PDA

View Full Version : Imiona, nazwiska i inne nazwy własne. Czy i jak tłumaczyć?


Voy
09-06-2007, 10:10
Hej :)

Tłumaczę właśnie piosenkę Nicka Cave'a pod tytułem "The Ballad of Robert Moore and Betty Coltrane". No i właśnie, już z samym tytułem mam problem. Czy spolszczać te nazwiska? Waitsowy "Uncle Vernon" z Cmentarnej Polki został zamieniony na "Wuja Zenon", moim zdaniem świetne posunięcie. Ale co zrobić z "Betty Coltrane"? Przychodzi do głowy polska "Beata", ale Beata ma tę wadę, że ma trzy sylaby, co mi potem psuje szyki :)

No i co z nazwiskami? Jak pisze jodynka w innym wątku, trzeba wziąć pod uwagę czy angielskie nazwisko nie ma jakiegoś szczególnego znaczenia (np. czy John Finn nie jest przypadkiem Janem Kowalskim...[nie, nie jest, z tego co wiem]). Nic mi też nie wiadomo o szczególnym znaczeniu nazwisk Moore (tylko z Jamesem Bondem mi się kojarzy) ani Coltrane, ale może Wy coś wiecie?


"Robert Moore" wstępnie przełożyłem na "Robert Mróz", ale z tą Betty to nie mam żadnego pomysłu.. Będę wdzięczny za podzielenie się wiedzą, radami, sugestiami albo własnymi doświadczeniami w tłumaczeniu nazw własnych.

Tom z Sopotu
09-06-2007, 10:37
Nie jestem znawcą tematu, ale czy aby "Murder ballads" Cave'a nie są oparte na jakichś autentycznych wydarzeniach? Czy to totalna fikcja, czy też poetycki zapis autentycznych zbrodni? W tym ostatnim wypadku tłumaczenie nazwisk byłoby nie dość, że niewskazane, ale wręcz całkowicie niszczyłoby sens tekstu.

Voy
09-06-2007, 11:40
Z tego co wiem, Murder Ballads nie są oparte na faktach, ale też znawcą tematu nie jestem. Ta piosenka jest jednak z innego albumu, z "The Songs for a November Night".

Tom z Sopotu
09-06-2007, 13:10
Tak czy owak, byłbym ostrożny z tłumaczeniem naziwsk i nazw własnych. Myślę, że za każdym razem trzeba indywidualnie ocenić, na ile znaczące lub z innych powodów istotne jest dane nazwisko dla treści i klimatu utworu. Łatwo można popaść w niezamierzoną śmieszność przerabiając jakiegoś tam Smitha czy Doe na Kowalskiego. Dla mnie zazwyczaj "mniej swojskie" nazwiska wydają się bardziej "klimatyczne". Co innego samo imię, jak w wypadku wspomnianego "wuja Zenona" - jeśli w treści utworu nic poza tym nie wskazuje na umiejscowienie sytuacji w czasie i przestrzeni, można sobie na taki myk pozwolić.
Wiele też zależy od tego, na jaki użytek się tłumaczy tekst. Jeśli ma to być np. piosenka dla jakiegoś tutejszego barda czy zespołu, to może warto pokusić się o uczynienie sytuacji bardziej "lokalną", natomiast kiedy w grę wchodzi np. tłumaczenie utworów wchodzących w skład jakiegoś szerszego projektu, jak spektakl (np. musical), rozgrywający się w konkretnych realiach, to oczywiście lepiej się od takich zmian powtrzymać.
A przede wszystkim - i to jest chyba najbardziej uniwersalna i ogólna reguła - należy się (może przy pomocy osób z zewnątrz) po prostu wsłuchać, jak to brzmi. Czasem trudno określić, z jakiego powodu dane nazwisko będzie pasować, dlaczego będzie "żarło", lub też czemu wyda się zupełnie od czapki. Wtedy pozostaje tylko intuicja.

Sam skłaniam się zazwyczaj do pozostawiania nazw z oryginału. Tłumaczyłem kiedyś "Scarborough fair" (gdzieś tu chyba zresztą umieściłem to tłumaczenie). Pomijając kontrowersje, czy jest w ogóle sens tłumaczyć staroangielską pieśń na polski, nie zdecydowałem się na zastąpienie tytułowego Scarborough jakąś polską miejscowością, podobnie jak oryginalna znaną od wieków z odbywających się tam targów, choć pewnie by się jakaś znalazła, gdyby poszukać. Piosenka mówi o Scarborough, nie o Pcimiu, a ja nie piszę przeciez tej piosenki od nowa. Ja tylko "jestem tłumaczem!" - że zastrzegę niczym Dobrowolski w "Hydrozagadce". ;)
Zazwyczaj irytowała mnie w montypythonowskich tłumaczeniach Beksińskiego jego nieodparta pokusa przerabiania oryginalnych nazw i nazwisk na polskie. Czasem było to konieczne, jak w wypadku nazwisk znaczących (choć Beksiński nieraz bardzo daleko odbiegał od ich pierwotnego sensu), a czasem była tylko wyrazem niepotrzebnego przystosowywania na siłę oryginału do naszych realiów, jak wpieprzanie, zamiast nazw brytyjskich zespołów muzycznych, polskiego zespołu Klosterkeller, który akurat Beksiński lubił, a co było w całym kontekście (moim zdaniem) całkiem nietrafione - ni przypiął, ni wypiął. Lepiej nie przeszarżować - wierność oryginałowi łatwiej potem obronić. Wstrzemięźliwość w tym względzie wydaje mi się z zasady lepsza.

Gosia
01-04-2008, 12:33
Czuję, że znów mogę tu wtrącić swoje trzy grosze, ale po kolei.

Jeśli chodzi o gólne tendencje tłumaczeniowe, to nazwy własne pozostawia się w oryginale, przynajmniej w większości tekstów nieliterackich.

Co do utworów artystycznych natomiast, to oczywiście należałoby się dłużej zastanowić nad tym tematem. Ja po krótkim namyśle uważam, że kluczem do podjęcia decyzji w tej kwestii są... odbiorcy, dla których tekst jest przeznaczony.

Jeśli jest to piosenka dla wyrafinowanej publiki, lepsze w moim mniemaniu wydaje się pozostawienie oryginalnych nazw (z powodów choćby przez Toma wspomnianych). Jeśli natomiast jest to serial telewizyjny przeznaczony dla szerokiej i różnorodnej publiki, często wybiera się "lokalizację" jako opcję tłumaczeniową (czyli wybranie imion czy nazw znanych w kulturze języka, na który tekst jest tłumaczony).

Brzmi to sensownie?

karolina
01-07-2008, 12:57
Bardzo sensownie!

Zgodzę się, że często tłumaczenia "komercyjne" są lepsze i bardziej naturalne jeśli tłumacz dokonuje adaptacji (czyli tego, co Gosia nazwała lokalizacją). Więc w filmach, czy piosenkach, albo tekstach prasowych są one częstym fortelem.

Zasada mówiąca, iż nazwy własne pozostawiane są w języku oryginalnym dotyczy natomiast tekstów prawniczych i biznesowych - bo tam precyzja jest bardzo ważna.

Także praca tłumacza nigdy nie jest automatyczna - zawsze trzeba się zastanowić, jakie są priorytety i czemu tekst tłumaczony ma służyć...

jovila
01-09-2008, 12:18
Mam pytanie w związku z tym, co wcześniej napisaliście - Jeśli tłumaczę tekst medyczny, w którym występują nazwy własne różnych organizacji, instytutów badawczych itp, to jak należy je tłumaczyć? Zostawiać oryginał, czy przekładać dosłownie na polski. Ja wybrałam tłumaczenie na polski. Dobrze robiłam?

Tom z Sopotu
01-09-2008, 12:35
Ha, trudno orzec, to pewnie zależy od kontekstu i ogólnego charakteru tekstu. Takie np. WHO można spokojnie tłumaczyć, bo w Polsce funkcjonuje odpowiednik. Wydaje mi się też, że dopóki w nazwie nie funkcjonuje żadna nazwa własna, tzn. nazwa mówi tylko o ogólnej funkcji instytucji, tłumaczenie jest dopuszczalne (np. nazwę Instytut Psychiatrii Akademii Medycznej w Gdańsku można chyba spokojnie przetłumaczyć na angielski). Ale z drugiej strony, pewne instytucje są na tyle znane pod swoją oryginalną nazwą, że tłumaczenie jej byłoby tylko zaciemnianiem obrazu. Nie wiem, czy da się tu znaleźć jakąś uniwersalną regułę.

Gosia
01-09-2008, 12:49
Dokładnie! Całkowicie zgadzam się z Tomem. Z mojego doświadczenia powiem, że… nie ma reguły. Często nazwy własne też podlegają różnym „modom” na tłumaczenie, bądź pozostawianie w oryginale. Tak na przykład Word Heath Organisation jest najczęściej Światową Organizacją Zdrowia, a już Massachussets Institute of Technology to po prostu MIT. Mniej znane organizacje można przetłumaczyć na polski, jeśli pełnią one podobne funkcje, jak w innych krajach (na przykład różne stowarzyszenia handlowe). Dla mnie najlepszym weryfikatorem takich nazw jest… Internet. Za każdym razem, kiedy coś tłumaczę i spotykam się z nazwą własną wpisuję ją w wyszukiwarkę w obu wersjach językowych i dopiero wtedy podejmuję decyzję.

clava
01-09-2008, 13:10
A co myślicie o tłumaczeniach imion bohaterów u Szekspira na przykład. Dlaczego we Śnie Nocy Letniej Hermia i Helena są Hermią i Heleną, a Bottom jest Spodkiem? Czy nie utrudnia to potem dyskusji w międzynarodowym towarzystwie? W końcu oczekuję, że dyskutując o Szekspirze z Włochem, Turkiem i Chińczykiem będziemy mieli takie same wyobrażenie o bohaterach sztuki, i będziemy w stanie jednoznacznie ich zidentyfikować. Tutaj artystyczny kunszt tłumacza w przekładzie imion bohaterów może być przeszkodą, prawda? Co sądzicie?

jovila
01-09-2008, 13:33
Gosia i Tom, dzięki za wskazówki, normalnie nie wiem, co bym bez was zrobiła ;) You're simply the best!

iwona
01-09-2008, 13:48
W odpowiedzi na post Clavy a propos tłumaczenia imion bohaterów literackich:

Hm, w sumie to wcześniej nie zaprzątało to moich myśli, ale muszę przyznać, że to ciekawy problem. Bo jeśli przekład ma w pełni odzwierciedlać tekst oryginalny, to tłumacz nie powinien zbyt ingerować w tożsamość bohaterów przekształcając ich imiona. Poświęciłam chwilę na zgłebienie tego tematu w necie i znalazłam ciekawą opinię członka fanklubu serialu Star Trek. Pozwolę sobie zacytować z

http://tlumok.republika.pl/b5&tng.htm

Autorem poniższej wypowiedzi jest Peter (peterp1@kki.net.pl)

<<4. Tłumaczenie nazw własnych statków i planet.
I na tym polu tłumacze się nie sprawdzili. Raz tłumaczą nazwę, raz nie.
Oczywiście nie powinno się tłumaczyć nazw własnych! Tymczasem niedawno pojawił się kwiatek w postaci przetłumaczenia nazwy statku "Renegade". Co ciekawe przetłumaczono ją poprawnie ("Renegat"), ale sam pomysł tłumaczenia nazw jest głupotą. Czy tłumaczymy na przykład nazwy amerykańskich wahadłowców kosmicznych? Czy mamy "Odkrycie" zamiast "Discovery"? Albo "Atlantydę" zamiast "Atlantis"? Nie!
Skoro nie tłumaczą nazwy "głównego" statku (USS Enterprise) czy innych pojawiających się gościnnie (np. USS Stargazer) to niech będą konsekwentni!
I proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie namawiam, broń Boże, do przetłumaczenia nazwy Enterprise. Po prostu lepiej zostawić nazwy w wersji oryginalnej.
Podobnie ma się sprawa z klasyfikacją statków kosmicznych. Klasa statku bierze swą nazwę od pierwszego statku tej serii jaki wyprodukowano. Na przykład Enterprise jest statkiem klasy Galaxy i nie wolno tego tłumaczyć jako "klasa galaktyczna" czy tym podobne bzdury!
Nazwy niektórych miejsc - planet i stacji również budzą poważne zastrzeżenia.
5. Nazewnictwo przedstawicieli innych cywilizacji.
Tłumacze mają irytujący zwyczaj stosowania polskiej deklinacji do nazywania obcych. Mamy więc: Klingończyków zamiast Klingonów, Romulańczyków zamiast Romulan... itp. Przypuszczam, że istnieje na to jakaś reguła gramatyczna. Przyznaję się bez bicia - nie znam jej, ale jak to się dzieje że jest stosowana niezmiennie do przedstawicieli wszystkich napotykanych cywilizacji? Na Ziemi są wprawdzie Chińczycy czy Koreańczycy, ale z tego co wiem nie ma Amerykańczyków, Belgijczyków, itp. Podejrzewam, że również tłumacze nie znają zasad odmiany....
Podobnie ma się sytuacja z rasą o nazwie Ferengi. Tłumacze zmienili ją na "Ferengowie". Paskudztwo. >>

Moim zdaniem ma Peter dużo racji :)

Tom z Sopotu
01-09-2008, 14:00
A co myślicie o tłumaczeniach imion bohaterów u Szekspira na przykład. Dlaczego we Śnie Nocy Letniej Hermia i Helena są Hermią i Heleną, a Bottom jest Spodkiem? Czy nie utrudnia to potem dyskusji w międzynarodowym towarzystwie? W końcu oczekuję, że dyskutując o Szekspirze z Włochem, Turkiem i Chińczykiem będziemy mieli takie same wyobrażenie o bohaterach sztuki, i będziemy w stanie jednoznacznie ich zidentyfikować. Tutaj artystyczny kunszt tłumacza w przekładzie imion bohaterów może być przeszkodą, prawda? Co sądzicie?

O dyskusję bym sie nie martwił, bo jeśli już na tak wyspecjalizowane tematy chcesz dyskutować, to pewnie zadasz też sobie trud sprawdzić, jak było w oryginale (zważywszy na wspomniane tu w innym miejscu "wolne" częstokroć tłumaczenie Szekspira, byłoby to nawet wskazane z innych względów).

Kiedyś w pewnych kręgach szeroko odbiła się dyskusja o dwóch tłumaczeniach "Władcy pierścieni" - w jednym (powszechnie uważanym za lepsze, ale jak dla mnie i tak słabym) zachowano oryginalne imiona, w drugim natomiast - mocno krytykowanym - przetłumaczono ich znaczenie. Co - jeśli się przeczyta końcowe wyjaśnienia Tolkiena, że on sam jakoby tłumaczył imiona i nazwiska z "hobbickiego" na angielski - ma jednak pewne uzasadnienie i wydaje się bardziej zgodne z intencją samego autora.

Innym przykładem jest tłumaczenie "Trainspotting" (zresztą w ogóle bardzo trudne ze względu na używany w oryginale slang regionalny) - w książce tłumacz starał się przenieść pewne znaczenia, nie jestem pewien na ile trafnie, tłumacząc ksywy bohaterów (np. Rent - od imienia Renton - na Czynś lub Begby na Żeber). W filmie natomiast olano tak dokładne tłumaczenie i występowały tam ksywy angielskie. Nie wiem, która metoda jest lepsza - jeśli tłumaczenie jest zrobione naprawdę dobrze, to nie widzę znaczących przeciwskazań, ale też nie upierałbym się, że trzeba tłumaczyć. Wszystko zależy od przyjętej konwencji.

Przypomniała mi się natomiast trzecia opcja, najgorsza. Kiedyś wydawane były takie tanie edycje książek Karola Maya, potem innych autorów. Była wśród nich książka "Kiddie, dziecię obozu". Tłumacz przyjął tam nieznośną wprost konwencję - pozostawił wprawdzie oryginalne nazwiska, ale żeby ułatwić polskiemu czytelnikowi ich wymowę, wprowadził pisownię fonetyczną. John był tam więc Dżonem, Walter - Łolterem, a sam główny bohater, Kiddie Birkenshaw - Kiddim Birkenszo. :-)))

Tom z Sopotu
01-09-2008, 14:04
Skoro nie tłumaczą nazwy "głównego" statku (USS Enterprise) czy innych pojawiających się gościnnie (np. USS Stargazer) to niech będą konsekwentni!

Hehehehe! A wyobraźcie sobie, że ja kiedyś ogladałem w polskiej telewizji któryś ze starszych pełnometrażowych "Star Treków", jeszcze przed spopularyzowaniem nowej serii i seriali satelickich, w którym bohaterowie przemierzali "kosmos - ostatnią granicę" na pokładzie statku - wyraźnie słyszałem lektora - "Przedsiębiorczość". :-)

Gosia
01-10-2008, 13:01
Co do Tolkiena, to ja zdecydowanie opowiadam się za hobbitami zamiast niziołków... Dzięki trylogii nawet osoby nie znające angielskiego wiedzą, co to jest Shire :)

Nawet w przypadku ambitnego podejścia tłumacza w kwestii przekładu imion bohaterów w "Trainspotting", wolę jednak oryginalne ksywy.

A wręcz niewiarygodne wydaje mi się to, co zrobił tłumacz we wspomnianej przez Toma książce Karola Maya. Tak to jest jak chce się przedobrzyć. Aurea Mediocritas - ciśnie się na usta ;)

Tom z Sopotu
01-10-2008, 13:54
Co do Tolkiena, to ja zdecydowanie opowiadam się za hobbitami zamiast niziołków... Dzięki trylogii nawet osoby nie znające angielskiego wiedzą, co to jest Shire :)
Nawet w przypadku ambitnego podejścia tłumacza w kwestii przekładu imion bohaterów w "Trainspotting", wolę jednak oryginalne ksywy.
A wręcz niewiarygodne wydaje mi się to, co zrobił tłumacz we wspomnianej przez Toma książce Karola Maya. Tak to jest jak chce się przedobrzyć. Aurea Mediocritas - ciśnie się na usta ;)

Zdaje się, że niziołki były akurat najmniejszym przewinieniem, zdaniem fanów, w tym drugim tłumaczeniu. Zresztą gdzieniegdzie się przyjęły - Sapkowski np. umieszcza niziołków w swoich książkach. Nie czytałem jednak "Władcy pierścieni" w tej wersji, wystarczająco mocno mnie irytowało to ponoć lepsze tłumaczenie Skibniewskiej, choć może to po prostu wina samego Tolkiena, którego jeśli chodzi o warsztat pisarski nie cenię w ogóle.

Czytałem pierwszą wersję tłumaczenia "Trainspotting", jeszcze pod tytułem "Ślepe tory", późniejsze wydania zachowywały już tytuł oryginału (swoją drogą też nieprzetłumaczalny - przedtem o trainspottingu słyszałem tylko w Latającym Cyrku Monty Pythona, choć tam chodziło o liczenie wielbłądów bodajże :-). Z tego co kojarzę, tłumacz książki zapowiadał, że będzie jeszcze pracował nad tym tłumaczeniem, więc być może obecnie funkcjonuje już całkiem inna wersja.

Natomiast co do "Kiddiego" (to nie był May, ale autora nie pamiętam, a serię wydawniczą zaczął "Winnetou"), to nie wykluczam, że tłumaczenie było stare - w tamtych wydaniach sięgano po książki zapomniane, często nawet po przedwojenne przekłady, a dawniej w ogóle więcej eskperymentowano. Czyż owocem podobnych działań nie są zakorzenione już w naszym języku Szekspiry zamiast Shakespeare'ów, Szopeny zamiast Chopinów, Kartezjusze zamiast Descartesów itd.? Nawet przywołany przeze mnie KAROL May był de facto Karlem, a ja go sobie odruchowo spolszczyłem.

Gosia
01-10-2008, 21:26
Odpowiedź Toma brzmi na tyle sensownie, że trochę czasu zajęło mi wymyślenie argumentów podtrzymujących mój niesmak do Dżonów i Łolterów.
I chyba wymyśliłam :D

Kluczem, niespodziewanie jest "brzytwa Ockhama", czyli zasada by nie mnożyć bytów ponad potrzebę (przydaje się czasem zamiłowanie do filozofii :) )

Potrzeby w przypadku Dżona nijak nie mogę się doszukać, bo jeśli chcemy spolszczyć, to weźmy rodzimego Jana. Co do Waltera to nawet Scotta nie widziałam spolszczonego, więc tym bardziej nie widzę takiej konieczności w przypadku bohatera powieści przygodowej.

A z Chopinem to już jestem w stanie zrozumieć. Dajmy masom wersję nie narażającą ich na dylematy natury fonetycznej.

Możnaby teraz polemizować ze mną i twierdzić, że dokładnie taki sam cel natury fonetycznej przyświecał tłumaczowi powieści skierowanych do dzieci. Ale tu stanę w obronie potencjału naszego intelektu w stanie rozkwitu i bronić będę prawa młodzieży do ogólnego rozwoju, a nie stawiania zaściankowych barykad...

theagata
01-11-2008, 10:25
No no no... Ale filozoficznie się tu zrobiło. Niespodziewanie zainspirował mnie ten wątek o spolszczonych wersjach imion obcojęzycznych. Ja bym go jeszcze poszerzyła o nazwy takie jak: Pekin, Paryż, czy Waszyngton. Tutaj dopatruję się tej samej zasady o której wspomina Gosia - fonetyczne ułatwienie użytkownikom języka polskiego operowania nazwami z innych środowisk kulturowych. I zgodzę się z Gosią, że w przypadku literatury nie widzę potrzeby nadmiernego ułatwiania lektury przez adaptację imion bohaterów (ani fonetyczną, ani kulturową). Przychodzi mi na myśl jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa - "Dzieci z Bullerbyn" i osobowości, które trwale odcisnęły swoje piętno w mojej wyobraźni - Lasse i Bosse. Nie wyobrażam sobie po prostu, by tłumacz miała ich "przerobić" na przykład na Ludwiczka i Barteczka... Albo Laska i Boska. A fe!!!

Tom z Sopotu
01-11-2008, 12:38
Też uważam to za pomysł beznadziejny i szczerze mówiąc, choć sam tego używam, także Szekspir z Monteskiuszem mnie mierżą nieco.

Natomiast właśnie 5 minut temu wróciłem ze spotkania z Januszem Korwin-Mikkem, które obsługiwałem dziennikarsko, a który to Mikke - jak zwróciłem uwagę przez całą tę naszą dyskusję - konsekwentnie spolszcza imiona zagraniczne. Jest więc Jerzy Bernard Shaw, Józef Goebbels i Hilaria Clinton. :-)

Gosia
01-11-2008, 13:02
Cóż, w przypadku Korwina Mikke trudno zidentyfikować pobudki, jakie nim kierują ;) Ciekawe co kryje się pod terminem "obsługa dziennikarska"? Zaintrygowało mnie to.

Tom z Sopotu
01-11-2008, 13:16
Obsługa dziennikarska oznacza, że idę na spotkanie i reprezentuję na nim redakcję, a potem ewentualnie piszę relację.

A przy okazji: Korwina-Mikke, z myślnikiem, czy Korwin Mikkego, bez myślnika? Zakładam, że nazwisko to Mikke, natomiast Korwin to herb rodowy (Janusz Mikke herbu Korwin), acz z czasem stał się on najwyraźniej integralną częścią nazwiska. Czy herb piszemy zatem z myślnikiem, czy oddzielnie? I czy go deklinujemy, czy pozostawiamy nieodmiennym? Czy jeśli moja rodzina nosi herb Nowina, to jestem Tomaszem Nowiną-Borkowskim, czy Tomaszem Nowina Borkowskim, względnie Borkowskim-Nowina?

Cholera, przepraszam - wyszła dygresja, a postulowano żeby ich nie robić... ;-)

Gosia
01-11-2008, 13:43
Dziękuję Tom za sprecyzowanie obsługi dziennikarskiej :)

Niestety nie odwdzięczę się wiedzą na temat pisowni nazwiska Mikke (Mikkego??), gdyż wiedza moja na ten temat zbyt uboga. Nie wiedziałam nawet, iż Korwin jest herbem szlacheckim.

Śledząc trendy internetowe, Korwina-Mikke wygrywa, choć ta druga wersja ma również ponad 30 tysięcy zastosowań.

Ale numer!!!

Klempicz
01-13-2008, 22:37
Witam,

z tego co pamiętam on sam (Janusz Korwin-Mikke znaczy) kiedyś o tym mówił - i wychodzi na to, że powinno się mówić "Janusza Korwin-Mikkego". A w przypadku nazwisk, jeżeli jest jakakolwiek wątpliwość, ponoć sam posiadacz (nosiciel? :D ) ma decydujące słowo. Chyba, że nazwiskiem jest rzeczownik własny bądź rzeczownik pospolity, które wtedy - dla odróżnienia - odmienia się inaczej. Trochę zamotałem chyba... Mam na przykład kolegę, który nazywa się Radek Radom i zawsze "idę do Radoma", "spotykam się z Radomem" (nie "Radomia", "Radomiem") itd. Teraz chyba wszystko jasne...

Pozdrawiam!

Klempicz
01-13-2008, 22:39
Tak na przykład Word Heath Organisation jest najczęściej Światową Organizacją Zdrowia

Eee, ja bym to przetłumaczył jako "Organizacja słownego wrzosowiska" :D:D:D

PS. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać...

Gosia
01-14-2008, 08:30
Eee, ja bym to przetłumaczył jako "Organizacja słownego wrzosowiska" :D


Piękne tłumaczenie;) Szczerze pisząc to wrzosowiska byłam świadoma i nie wysyłałam sprostowania, bo sądziłam, iż literówka była zbyt banalna. Ale dopiero Klempicz mi uświadomił, że błędów było więcej. Cóż, chyba przebadam się na dysortografię ;)

Tom z Sopotu
01-14-2008, 13:47
z tego co pamiętam on sam (Janusz Korwin-Mikke znaczy) kiedyś o tym mówił - i wychodzi na to, że powinno się mówić "Janusza Korwin-Mikkego".

A pisać z myślnikiem czy bez? :-)

A w przypadku nazwisk, jeżeli jest jakakolwiek wątpliwość, ponoć sam posiadacz (nosiciel? :D ) ma decydujące słowo.

Nie jestem przekonany, czy zawsze. Są ludzie, którzy np. z czystego snobizmu każą nie odmieniać swojego nazwiska. Pamiętacie ministra nazwiskiem Boni? Żądał, żeby mówić o Michale Boni, a nie Bonim. Potem go zresztą jakiś felietonista obśmiał, że Verdiego się odmienia, Gaudiego się odmienia, Vivaldiego się odmienia, tylko Boni jest nazwiskiem zbyt szlachetnym, żeby podlegać tej samej regule. :-)
Ale Boni to jeszcze pół biedy, bo kończy się na samogłoskę i to jeszcze od biedy by uszło. Kiedyś jednak w swej dziennikarskiej praktyce przeprowadziłem rozmowę z gościem nazwiskiem Theisebach. Posłałem mu tekst do autoryzacji, a on mi się przyczepił do nagłówka: "z Bogdanem Theisebachem rozmawia Tomasz Borkowski" - i mówi, że ma być "z Bogdanem Theisebach". No nijak mi to nie brzmi, a korekta w naszej gazecie, po dłuższych dyskusjach, postawiła na swoim, uznając że to nazwisko podlega tak jak inne regułom języka - zostało więc "z Theisebachem".

jacek
01-06-2009, 20:56
[QUOTE=Voy;168]Hej :)

Tłumaczę właśnie piosenkę Nicka Cave'a pod tytułem "The Ballad of Robert Moore and Betty Coltrane". No i właśnie, już z samym tytułem mam problem. Czy spolszczać te nazwiska? Waitsowy "Uncle Vernon" z Cmentarnej Polki został zamieniony na "Wuja Zenon", moim zdaniem świetne posunięcie. Ale co zrobić z "Betty Coltrane"? Przychodzi do głowy polska "Beata", ale Beata ma tę wadę, że ma trzy sylaby, co mi potem psuje szyki :)

witaj, jeśli mogę Tobie coś zasugerować. Dla mnie świetny w tym temacie jest przekład utworów Tolkiena Marii Skibniewskiej. większość imion własnych pozostawiła oryginalnych i właśnie świetnie. ale niektóre, naprawdę tylko niektóre zostały przetłumaczone. myślę i zawsze czułem że to przykład świetnie zachowanej równowagi. ciekawą sprawą jest koń Gandalfa. w oryginale Shadowfax, przetłumaczono na Gryf. naprawdę niezwykłe. a Bilbo Baggins pozostał Bilbo Baggins i właśnie świetnie, znakomicie. pozdr

Tom z Sopotu
01-06-2009, 21:59
Dla mnie świetny w tym temacie jest przekład utworów Tolkiena Marii Skibniewskiej. większość imion własnych pozostawiła oryginalnych i właśnie świetnie. ale niektóre, naprawdę tylko niektóre zostały przetłumaczone. myślę i zawsze czułem że to przykład świetnie zachowanej równowagi. ciekawą sprawą jest koń Gandalfa. w oryginale Shadowfax, przetłumaczono na Gryf. naprawdę niezwykłe. a Bilbo Baggins pozostał Bilbo Baggins i właśnie świetnie, znakomicie. pozdr

No ale dlaczego to niby takie świetne i niezwykłe? Dlaczego np. uznajesz przetłumaczenie "Shadowfax" jako "Gryf" za dobre (tak wyczuwam)? Dla mnie to sromotna ucieczka od problemu, a więc klęska tłumacza. Mnie tam tłumaczenie Skibniewskiej nie zachwyca wcale. Ale to może po trosze wina oryginału, który też nie jest wybitny stylistycznie.

michalina
01-10-2009, 20:33
No tak,ale co w takim razie z nawiskami znaczącymi i przezwiskami...? Nie każdy musi znać język oryginału.

Tom z Sopotu
01-10-2009, 21:05
No tak,ale co w takim razie z nawiskami znaczącymi i przezwiskami...? Nie każdy musi znać język oryginału.

Odpowiedź daje końcówka "Władcy pierścieni", w której Tolkien wyjaśnia, jak to się starał rzekomo przełożyć na angielski oryginalne znaczące imiona i przezwiska Hobbitów na przykład, albo coś tam tłumaczył z elfiego języka. Dla mnie to jakaś piętrowa bzdura (tłumaczyć, niby to dla dobra czytelnika, z wymyślonego przez siebie języka, którego się zresztą wcale w książce nie używa, na ludzki) i dowód na paranoję autora, ale pokazuje to tez kierunek, w jakim powinien - zapewne zdaniem samego Tolkiena - iść tłumacz. I choć nie czytałem tego odsądzanego od czci i wiary drugiego tłumaczenia, to słyszałem o nim tyle, by podejrzewać, że ów tłumacz (niestety, nazwiska nie pomnę) starał się pójść tym właśnie tropem - przekładał znaczące imiona na nasze, również znacząco. Cóż, sądząc z pełnej gniewu reakcji fanów, nie powiodło mu się, zapewne dlatego, że nie dość dobrze załapał klimat książki, a może dlatego, że brak mu było wyczucia językowego, by zrobić rzecz dobrze i pobłądził robiąc np. z krasnoludów krasnoludki, ale to nie dyskredytuje trafności metody samej w sobie. Skibniewska natomiast sprawę olała, jest niekonsekwentna - raz coś tłumaczy, innym razem nie, nie wiadmo według jakiej reguły. Jestem jak najdalszy od tych typowych ocen, które gloryfikują przekład Skibniewskiej tylko dlatego, że jest lepszy od tego drugiego. Jest bowiem też taka możliwość, że oba są kiepskie. Albo średnie.

adam
01-12-2009, 17:16
Mam pytanie w związku z tym, co wcześniej napisaliście - Jeśli tłumaczę tekst medyczny, w którym występują nazwy własne różnych organizacji, instytutów badawczych itp, to jak należy je tłumaczyć? Zostawiać oryginał, czy przekładać dosłownie na polski. Ja wybrałam tłumaczenie na polski. Dobrze robiłam?

A ja bym zostawił oryginalne (zawsze może być jednak przypis tłumacza) :)