuje wiedzą, czy istnieje jakaś norma w rozwiązywaniu tego problemu.
No kurczę, to jest rzeczywiście trudne pytanie. Przyznam, że sam nie mam jeszcze zdania... Ale ciekaw jestem zdań innych.
michalina
01-19-2009, 16:08
A propo tego zagadnienia przyszło mi do głowy dość nietypowe pytanie. Zaczęłam się zastanawiać czy w przypadku, kiedy w tłumaczonym tekście są drobne nieścisłości lub błędy rzeczowe i tłumacz je zauważy, to czy powinien je skorygować. Wydaje mi się to niejednoznaczne, bo jeśli założyć, że tłumaczenie jest nową jakością i ma jedynie odzwierciedlać sens oryginału przy zachowaniu podobnej formy to należałoby naprawić niedociągnięcia. Z drugiej jednak strony idąc bardziej w kierunku zachowania jak największej wierności oryginałowi myślę, że należałoby rownież przetłumaczyć i to, co jest merytorycznie niezgodne ze stanem faktycznym. Czy ktoś z kolegow i koleżanek dysponuje wiedzą, czy istnieje jakaś norma w rozwiązywaniu tego problemu.
Ale o jakich błędach mowa? Myślę, że jeśli błąd zauważony jest wynikiem błędu w druku, przejęzyczenia, zwykłego pomylenia imienia czy nazwiska to tłumacz może pozwolić sobie na dokonanie poprawki. Czasem jednak coś, co my uznajemy za błąd, jest w przekonaniu autora świętą prawdą... nie ruszałabym. Czasem warto zaznaczyć naszą czujność stawiając za błędnym stwierdzeniem, wyrażeniem itp. słówko SIC! w nawiasie.
Tom z Sopotu
01-19-2009, 16:19
Ale o jakich błędach mowa? Myślę, że jeśli błąd zauważony jest wynikiem błędu w druku, przejęzyczenia, zwykłego pomylenia imienia czy nazwiska to tłumacz może pozwolić sobie na dokonanie poprawki. Czasem jednak coś, co my uznajemy za błąd, jest w przekonaniu autora świętą prawdą... nie ruszałabym. Czasem warto zaznaczyć naszą czujność stawiając za błędnym stwierdzeniem, wyrażeniem itp. słówko SIC! w nawiasie.
Myślę, że nie zawsze da się to odróżnić.
joannamitula
01-19-2009, 18:37
Czuję się tu trochę jak dziecko we mgle, ale wydaje mi się, że pytanie jest źle postawione, bo zakłada, że te dwie rzeczy się wykluczają, a moim zdaniem tak nie jest. Przekład ma za zadanie tłumaczyć tekst źródłowy na język docelowy, czyli go odzwierciedlać, ale nie możliwe jest dobre tłumaczenie bez pewnego rodzaju kreatywności, czyli "nowej jakości". Moim zdaniem bardzo dużo zależy od tekstu: czy jest to literatura czy tekst naukowy albo o marketingu. Jeśli chodzi o teksty literackie, to nie uda się jednej osobie odnaleźć i zawrzeć w tłumaczeniu wszystkich możliwości interpretacji a przy tym zachować, niekiedy niezwykle istotną, formę. Tekstów naukowych te teorie się chyba nie imają.
arek.mikrut
01-20-2009, 08:25
Według mnie, tłumacz powinien poprawiać tylko niektóre błędy. Wielokrotnie widzę jak mój ojciec siedzi z lupą nad jakimś carskim tekstem i usiłuje wygooglować coś, co powinno się znajdować w treści dokumentu, a niestety nie znajduje się tam lub pojawia w wersji zniekształconej, tudzież niepoprawnej, a czasem nawet przekłamanej. jednakże, gdy literówki czy błedy ortograficzne lub stylistyczne należy poprawić, jeśli tylko nie są one popełnione celowo (jak np. w niektórych dziełach literackich typu Masłowskiej), to nie do końca mi wiadomo, czy poprawiać błędy rzeczowe. Odnosząc się więc do wypowiedzi przedmówczyni, mogę stwierdzić iż należy poprawiać niezamierzone literówki, błędy stylistyczne itp. Jednak kontynuuję pytanie: co zrobić, gdy pojawiają się błędy rzeczowe, mimo, iż autor jest o nich święcie przekonany, np. Rome is a capital city of France.
Tom z Sopotu
01-20-2009, 12:12
Jednak kontynuuję pytanie: co zrobić, gdy pojawiają się błędy rzeczowe, mimo, iż autor jest o nich święcie przekonany, np. Rome is a capital city of France.
Myślę, że to w dużym stopniu zależy od znaczenia, jakie tego typu stwierdzenie ma dla reszty tekstu. Jeśli jest to "epizod bez następstw", to myślę, że można poprawić taki błąd. Jeśli jednak autor buduje na tym błędzie dalszy ciąg rozumowania, to cóż - niech się kompromituje na własne konto; tłumacz powinien z samozaparciem tłumaczyć tekst dalej, dołączając co najwyżej przypis, wskazujący, że autor pobłądził.
Moim zdaniem przekład to nowa jakośc- trzeba oczywiście oddać treść tekstu wyjściowego, ale nie ma to być "kalka", odbicie tego tekst. Nowy tekst powinien być stworzony tak, by czytający miał wrażenie, że tekst powstał w jego języku, ma być "naturalny" i dostosowany do kultury, realiów itp., zachowując tym samym treść oryginału. Czyli tak, jak napisał ktoś wcześniej- przekład ma wywołać u odbiorcy podobne wrażenia i skojarzenia jak u czytających (czy też u autora) tekstu źrodłowego.
Co do poprawiania błędów- moim zdaniem, obowiązkiem tłumacza jest poprawianie wszelkich błedów(!), jeśli takowe zauważy, gdyż to tłumacz ponosi odpowiedzialność za koncowy efekt tłumaczenia i to on jest póżniej za takowe błedy obwiniany. Dlatego też dbając o swoją renomę, tłumacz powinien zawsze poprawiać błędy lub/ i konsultować je automatycznie z autorami/ osobami odpowiedzialnymi za tekst wyjściowy.
Tom z Sopotu
01-20-2009, 14:08
Co do poprawiania błędów- moim zdaniem, obowiązkiem tłumacza jest poprawianie wszelkich błedów(!), jeśli takowe zauważy, gdyż to tłumacz ponosi odpowiedzialność za koncowy efekt tłumaczenia i to on jest póżniej za takowe błedy obwiniany. Dlatego też dbając o swoją renomę, tłumacz powinien zawsze poprawiać błędy lub/ i konsultować je automatycznie z autorami/ osobami odpowiedzialnymi za tekst wyjściowy.
No ale nie wtedy przecież, kiedy po poprawieniu błędu tekst będzie miał jeszcze mniej sensu! Jeśli - kontynuując ten przejaskrawiony cokolwiek przykład sprzed paru postów - autor w tekście udowadnia, jaki to wpływ miała francuska kultura na, dajmy na to, architekturę Rzymu, jako stolicy Francji, dowodząc, że Forum Romanum korzeniami tkwi głęboko w galijskiej tradycji, to przecież poprawienie tego błędu uczyni całość jeszcze bardziej nonsensowną niż ona jest do tej pory, bo skąd nagle Forum Romanum w Paryżu?
Powstaje wprawdzie pytanie o sens tłumaczenia tak niekompetentnych tekstów w ogóle, ale załóżmy że takie dostaliście zlecenie po prostu - zleceniodawca chce mieć taki przekład i już.
arek.mikrut
01-20-2009, 19:47
Nasz klient nasz Pan :) Kiedyś zdarzyło mi się tłumaczyć coś, co miało być w założeniu autorki hm...listem motywacyjnym (?). Pani pisała zdania typu: Lubię czekoladę. "Ale uważam, że jedząc ją mogę przytyć." Albo: "Lubię kumpelskie pogaduchy przy piwie". Warto dodać, że list motywacyjny był kierowany do właściciela stadniny koni gdzieś w Teksasie... Zadzwoniłem więc do pana, który mi takie oto tłumaczenie zlecił i pytam co mam robić? Przecież to nie jest profesjonalnie napisane? Na co gość mi odpowiedział coś w stylu "oj niech pan przetłumaczy tak, jak autorka napisała i proszę nic nie zmieniać. Ja tam nie wiem, bo to ja tego nie pisałem więc nie wiem jak ma być". Pomyślałem sobie no dobra, nasz klient nasz pan. A po kilku latach ciekawy jestem czy dostała tę pracę czy nie :) Co o tym myślicie? Czy dobrze zrobiłem tłumacząc literalnie "pogaduchy przy piwie" czy może powinienem był to bez wiedzy klienta bardziej sformalizować?
martula191
01-20-2009, 20:39
Muszę przyznać, że ciekawy przykład ale z drugiej strony kultura amerykańska jest dość otwarta na indywidualizm... Nie wiem co bym w takim przypadku zrobiła. Prawdopodobnie bym zostawiła jednak to, co ta pani lubi robić w wolnym czasie ale te pogaduchy sprzedałabym raczej pod jakąś bardziej formalną nazwą. Na początku problemow z tłumaczeniem błędow chodzilo mi o błędy typu wirusowe zapalenie wątroby wywoływane jest przez bakterie lub silnik wysokoprężny napędzany jest benzyną. Nie chodziło mi o przypadki, w ktorych cały tekst bazuje na tych twierdzeniach, lecz takie, gdzie w spojnym tekscie nagle pojawiają się takie lapsusy. Czy sądzicie, że tłumacz ma prawo ,,wtargnąć" w tekst oryginalny i to zminiec?
joannamitula
01-20-2009, 21:23
Myślę, że takie błędy często są wynikiem zdenerwowania lub zapędzenia się autora i nie są popełniane świadomie, więc ja będąc tłumaczem jak najbardziej poprawiłabym takiż błąd. Praca tłumacza jest odpowiedzialna i należy dużo brać na swą klatę:D
Dokładnie! tak jak pisałam już wcześniej- obowiązkiem tłumacza jest poprawienie takich błędów, ponieważ później wszelkie pomyłki idą na konto nie autora tekstu, lecz na konto tłumacza...
arek.mikrut
01-21-2009, 12:06
Ja również taki błąd bym poprawił. A ostatnio oglądałem jakiś głupkowaty program o króliczkach oplayboya na mtv :D i tam jedna "inteligjętna" blondi mówi: "Oh jak super, jesteśmy w Rzymie, jak to dobrze, że nie zburzył nikt tych zabytków sprzed miliardów lat, bo byśmy nie mieli co oglądać." Więcej przykładów nie pamiętam, ten jedyny zapisał się w mej głowie:) W takim przypadku, myślę, że nie należałoby poprawiać błędu osoby mówiącej, ponieważ sama się kompromituje, więc pozwólmy jej to robić dalej :)
No tak, wszystko zależy do tekstu, jaki tłumaczymy :) jeśli to formalny tekst, to błędy powinniśmy poprawiać, jeśli to np. luźny program, taki dajmy na to jak w przykladzie powyżej, to niekoniecznie :D jednak podtrzymuję moje wcześniejsze zdanie, co do tekstów i dokumentów formalnych...
Wracając do zasadniczego pytania postawionego w tym wątku. Czytałem rozmowę z Anną Marciniakówną (tłumaczka- skandynawistka) w grudniowym Bluszczu i spodobała mi się pewna jej wypowiedź, którą warto przywołać. Na pytanie, na czym polega dobre, wierne tłumaczenie, odpowiedziała: Każde jest własną, indywidualną twórczością. Tłumacz oczywiście jest pośrednikiem, ale nie da się wykluczyć wpływu jego osobowości na to, jaki ten przekład ostatecznie będzie (...) Jeśli oryginał jest dziełem sztuki, to przekład też musi nim być, w dodatku nie żadną artustyczną impresją na temat (...) Trzeba opowiedzieć tę samą historię, opowiedzieć ją tak, jak to zrobił autor: w tej samej stylistyce, ze zbliżoną melodią języka...
I całkowicie sięz nią zgadzam :)
joannamitula
01-23-2009, 10:37
Pani mówi bardzo mądrze, jednak jeśli chodzi o tę melodię, to wiem, że to nie zawsze jest tak hop-siup łatwo, np. w tekstach artystycznych. Ze stylem zazwyczaj nie ma problemu, ale i tak jeden tłumacz przełożył by dany tekst inaczej niż inny tłumacz, co nie oznacza, że źle.
Tom z Sopotu
01-23-2009, 13:16
Pani mówi bardzo mądrze, jednak jeśli chodzi o tę melodię, to wiem, że to nie zawsze jest tak hop-siup łatwo, np. w tekstach artystycznych. Ze stylem zazwyczaj nie ma problemu, ale i tak jeden tłumacz przełożył by dany tekst inaczej niż inny tłumacz, co nie oznacza, że źle.
Jeśli dwa tłumaczenia są wykonane w tej samej stylistyce i ze zbliżoną melodią języka, to wcale jeszcze nie oznacza, że muszą być takie same, albo że jedno jest jakoś wyraźnie gorsze od drugiego. Ważne, żeby oba zachowywały pewne warunki brzegowe - np. nie mogą być tą "impresją na temat". I właśnie w artystycznych tekstach zachowanie tego warunku jest szczególnie istotne.
michalina
01-24-2009, 12:54
Jeśli dwa tłumaczenia są wykonane w tej samej stylistyce i ze zbliżoną melodią języka, to wcale jeszcze nie oznacza, że muszą być takie same, albo że jedno jest jakoś wyraźnie gorsze od drugiego. Ważne, żeby oba zachowywały pewne warunki brzegowe - np. nie mogą być tą "impresją na temat". I właśnie w artystycznych tekstach zachowanie tego warunku jest szczególnie istotne.
O zgrozo! Znów muszę się z Tobą zgodzić, Tom ;)
Tom z Sopotu
01-26-2009, 12:56
O zgrozo! Znów muszę się z Tobą zgodzić, Tom ;)
Zaiste, zatrważające! Do czego to dojdzie w końcu?! ;)
Czy cała ta sprawa z wiernością tłumaczenia nie wydaje się Wam trochę zbyt rozdmuchana? Wszyscy jakoś za bardzo eksponują ten konflikt treść- forma, litera- duch... I to w kilku wątkach jednocześnie (np. o Okudżawie). Jeżeli już mam wpasować się w którąś opcję, to wybieram wierność formie, oczywiście w granicach przyzwoitości. Nie oznacza to, że aprobuję całkowitą samowolę przekładu- bazą niezmiennie pozostaje tekst oryginalny. To punkt wyjścia, pewna świętość, sfera sacrum, której naruszenie oznacza, będę dosadna- profanację. Jakiekolwiek wtręty natury osobistej, własne wariacje „na temat”, choćby nie wiem jak bardzo kusiły, choćby nawet wydawały być się trafniejszymi, piękniej wyrażającymi daną myśl, są niedozwolone. Zachowajmy przy przekładzie nieco zdrowego rozsądku... Tłumacz w pewnym sensie jest rzemieślnikiem- powinien starać się zachować możliwie najwierniejszy kształt oryginału, ale czy za wszelką cenę, nawet kosztem popadnięcia w niezgrabność formy, może nawet kosztem zatraty „ducha”?
izoola, co w takim razie ze stylem literackim? Każdy kto pisze ma swój własny, charakterystyczny styl...jak to przetłumaczyć? Czy w takim razie własny styl wyrażania myśli pozostaje w zgodzie wierności formie?
izoola, co w takim razie ze stylem literackim? Każdy kto pisze ma swój własny, charakterystyczny styl...jak to przetłumaczyć? Czy w takim razie własny styl wyrażania myśli pozostaje w zgodzie wierności formie?
I znów powiem... zachowajmy zdrowy rozsądek, czy bycie wiernym formie wyklucza jednocześnie zatracenie stylu autora? czy nie da się połączyć obu rzeczy jednocześnie, możliwie jak najwierniej, jak najlepiej?
joannamitula
01-29-2009, 13:39
Również wierzę w moc zdrowego rozsądku, tylko nie wiem czym miałby on byćw przypadku stylu literackiego. Czy znaczy to, że im większej grupie podoba się dane tłumaczenie, tym bardziej rozsądne ono jest? Czy mogłabyś podać jakiś przykład, bo nie bardzo wiem co byłoby zdrowym a co niezdrowym rozsądkiem?
Tom z Sopotu
01-29-2009, 13:43
Czy znaczy to, że im większej grupie podoba się dane tłumaczenie, tym bardziej rozsądne ono jest?
A broń Boże! :) Z moich obserwacji wynika, że zazwyczaj jest akurat przeciwnie - im większa grupa, tym mniej w niej rozsądku. :D
Również wierzę w moc zdrowego rozsądku, tylko nie wiem czym miałby on byćw przypadku stylu literackiego. Czy znaczy to, że im większej grupie podoba się dane tłumaczenie, tym bardziej rozsądne ono jest? Czy mogłabyś podać jakiś przykład, bo nie bardzo wiem co byłoby zdrowym a co niezdrowym rozsądkiem?
Zdrowy rozsądek tłumacza nie oznacza, że tłumaczenie jezt rozsądne, nie musi się też wszystkim podobać, istnieje bowiem coś takiego, jak preferencje, gusta odbiorcy (o ile może on w ogóle określić, ze tłumaczenie było kiepskie, a nie samo dzieło, utwór tłumaczony). A jeśli idzie o to, czym ów zdrowy rozsądek jest... jeśli tłumaczymy poezję, która z natury ma być piękna, ma wzruszać, oddziaływać, zastanawiać, to czasem na przykład nie warto upierać się przy dokładnym, dosłownym odzwierciedleniu treści kosztem zatracenia ów ducha poezji...
joannamitula
02-02-2009, 16:31
A jeśli idzie o to, czym ów zdrowy rozsądek jest... jeśli tłumaczymy poezję, która z natury ma być piękna, ma wzruszać, oddziaływać, zastanawiać, to czasem na przykład nie warto upierać się przy dokładnym, dosłownym odzwierciedleniu treści kosztem zatracenia ów ducha poezji...
I tu się nie zgadzam, bo sorx :), ale nie lubię podejścia "sztuka dla sztuki". Uważam, że wiersze są pisane po to, aby wyrazić pewną treść (uczucia najczęściej), przy okazji w sposób artystyczny zapewniając czytelnikowi pewien rodzaj tajemnicy w formie kodu językowego. Jeśli natrafiłabym tłumacząc wiersz na fragment zawierający przepiękną grę słów lub metaforę, której nie da się w pełni zachować przenosząc na inny język, myślę, że próbowałabym znaleźć inną grę słów lub metaforę wyrażającą to samo. Zatem mój zdrowy rozsądek: treść przede wszystkim.
Tom z Sopotu
02-03-2009, 00:50
I tu się nie zgadzam, bo sorx :), ale nie lubię podejścia "sztuka dla sztuki". Uważam, że wiersze są pisane po to, aby wyrazić pewną treść (uczucia najczęściej), przy okazji w sposób artystyczny zapewniając czytelnikowi pewien rodzaj tajemnicy w formie kodu językowego. Jeśli natrafiłabym tłumacząc wiersz na fragment zawierający przepiękną grę słów lub metaforę, której nie da się w pełni zachować przenosząc na inny język, myślę, że próbowałabym znaleźć inną grę słów lub metaforę wyrażającą to samo. Zatem mój zdrowy rozsądek: treść przede wszystkim.
W poezji akurat treść i forma zwykle nie dają się rozdzielić. Ale metoda, którą proponujesz jest bliska mojemu sposobowi myślenia.
katarzynaz
05-24-2009, 22:11
A ja jestem przeciwko relatywizmowi!
Przekład mooim zdaniem to nie jest akt twórczości własnej opierający się na subiektywnej interpretacji tekstu i decyzjach tłumacza, czy jego talencie artystyczno-literackim. Wtedy tłumaczone teksty pozbawione byłyby obiektywnego znaczenia, tylko ich sens zmieniałby się w zależności od indywidualnego nastawienia autora. Taka sytuacja jest moim zdaniem niedopuszczalna. Te wszystkie postmodernistyczne filozofie doprowadzają nas do jakiś absurdów!!
Wyznacznikiem dobrego tłumaczenia jest ekwiwalencja. I nie oznacza ona bynajmniej tłumaczenia dosłownego, ale raczej dokładne przekazanie znaczenia wyrażeń użytych przez autora, z zastosowaniem norm językowych właściwych dla danego typu tekstu. Tekst tłumaczenia musi zarówno semantycznie, jak i stylistycznie odzwierciedlać tekst oryginalny, i jest to jak najbardziej możliwe do osiągnięcia jeśli oczywiście posiada się odpowiednie kwalifikacje...
Zgadzam się. Jeśli tłumaczymy jakiś tekst, to musimy znać jego kontekst oraz rozumieć co autor chciał przekazać. Nie można go tłumaczyć jako swoje "widzimisię". Gdyby każdy tłumaczył według własnego uznania, to tak jak pisze charlottea, żadne wiadomości czy przesłania nie zostałyby przekazane, albo ich przekaz byłby niedokładny.
marlenaww
05-25-2009, 14:43
Ja również zgadzam się z teorią relatywizmu. Oczywistym dla mnie jest fakt, że nie da się w logiczny i przede wszystkim zrozumiały dla adresata sposób przetłumaczyć tekstu, nie mając pojęcia o zapleczu kulturowym lub nie mając wiedzy z dziedziny, z której mamy tłumaczyć. Ja np dostałam do tłumaczenia ostatnio tekst z niem. o filozofii Heideggera i zanim zabrałam się do pracy, pobuszowałam trochę po necie, żeby dowiedzieć się, o co w ogóle hello. Po prostu zaznajomiłam się w rzeczywistością prezentowana w tekście wyjściowym i wtedy tłumaczenie ma sens.
katarzynaz
05-25-2009, 18:25
I tu się nie zgadzam, bo sorx :), ale nie lubię podejścia "sztuka dla sztuki". Uważam, że wiersze są pisane po to, aby wyrazić pewną treść (uczucia najczęściej), przy okazji w sposób artystyczny zapewniając czytelnikowi pewien rodzaj tajemnicy w formie kodu językowego. Jeśli natrafiłabym tłumacząc wiersz na fragment zawierający przepiękną grę słów lub metaforę, której nie da się w pełni zachować przenosząc na inny język, myślę, że próbowałabym znaleźć inną grę słów lub metaforę wyrażającą to samo. Zatem mój zdrowy rozsądek: treść przede wszystkim.
Nie da się ukryć, że każde tłumaczenie jest w pewien sposób interpretacją i nieważne jak ktoś przetłumaczy, to zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą, że tłumaczenie jest wierne oryginałowi i tacy co stwierdzą, że to czysta interpretacja. Cóż nam pozostaje? Tłumaczyć mądrze, a potem być gotowym do obrony swoich wyborów, co tym bardziej wydaje się ważne przy tłumaczeniu poezji.
TomsiaPiotr
05-27-2009, 00:21
Arku: klient ma zawsze racje:)
A co do tematu tego watku, ja powiedzialbym ze przeklad jest odbiciem ktore, w najlepszym wypadku staje sie takze nowa jakoscia. Niestety, nie jest to takie proste. Usilowanie dodania od siebie zbyt duzo prowadzi do nadinterpretacji i "skrzywienia" tego co chcial zakomunikowac nam autor. Tu potrzeba ogromnego wyczucia, dzieki ktoremu nie "skrzywdzimy" ani nie "skrzywimy" tekstu a raczej udoskonalimy go. Moze tu chodzic o odpowiednie srodki stylistyczne, poprawienie struktury tekstu. Musimy jednak pamietac by nie spowodowac ze target audience bedzie w inny sposob odbierac ten tekst. Pytanie zadane przez autora watku jest bardzo skomplikowane, musze przyznac ze sam widze, iz moja wypowiedz jest odrobine chaotyczna. Jutro to na spokojnie przemysle:).
Ja opowiadam się zdecydowanie za drugą teorią. Mnie na studiach zawsze uczono, że przekład ma być zrozumiały dla docelowego czytelnika. Bo nie jest sztuką znaleźć w słowniku słowa i je po prostu przełoży. Nie wszystko zresztą ma swoje odpowiedniki. Dobrze przetłumaczony tekst to taki, który przekłada nie tylko słówka, ale jednocześnie tłumaczy w pewien sposób kontekst kulturowy. Więc tłumaczenie według mnie w pewnym stopniu nadaje nowa jakość tekstu oryginalnego.
TomsiaPiotr
05-27-2009, 20:47
Kasiaw: Zgadzam sie ale musisz przyznac ze to tylko jedna z drug i dotyczy glownie przekladu kulturowego. Co zrobimy jesli przeklad nie jest az tak nacechowany kulturowo? Ja jednak przechylalbym sie powoli z w strone tego, iz przeklad jest odbiciem tekstu zrodlowego... oczywiscie musi zawierac pewne elementy ktore beda nowe, aczkolwiek musi zawierac podobne tresci co pierwowzow.
Moim zdaniem jednak (szerzej wypowiedziałem się na ten temat w dygresji wątku o Okudżawie), im mniej własna, tym lepiej. Z zasady (choć nie przeczę, że i od niej pewnie znajdą się wyjątki) przeciwny jestem temu, by tłumacz z góry i generalnie dawał sobie duży luz w tłumaczeniu. Tzn. bez skrupułów uprawiał twórczość własną tam, gdzie nie jest to konieczne - np. pozostając przy swoim pierwszym, efektownym rozwiązaniu translatorskim, podczas gdy mógł pomyśleć pół godziny dłużej i znaleźć rozwiązanie mniej efektowne, ale wyraźnie bliższe oryginałowi. Uważam, że trzeba zachować autodyscyplinę, nie dać się ponieść, nie traktować przekładu z założenia zbyt swobodnie - upraszczając ten wywód: odchodzić od dosłowności dopiero wtedy, kiedy się upewnimy, że nie ma innego wyjścia. A już za zupełnie niedopuszczalne uważam (co może się przydarzyć zwłaszcza tłumaczom uprawiajacym poza tym własną twórczość literacką), pozostawienie na przekładzie piętna własnego, charakterystycznego i rozpoznawalnego stylu.
Nie mogę się zgodzić z tym ostatnim zdaniem, pachnie mi to próbą odarcia tłumaczenia z jakiegokolwiek czynnika ludzkiego, a przecież to te różnice wynikające z rożnic między tłumaczami są najbardziej fascynujące, zresztą sam gdzieś dalej napisałeś, że 'jarają' Cię takie analizy porównawcze :)
Zgadzam się całkowicie z tym, że na ile to możliwe wartość artystyczna i merytoryczna tekstu powinna pozostać ta sama. Osobiście bardziej skłaniałabym się za koncepcją, w ktorej tłumaczenie nie powinno być traktowane jako nowa jakość ale raczej jako możliwie najbliższy originału transfer słow z zachowaniem tego samego efektu na odbiorcy.
Byłoby super, tylko jak zmierzyć wartość artystyczną :) Ktoś wcześniej napisał, że odejście od oryginału popiera tylko wtedy, gdy dzięki temu tłumaczenie ma większą wartość artystyczną niż orginał, Ty piszesz, że w idealnym tłumaczeniu wartosć artystyczna powinna być taka sam jak w oryginale, a ja się zastanawiam, co zrobić jeśli przekazanie jakiejkolwiek wartości wymaga ''twórczości własnej" tłumacza...
Co do poprawiania błędów- moim zdaniem, obowiązkiem tłumacza jest poprawianie wszelkich błedów(!), jeśli takowe zauważy, gdyż to tłumacz ponosi odpowiedzialność za koncowy efekt tłumaczenia i to on jest póżniej za takowe błedy obwiniany. Dlatego też dbając o swoją renomę, tłumacz powinien zawsze poprawiać błędy lub/ i konsultować je automatycznie z autorami/ osobami odpowiedzialnymi za tekst wyjściowy.
A jeśli te błedy pojawiły się z jakiegoś powodu, celowo? nie nam to oceniać, tak więc w stu procentach zgadzam sie z drugą częścią wypowiedzi :), każdą zmianę rzeczową powinniśmy konsultować z autorem lub zleceniodawcą.
A gdyby nie było możliwości takiej konsultacji, prawdopodobnie poprawiałabym ewidentne blędy stylistyczne i ortograficzne, ale, z bólem serca, rzeczowe bym zostawiala. Mówimy o tłumaczeniu pisemnym. W takim wypadku dość łatwo jest udowodnić, że bzdury w tlumaczeniu wynikają z oryginału a nie z pustej głowy tłumacza...
Jeśli dwa tłumaczenia są wykonane w tej samej stylistyce i ze zbliżoną melodią języka, to wcale jeszcze nie oznacza, że muszą być takie same, albo że jedno jest jakoś wyraźnie gorsze od drugiego.
Mądre słowa :) bo można grać tę samą melodię, ale na rożnych instrumentach...
TomsiaPiotr
05-28-2009, 19:49
"Zgadzam się całkowicie z tym, że na ile to możliwe wartość artystyczna i merytoryczna tekstu powinna pozostać ta sama. Osobiście bardziej skłaniałabym się za koncepcją, w ktorej tłumaczenie nie powinno być traktowane jako nowa jakość ale raczej jako możliwie najbliższy originału transfer słow z zachowaniem tego samego efektu na odbiorcy."
<- IMHO bardzo madra wypowiedz Martuli, problem w tym ze sam transfer wydaje mi sie byc nowa jakoscia, coz ja stanowi jesli nie sam jezyk? Jesli go zmienimy a sila rzeczy przeciez musimy to zrobic, to moim zdaniem szala przechyla sie na strone "nowej jakosci."
katarzynaz
05-29-2009, 16:08
"Zgadzam się całkowicie z tym, że na ile to możliwe wartość artystyczna i merytoryczna tekstu powinna pozostać ta sama. Osobiście bardziej skłaniałabym się za koncepcją, w ktorej tłumaczenie nie powinno być traktowane jako nowa jakość ale raczej jako możliwie najbliższy originału transfer słow z zachowaniem tego samego efektu na odbiorcy."
<- IMHO bardzo madra wypowiedz Martuli, problem w tym ze sam transfer wydaje mi sie byc nowa jakoscia, coz ja stanowi jesli nie sam jezyk? Jesli go zmienimy a sila rzeczy przeciez musimy to zrobic, to moim zdaniem szala przechyla sie na strone "nowej jakosci."
Masz całkowitą rację, tłumaczenie zawsze poniekąd będzie "nową jakością", ale jeśli będzie wierne to będzie także poniekąd odzwierciedleniem tej "starej jakości", czyż nie?
vBulletin v3.7.2, Copyright ©2000-2012, Jelsoft Enterprises Ltd.