PDA

View Full Version : Gdzie ginie poczucie humoru?


Tom z Sopotu
07-11-2007, 11:42
Trza by coś tu rozpocząć, więc temat nieco lżejszy na rozruch.
Czy zauważyliście niepokojące zjawisko, jakim jest pogłębiająca się drętwota tłumaczeń filmowych w Polsce? Nie mówię o tłumaczach z napisów.pl czy tej podobnych stron - ci zazwyczaj starają się kombinować. Natomiast oficjalni tłumacze telewizyjni chyba odwalają pańszczyznę i robią to bez uśmiechu na ustach. Oglądając film, staram się kontrolować język oryginału, o ile go akurat znam, oczywista. Z przerażeniem stwierdzam, że polscy tłumacze zarzynają większość dowcipów słownych, a nawet sytuacyjnych i to nawet w momentach, kiedy da się po prostu zastosować kalkę językową i przetłumaczyć dosłownie, nie tracąc nic ze znaczenia. Telewizyjny tłumacz ma bowiem ambicję poprawić oryginał - a nie czarujmy się, ten kto wymyślał oryginalne dialogi włożył w to zapewne więcej serca niż tłumacz. Cżęsto słyszę, że subtelny żart w dialogu został przez tłumacza przełożony łopatologicznie, jakby polski widz z zasady był mniej bystry od amerykańskiego na przykład i mógł jakiegoś sformułowania nie zrozumieć właściwie. Efekt jest przeciwny - dwuznaczność ginie, a wraz z nią humor sceny, do widza nie dociera pełna treść dialogu. Częstokroć mam wręcz graniczące z pewnością wrażenie, że to tłumacz nie zrozumiał, o co w tym dialogu chodziło i swój błąd przekazuje widzowi.
Dawniej nie spotykałem się z tym tak często - dziś niemal już w każdym filmie. Jeden Bartosz Wierzbięta nie wystarczy (on zresztą ma tendencję do szarżowania w drugą stronę, ale i tak czapki z głów, zwłaszcza na ogólnym tle) - co się dzieje z naszymi tłumaczami? Co to za choroba i dlaczego się rozszerza? Skąd ta rosnąca niekompetencja?

jodynka
07-11-2007, 12:39
Bo w 1999 r zabił się Tomasz Beksiński...
Ale masz rację, coraz mniej jest dobrych tłumaczeń filmowych, a jeden Wierzbięta nie wystarczy.
Może bierze się to stąd, że niewiele osób chce się parać takimi tłumaczeniami. To w końcu nie jest łatwy kawałek chleba. Dlatego siedzą w tym biznesie starzy wyjadacze, którzy nie nadążają za duchem czasu...
Ale to czyste dywagacje.

blueberrygood
07-11-2007, 13:24
Macie rację, że humor z filmów nie jest przekazany we właściwy sposób w tłumaczeniach. Nic dziwnego, że takie seriale jak "Friends" czy "House M.D." nie są popularne w Polsce. Ale czego można się spodziewać po tłumaczach, którzy nawet liczb nie potrafią prawidłowo przetłumaczyć... Nie wiem czy zauważyliście, ale niemal w każdym tłumaczeniu są błędy liczbowe. Bohater mówi np. "I'll see you in two hours", a w tłumaczeniu zobaczą się dopiero za 3! Albo, "We've known each other for thirty years", a w polskiej wersji znają się aż 40!... :eek: itp. itd. Albo tłumacze w ten sposób chcą zostawić jakiś znak po sobie, albo tłumaczą tak uwzględniając inną strefę czasową ;)

Tom z Sopotu
07-11-2007, 14:17
Ale czego można się spodziewać po tłumaczach, którzy nawet liczb nie potrafią prawidłowo przetłumaczyć...

Klasyką jest już tłumaczenie amerykańskiego "billion" jako bilion zamiast miliard. Jak nie trzeba to są aż zbyt dosłowni - podobnie jak w innym klasycznym wypadku: "pathetic" jako patetyczny, zamiast żałosny.

blueberrygood
07-11-2007, 15:08
A widzisz... Więc poczucie humoru wcale nie ginie... Jest! Trzeba tylko je dostrzec czytając między wierszami. ;)

Monia z Po-nia
07-11-2007, 16:02
Klasyką jest już tłumaczenie amerykańskiego "billion" jako bilion zamiast miliard. Jak nie trzeba to są aż zbyt dosłowni - podobnie jak w innym klasycznym wypadku: "pathetic" jako patetyczny, zamiast żałosny.

No...tu wchodzimy w temat w sam raz dla początkowych tłumaczy, czyli FALSE FRIENDS. Dla "fałszywych przyjaciół" warto by oddzielny wątek humorystyczny założyć.

Klasyczne przykłady takich par, to:

eventually - tłumaczone jako "ewentualnie" zamiast "w końcu / ostatecznie"
actual - tłumaczone jako "aktualny" zamiast "rzeczywisty, faktyczny".

Niby oczywiste, a jednak takie błędy znajduję w tłumaczeniach całkiem poważnych dokumentów, o filmach nie wspominając.

Tom z Sopotu
07-11-2007, 16:24
Przypomina mi się też pojawiająca się czasem nadgorliwość tłumaczy. Pamiętam przekład dialogów bodajże w filmie "48 godzin" z Eddiem Murphym i Nickiem Nolte. "Gimme a break" zostało tam np. przetłumaczone jako "wal się w rurę", a "you're kiddin' me" jako "pierdolisz!". Notorycznie zdarza się wciąż jeszcze ponadto tłumaczenie słowa "gay" jako "pedał". :confused:
Z drugiej strony są też tłumacze, którym spod pióra wulgaryzm nie wyjdzie - do pasji doprowadza mnie łagodzenie pewnych słów i wyrażeń do granic infantylności, jak wszechobecny w polskiej TV "siusiak" :rolleyes: , jak się eufemistycznie tłumaczy w 90 chyba procentach wypadków wyraz "dick". A są przecież nawet w polskim odpowiedniki nie wymagające walenia ciężkimi wulgaryzmami, jak choćby w miarę neutralny, jak na mój gust, "fiut". :-)

jodynka
07-11-2007, 21:59
Nic dziwnego, że takie seriale jak "Friends" czy "House M.D." nie są popularne w Polsce.
No nie no, pozwolę sobie nie zgodzić się z Tobą. Akurat "Przyjaciele" są bardzo popularni w Polsce!
Ale faktem jest, że ogląda się ich najczęściej w oryginale, bo tłumaczenie zostawia wiele do życzenia.

Klempicz
08-07-2007, 13:38
Humor to jedno - najbardziej mnie irytuje, kiedy w tłumaczeniu "giną" jakieś istotne (mniej lub bardziej) dla filmu treści. Na przykład - w jednym z moich ulubionych filmów, Seven, jest taka scena, w której detektywi wpadli na trop zabójcy przez sprawdzanie kart bibliotecznych (w notkach zostawianych na miejscu zbrodni były cytaty z dość charakterystycznych książek). Po zlokalizowaniu osoby, która w ostatnim czasie wypożyczała te właśnie książki okazało się, że karta biblioteczna jest zarejestrowana na nazwisko John Doe (taki amerykański everyman, po polsku pewnie powiedzielibyśmy "przysłowiowy Jan Kowalski"). Niestety, w polskim tłumaczeniu John Doe pozostał Johnem Doe i widz polski nie miał okazji się dowiedzieć, że ten trop był kolejną kpiną zabójcy i formą "zagrania na nosie" detektywom...

Pozdrawiam!

Tom z Sopotu
08-21-2007, 11:10
Jednak przetłumaczenie Johna Doe, jako Jana Kowalskiego byłoby chyba sztuczne. Czasem trzeba liczyć również na to, że widz sam orientuje się w kontekście kulturowym.

Klempicz
10-05-2007, 12:34
Myślałem o tym ostatnio, zwłaszcza po ogólnej dyskusji na forum o tłumaczeniach nazwisk - i faktycznie chyba nie przetłumaczyłbym Johna Doe jako Jan Kowalski... Ale z drugiej strony nie zostawiłbym tego tak jak jest. Macie jakieś pomysły? Bo ja, jak mawiał Papcie Chmiel "jestem zupełnie wyjałowiony z pomysłów"...:)

Pozdrawiam!!

Tom z Sopotu
10-08-2007, 11:26
To nie będzie satysfakcjonująca odpowiedź, bo też nie mam pomysłu na razie, ale są konteksty (ten z "Siedem" jednak do nich nie należy, uprzedzam atak), gdzie Johna Doe można tłumaczyć jako naszego NN. Tak było np. w filmie "Armia Boga", gdzie leżącego w kostnicy gościa w oryginale opisano jako Johna Doe właśnie.

Klempicz
10-10-2007, 14:33
Nie, w tym przypadku NN nie pasuje choćby z tego względu, że musi to być nazwisko znalezione w kartotece bibliotecznej... Musi to być pełne imię i nazwisko - myślałem np. o tym, żeby w polskiej wersji było to jakieś sławne nazwisko, np. Henryk Sienkiewicz (to tylko luźny przykład :) ) - to jednak spełnia tylko jeden z dwóch wymogów, tzn. ewidentnie wiadomo, że jest to fałszywe, ale nie jest synonimem "everymana", co jest równie ważne. Coraz bardziej mi się wydaje, że jeżeli tłumacz chciałby się uprzeć i jednak "zlokalizować" to nazwisko, to najlepszym wyborem byłby ten nieszczęsny Jan Kowalski... Mimo wad oddaje jednak zamysł twórców filmu i jest czytelny dla polskiego odbiorcy...

Pozdrawiam!

Tom z Sopotu
10-11-2007, 11:34
No przeca sam napisałem, że do "Siedem" się NN na nic nie przyda.

Zgoda na Kowalskiego w polskim filmie, ale kiedy w rozgrywającej się w realiach amerykańskich historii jeden z bohaterów nazywa się David Mills, a drugi William Somerset, to Jan Kowalski byłby w tym miejscu zupełnie od czapki. Chyba wolałbym poświęcić drugie dno nazwiska John Doe, żeby uniknąć takiego zgrzytu. Zresztą, o ile pamiętam, w dialogu między Millsem a Somersetem pada chyba słówko na temat znaczenia nazwiska Doe. Może nie jest to precyzyjne objaśnienie kontekstu, ale widza inteligentnego powinno naprowadzić na trop. Widza głupiego zaś, a) nie naprowadzi na trop nawet objaśniający napis dużymi literami, b) nic nie obchodzi znaczenie nazwiska Johna Doe. :-)

Klempicz
10-11-2007, 15:39
No przeca sam napisałem, że do "Siedem" się NN na nic nie przyda.

No tak i ja się z tym zgodziłem (może niezbyt zdecydowanie) :) . Pamiętam ten dialog na boku, ale jednak nie wyjaśniał całej sprawy jednoznacznie - może faktycznie najlepiej byłoby (przepraszam za sformułowanie) włożyć wyjaśnienie w usta bohaterów? To chyba najlepsze wyjście...

Pozdrawiam!

jodynka
10-11-2007, 19:29
a może Józef K.? :D
LOL

Klempicz
10-11-2007, 19:50
Hmm... Józef Tkaczuk?? (ktoś pamięta??)

Pozdrawiam!

Klempicz
10-11-2007, 19:53
Cholibka, napisałem to żartem, ale ten Tkaczuk niegłupi w sumie... :D Takie oczko puszczone w stronę tych co pamiętają...

Pozdrawiam!

jodynka
10-12-2007, 00:05
mówiąc szczerze słyszę o tym pierwszy raz od Ciebie, ale że człowiek się uczy przez całe życie, to już teraz wiem, o co chodzi z Tkaczukiem.
I rzeczywiście - to niegłupie przy tłumaczeniu!

PS> Czy napis: "Jaruzelski! Naród może ci to daruje, ale ja nigdy! Józek" też podciągnąć można pod Tkaczuka, czy to jednorazowy, głośny, ale inny incydent?

Klempicz
10-12-2007, 12:45
Czy napis: "Jaruzelski! Naród może ci to daruje, ale ja nigdy! Józek" też podciągnąć można pod Tkaczuka, czy to jednorazowy, głośny, ale inny incydent?

Nie, Tkaczuk to było szaleństwo - nawet ludzie którzy nie wiedzieli o co chodzi kopiowali w swoich napisach na murach postać Józefa Tkaczuka, warszawskiego woźnego (socjologowie nazywają takie zjawisko "wirusem umysłu") - a ten napis to po prostu jednorazowy napis :D

Pozdrawiam!

kondor
10-17-2007, 11:47
O co chodzi z tym Tkaczukiem??

Kondor

jodynka
10-18-2007, 15:17
O co chodzi z tym Tkaczukiem??

http://pl.wikipedia.org/wiki/Fenomen_Józefa_Tkaczuka :)

kondor
10-18-2007, 16:49
Dzięki wielkie!

Kondor

Tom z Sopotu
11-19-2007, 15:48
No, było to szaleństwo, wykraczające daleko poza Saską Kępę i Warszawę. W każdym schronisku górskim "Tu byłem. Józef Tkaczuk" skutecznie konkurowało z "Tu byłem. Tony Halik". Słyszałem też informację (acz nie potwierdzoną), że Tkaczuk pojawił się nawet na którymś ze starożytnych zabytków w Egipcie.

Tom z Sopotu
02-12-2008, 01:42
Na przykład - w jednym z moich ulubionych filmów, Seven, jest taka scena, w której detektywi wpadli na trop zabójcy przez sprawdzanie kart bibliotecznych (w notkach zostawianych na miejscu zbrodni były cytaty z dość charakterystycznych książek). Po zlokalizowaniu osoby, która w ostatnim czasie wypożyczała te właśnie książki okazało się, że karta biblioteczna jest zarejestrowana na nazwisko John Doe (taki amerykański everyman, po polsku pewnie powiedzielibyśmy "przysłowiowy Jan Kowalski"). Niestety, w polskim tłumaczeniu John Doe pozostał Johnem Doe i widz polski nie miał okazji się dowiedzieć, że ten trop był kolejną kpiną zabójcy i formą "zagrania na nosie" detektywom...


Przed chwilą obejrzałem "Siedem", chyba po raz siódmy co najmniej. Leciało na jedynce z innym tłumaczeniem niż dotąd znałem. Miejscami lepszym, miejscami gorszym, ale znalazło się w nim pewne rozwiązanie poruszanej przez Ciebie, Klempicz, kwestii. Otóż Jonathan Doe został przetłumaczony jako John Anonim. Co powiesz na takie podejście do tego translacyjnego problemu? :-)

Klempicz
02-12-2008, 15:48
Przed chwilą obejrzałem "Siedem", chyba po raz siódmy co najmniej. Leciało na jedynce z innym tłumaczeniem niż dotąd znałem. Miejscami lepszym, miejscami gorszym, ale znalazło się w nim pewne rozwiązanie poruszanej przez Ciebie, Klempicz, kwestii. Otóż Jonathan Doe został przetłumaczony jako John Anonim. Co powiesz na takie podejście do tego translacyjnego problemu? :-)

Niezłe, niezłe, nienajgorsze... (jak mawiał pan Rychu z pewnej wypożyczalni żartów :) )

Pozdrawiam!

Tom z Sopotu
02-28-2008, 00:17
Tak mi się nagle przypomniało. Kiedyś, kiedy Cartoon Network nie był jeszcze tłumaczony, tylko leciał jako jeden z wielu obcojęzycznych kanałów w kablówce, znalazłem tam kreskówkę, która powaliła mnie absurdalnym, wyrafinowanym humorem sytuacyjnym, ale jeszcze bardziej słownym. To absolutnie nie był filmik dla dzieci, a już na pewno nie tylko: "Two stupid dogs". Genialne po prostu! A potem Cartoon Network zaczął nadawać po poslku, filmik trza było zdubbingować i do akcji wkroczył tłumacz, którego nie zawaham się nazwać kretynem (szkoda, że nie znam nazwiska, bo napiętnowałbym go publicznie). Cały ten subtelny humor obrócił w niwecz. Nie wiem na ile celowo zmieniono target wśród widzów, ale sprymitywizowany w polskiej wersji (dzięki jakości przekładu oraz gry polskich aktorów) serial stał się zwykłą, głupawą kreskówką dla dzieci w wieku przedszkolnym, nie pozostawiono cienia wyrafinowania dla widza potrafiącego dostrzec i docenić pewne kulturowe odniesienia, cytaty z filmów i w ogóle żart na poziomie. Być może tłumaczyło dziecko w wieku lat 5. W przeciwnym wypadku zmuszony będę uznać, że na tym poziomie zatrzymało się poczucie humoru i orientacja w zachodnim kręgu kulturowym dorosłego tłumacza, a to już kalectwo, które powinno go zresztą zawodowo dyskwalifikować (tłumacz bez poczucia humoru nie jest "pełnosprawny w pracy"). To jeden z bardziej drastycznych przykładów, do którego urazę noszę w sercu od bodaj dekady już... :-)

TheBlood
02-28-2008, 03:54
Tomku, a czy mógłbyś podać przykład, gdzie tłumacz - pisząc kolokwialnie - dał "ciała"?

Za czasów, gdy byłem jeszcze "brzdącem" potrafiłem całymi godzinami oglądać Cartoon Network, który to polskiej wersji jeszcze nie miał (lub ja o niej nie wiedziałem :p ). Z racji wieku niestety niewiele rozumiałem z dialogów, ale już zachowanie bohaterów kreskówek zapewniało dobrą zabawę. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że im człowiek mniej rozumie z danego języka, tym dany twór (film, utwór muzyczny) jest dla niego bardziej do przyjęcia. Już nieraz złapałem się na fakcie, iż ogólna ścieżka dźwiękowa piosenki, czy wokal przypadł mi do gustu, a po wsłuchaniu się w słowa wręcz od danego utworu mnie odrzucało. Zresztą podobnie zaczyna być w filmach.

Przeprowadźcie kiedyś eksperyment: obejrzyjcie jakiś film 2 razy. Za pierwszym razem obserwując jedynie akcję bez zbytniego zwracania uwagi na słowa, za drugim razem bierzcie pod uwagę jedno i drugie. Jestem niemal pewny, że pierwsze obejrzenie będzie dla was strawniejsze :-)

Pozdrawiam

Klempicz
02-28-2008, 10:35
Przeprowadźcie kiedyś eksperyment: obejrzyjcie jakiś film 2 razy. Za pierwszym razem obserwując jedynie akcję bez zbytniego zwracania uwagi na słowa, za drugim razem bierzcie pod uwagę jedno i drugie. Jestem niemal pewny, że pierwsze obejrzenie będzie dla was strawniejsze :-)

Zazdroszczę Ci szczerze tego, że masz czas na takie eksperymenty... :eek:

Pozdrawiam!

Tom z Sopotu
02-28-2008, 11:12
Tomku, a czy mógłbyś podać przykład, gdzie tłumacz - pisząc kolokwialnie - dał "ciała"?

Oj, z czapki teraz nie podam, bom od lat nie widział ani polskiej, ani oryginalnej wersji językowej, zwyczajnie pamięć zawodzi. Pamiętam już tylko swoją złość po obejrzeniu zdubbingowanej wersji. Ale pomyślę, poszukam i wypowiem się w razie dokonania znalezisk.

TheBlood
02-28-2008, 15:52
Zazdroszczę Ci szczerze tego, że masz czas na takie eksperymenty... :eek:

Czasu wiele nie mam, ale interesuje się szeroko pojętą psychologią, różnymi zabiegami psychomanipulacyjnymi itd, naprawdę bardzo fajna sprawa często także ułatwiająca kontakt z ludźmi :) A ten eksperyment nie jest aż taki czasochłonny na jaki wygląda. Raptem około 5 godzin, które można rozłożyć na 2 dni. :)


Wracając do tematu, to zastanawiam się, jak np. "swojski" dubbing odbierają Niemcy? Z całym szacunkiem dla tego języka i osób jego używających, ale moim zdaniem niemiecki kompletnie nie nadaje się do muzyki, czy filmów. Z racji faktu, że mieszkam pod jednym dachem z wieloletnim fanem niemieckiej telewizji, nieraz miałem okazję oglądać fragmenty kreskówek i filmów z niemieckim dubbingiem. Głos, modulacja i ogólny język aktorów był tak dokuczliwy, że nawet nie byłem w stanie skupić się na samej akcji. I jak w takiej sytuacji ma się przebić żart sytuacyjny, czy dobry dialog, gdy wszystko zabijają aktorzy dubbingujący film? Czy macie podobne odczucia?

Pozdrawiam

Tom z Sopotu
02-28-2008, 22:55
Ja do dubbingu mam innego rodzaju zastrzeżenia. Tłumaczenie to jedno, bo może się - rzadko bo rzadko - zdarzyć tłumacz dobry, ale najgorsze jest to, że jeśli chcę obejrzeć film np. z Alem Pacino, to - do konia! - chcę słyszeć ten charakterystyczny głos Ala Pacino! Jeśli chcę wiedzieć, jak interpretuje Szekspira Kenneth Branagh, to - do jasnej cholery - nie wystarczy mi w zamian interpretacja jakiegoś podrzędnego polskiego aktorzyny. Bo do dubbingu filmów aktorskich (animacje to inna sprawa) celowo nie wybiera się nawet zazwyczaj aktorów z pierwszej ligi - ich głosy są zbyt dobrze znane publiczności, by nie powstał dysonans między dźwiękiem a obrazem. Język to kolejna sprawa - Niemcy mają jeszcze ten komfort, że ich język jest w miarę pokrewny angielskiemu, więc często nawet slowa są podobne (a np. Arnold Schwarzenegger sam dubbinguje niemieckie dialogi swoich postaci - jakby to w tym wypadku mogło poprawić wrażenie artystyczne;) ), ale polski już nie do końca pasuje do angielskich "kłapów". I na koniec jeszcze - konieczność dostosowania tłumaczenia do ruchu ust postaci siłą rzeczy musi powodować poważniejsze niż w innych wypadkach odejście od oryginalnego tekstu, czyli dodatkowo gubimy sens. Ogólnie mowiąc - nie dostrzegam żadnych zalet dubbingu.

TheBlood
02-29-2008, 16:09
Ogólnie mowiąc - nie dostrzegam żadnych zalet dubbingu.

Jedną można znaleźć: daje frajdę naszym pociechom i pozwala zrozumieć co się dzieje w filmie ;)

Pozdrawiam

Mania
03-03-2008, 13:17
No to chyba jedyna zaleta. Choć to zależy. Moje oglądają też w orginale. I co dziwne, moja 10 letnia córka caly sens filmu rozumie i śmieje się też kiedy trzeba. Fajnie się obserwuje takie reakcje. Jednak potem ogląda z literami, żeby lepiej zrozumieć konkretne dialogi. Małej (3 latka) jest wszystko jedno. Młodsze dzieci myślą obrazami bardziej niż werbalnie. Ona ma radochę z każdej bajki. :>
Ja natomiast dubbingu nie znoszę, lektora nie lubię i zgadzam się z tym co powiedziane już tu zostało, że znajomośc języka czasem powoduje, że inaczej niż kiedyś odbieramy zarówno film , jak i piosenki.
Pozdrawiam:>

Tom z Sopotu
03-15-2008, 15:43
Wczoraj natomiast oglądalem jeden z moich ulubionych filmów, "Butch Cassidy i Sundance Kid". Było to bodaj trzecie już czy czwarte tłumaczenie tego filmu, z jakim się spotkałem, zapewne najnowsze - i muszę powiedzieć, że z czasem jest coraz gorzej, każde następne tłumaczenie, zamiast uczyć się na błędach poprzedniego, jest coraz słabsze. W tym filmie cholernie ważny jest humor dialogów miedzy Redfordem a Newmanem, a tłumacze najwyraźniej postanowili zastąpić go swoim poczuciem humoru, niestety - nie lepszym (o ile w ogóle dowcip dotrzegają, bo ileś żartów im umknęło całkiem). Co gorsza chyba tłumaczyli to nie widząc filmu, bo niejednokrotnie uwagi na temat jednych bohaterów filmu, w tłumaczeniu dotyczą kogo innego. No dramat, jednym słowem.

O co chodzi? Myślę, że dziś tłumaczy jest na rynku więcej, konkurencja powinna więc wyzwalać mechanizm selekcji pozytywnej - a jest przeciwnie: wygląda na to, że za komuny tłumaczy było mniej, ale za to lepszych. Ot, zagadka.

asiek
05-22-2008, 17:50
mysle ze wynika toz faktu, iż za pewne wielu tlumaczy nie ma nawet odpowiedniego przeszkolenia do robienia tlumaczen; zna jedynie jezyk oryginalu i jezyk docelowy, a to nie wszystko. wiekszosc za pewne nawet nie ma wyksztalcenia jezykowego, co potemprowadzi do wpadek. bo sama znajomosc jezyka tu nie wystarczy.

Tom z Sopotu
08-26-2008, 12:19
Wczoraj oglądałem "Obcego - przebudzenie". Jestem fanem serii, choć może tego właśnie odcinka najmniej, ale tłumacz jak zwykle parę razy mnie wkurzył. A najbardziej mnie wkurzył chyba tym, co w zasadzie nie było największym jego błędem w sensie czysto translatorskim, a raczej niewykorzystaniem oczywistej okazji.

W ostatniej scenie pada w kierunku Ripley, wracającej na Ziemię głównej bohaterki, która od dawna walczyła w kosmosie z obcymi, ale (dla nieznających filmu wygląda to głupio i mętnie, wiem, ale nie ma tu sensu tłumaczyć tego obszerniej) wskutek eksperymentów genertycznych skrzyżowana została również z obcą rasą, pytanie w stylu "co będzie tam na Ziemi?". A ona odpowiada: "I don't know. I'm stranger here too", co zostaje przetłumaczone jako "Też jestem tu nowa". No jak można niewykorzystać takiej okazji do poprawienia dialogu filmu, skoro język polski daje tu grę słów, której w oryginale nie ma?! Ona mówi "stranger", tytuł filmu to "Alien", ale przecież po polsku jedno i drugie brzmi tak samo! Czemu więc nie: "Też jestem tu obca"?! Dałoby to drugie dno, dowcip, zręczność i pointę całego filmu - ale po co? Jak tłumacz może być takim głupkiem, skoro tłumaczenie "obca" samo się narzuca, jest nawet dokładniejsze niż "nowa"??? To nawet nie byłoby nadużycie kompetencji przez tłumacza. Oto właśnie poziom obecnych polskich przekładów filmowych.

Mufka
09-02-2008, 15:09
Dziś TVN pokaże I odcinek "Dextera". Mam nadzieję, że da się to oglądać w polskim tłumaczeniu.

Tom z Sopotu
09-08-2008, 13:44
Dziś TVN pokaże I odcinek "Dextera". Mam nadzieję, że da się to oglądać w polskim tłumaczeniu.

I jak, bo przegapiłem?
Wydaje mi się natomiast, że całkiem nieźle tłumaczony jest "Dr House" (tylko nie pamiętam, czy ten na AXN czy ten w TVP2) - zdarzają się oczywiście wpadki, jakże by inaczej być mogło, ale sarkazm głównego bohatera chyba specjalnie nie traci w tłumaczeniu.

Mufka
09-08-2008, 14:09
Niestety, Dextera również przegapiłam. A jeśli mowa o "Dr House" - ogladam to z doskoku na TVP2 - mam wrażenie, że tłumaczenie bywa neichlujne, acz sarkazm tytułowego bohatera jest uchwytny.

Tom z Sopotu
09-10-2008, 14:03
tłumaczenie bywa neichlujne, acz sarkazm tytułowego bohatera jest uchwytny.

"Chlujnych" tłumaczeń już chyba nie ma, taki jest nowy standard. Tłumacze zbyt łatwo zasłaniają się np. pretekstem, że tłumaczenie (obojętnie, czy to są napisy, dubbing czy lektor) rzekomo musi być krótsze od oryginału. Moim zdaniem jednak to nie usprawiedliwia wycięcia jakiegoś dowcipu z dialogu, przynajmniej w przypadku lektora (i napisów jednak również; dubbing jest trudniejszy i dlatego najlepiej w ogóle go nie robić) - będzie dłużej czy krócej, ale istotne znaczenia TRZEBA przenieść i tyle, nie ma gadania.

michalina
09-10-2008, 20:00
"Chlujnych" tłumaczeń już chyba nie ma, taki jest nowy standard. Tłumacze zbyt łatwo zasłaniają się np. pretekstem, że tłumaczenie (obojętnie, czy to są napisy, dubbing czy lektor) rzekomo musi być krótsze od oryginału. Moim zdaniem jednak to nie usprawiedliwia wycięcia jakiegoś dowcipu z dialogu, przynajmniej w przypadku lektora (i napisów jednak również; dubbing jest trudniejszy i dlatego najlepiej w ogóle go nie robić) - będzie dłużej czy krócej, ale istotne znaczenia TRZEBA przenieść i tyle, nie ma gadania.

Naprawdę tak jest zawsze??? Mam na myśli długość tłumaczeń? Zgoda, dubbing jest trudniejszy, ale bywa czasem irytujący. Pozwolę sobie otworzyć nowy wątek na tymże forum- wolicie dubbing czy lektora? A moze napisy?

Tom z Sopotu
09-10-2008, 22:24
Naprawdę tak jest zawsze??? Mam na myśli długość tłumaczeń? Zgoda, dubbing jest trudniejszy, ale bywa czasem irytujący. Pozwolę sobie otworzyć nowy wątek na tymże forum- wolicie dubbing czy lektora? A moze napisy?

Nie otwieraj, już o tym dyskutowaliśmy. Czekaj, zaraz znajdę.

No i tak szukam, szukam, a to w tym wątku, na poprzedniej stronie było o dubbingu. Nie wiem, czy to nie wyczerpało tematu - chyba, że chcesz przeprowadzić ankietę na temat preferencji bywalców forum. ;) A o napisach było tutaj:
http://forum.mlingua.pl/showthread.php?t=419

Tom z Sopotu
09-11-2008, 15:27
A o spieprzonych tłumaczeniach filmów, napisach itp. polecam felieton Jacka Żakowskiego "Fuck off, czyli daj spokój" w najnowszym numerze "Filmu".

michalina
09-11-2008, 21:18
Nie otwieraj, już o tym dyskutowaliśmy. Czekaj, zaraz znajdę.

No i tak szukam, szukam, a to w tym wątku, na poprzedniej stronie było o dubbingu. Nie wiem, czy to nie wyczerpało tematu - chyba, że chcesz przeprowadzić ankietę na temat preferencji bywalców forum. ;) A o napisach było tutaj:
http://forum.mlingua.pl/showthread.php?t=419

Jasne, że chodzi o preferencje ;)

Tom z Sopotu
11-03-2008, 16:06
No nie kumam polskich tłumaczy, żadnego filmu nie jestem w stanie spokojnie obejrzeć. Dlaczego to jest takie trudne, dlaczego nawet jeśli rozwiązanie translatorskie jest podane na tacy, nawet kiedy można się kalką językową posłużyć, to tłumacz musi wydziwiać i odkrywać Amerykę, gubiąc oczywiście sens przy tym?!

Ostatnio np. oglądam jakiś sitcom, w którym jeden z bohaterów musi wyjaśnić, dlaczego od jakiegoś czasu znalazł upodobanie w jedzeniu chrupkiego pieczywa. No i on usiłuje zacząć wyjaśniać, ale rosnące mu w ustach pieczywo uniemożliwia mu to FIZYCZNIE, nie może powiedzieć słowa, a przy tym z jego miny można wnosić, że tak naprawdę to mu to pieczywo wcale nie smakuje. W końcu z trudem przełyka i mówi:
- Hard to say.
A polski tłumacz-kretyn, zamiast przełożyć dosłownie: "Ciężko powiedzieć", co doskonale przeniosłoby na polski dwuznaczność tego wyrażenia, wymyśla całkiem inny, a mniej oczywisty sposób: "Nie umiem tego wyjaśnić". I oczywiście niweczy cały gag ze szczętem.
DLACZEGO, ja się pytam, kuśwajegomać: dlaczego to się zdarza notorycznie?! :mad:

michalina
11-03-2008, 21:45
DLACZEGO, ja się pytam, kuśwajegomać: dlaczego to się zdarza notorycznie?! :mad:

Za wąskie koryto i nie ci przy nim, co być powinni :)

Tom z Sopotu
11-03-2008, 23:06
Za wąskie koryto i nie ci przy nim, co być powinni :)

Ale skądżeż oni się, do konia, biorą przy tym korycie hurtem - akurat ci fajansiarze bez wyczucia języka i poczucia humoru:confused: Dlaczego w ogóle oni właśnie wybrali zawód tłumacza?!

michalina
11-07-2008, 20:41
Ale skądżeż oni się, do konia, biorą przy tym korycie hurtem - akurat ci fajansiarze bez wyczucia języka i poczucia humoru:confused: Dlaczego w ogóle oni właśnie wybrali zawód tłumacza?!

Nie wiem skąd,ale wiem, że dość często cechuje ich przerost ambicji nad treścią, no i bardzoooo szerokie plecy ;)

Tom z Sopotu
11-17-2008, 14:06
Nie wiem skąd,ale wiem, że dość często cechuje ich przerost ambicji nad treścią, no i bardzoooo szerokie plecy ;)

Czy to jest jakaś bezwzględna zasada, że nie można mieć pleców i talentu jednocześnie?

michalina
11-17-2008, 17:40
Napisałam, że dość często cechuje ich, a to nie oznacza, że wszystkich. Pewnie można mieć i talent i "szerokie plecy", tyle że wychodzę z założenia, że w większości przypadków talent obroni się sam i nie musi chować się za czyimiś plecami... oczywiście "w większości" nie oznacza, że zawsze tak jest :)

Tom z Sopotu
11-17-2008, 17:46
Napisałam, że dość często cechuje ich, a to nie oznacza, że wszystkich. Pewnie można mieć i talent i "szerokie plecy", tyle że wychodzę z założenia, że w większości przypadków talent obroni się sam i nie musi chować się za czyimiś plecami... oczywiście "w większości" nie oznacza, że zawsze tak jest :)

No dobrze, ale jeśli talent broni się sam, to efekty owej skutecznej obrony powinny być widoczne. A kto mi wskaże jakiś film, zwłaszcza komedię, do którego tłumaczenia nie miał ostatnio żadnych zastrzeżeń?

michalina
11-17-2008, 17:54
No dobrze, ale jeśli talent broni się sam, to efekty owej skutecznej obrony powinny być widoczne. A kto mi wskaże jakiś film, zwłaszcza komedię, do którego tłumaczenia nie miał ostatnio żadnych zastrzeżeń?

Hmm... czyli wniosek... nie ma utalentowanych tłumaczy przy korycie :)

szerlok
11-23-2008, 19:39
No dobrze, ale jeśli talent broni się sam, to efekty owej skutecznej obrony powinny być widoczne. A kto mi wskaże jakiś film, zwłaszcza komedię, do którego tłumaczenia nie miał ostatnio żadnych zastrzeżeń?

Brak mi przykładów! Ale żeby tylko komedia - wiadomo, że to (teoretycznie) trudniejszy temat, bo moim zdaniem trzeba nie tylko umieć tłumaczyć ale i posiadać choć śladowe pokłady własnego poczucia humoru, ale żeby źle przetłumaczyć np. film dokumentalny? Wczoraj próbowałem obejrzeć na TVP Kultura film "Jerozolimskie kapelusze" - jak sama nazwa wskazuje o nakryciach głowy, noszonych przez Żydów ( nie żebym się pasjonował tematem specjalnie, ale była to jedyna pozycja godna uwagi polecana przez polską TV na sobotni wieczór) i krótko mówiąc, obejrzałem pół filmu, potem musiałem zrezygnować. Słyszałem oryginał i jednoczesnie dziwłem się tłumaczeniu, co po 30 min. mnie wyczerpało. A tłumaczenie nie wymagało jakiejś specjalnej finezji!

Tom z Sopotu
11-24-2008, 13:15
Moim zdaniem to jest wynik jakieś durnowatej, chorej ambicji. Polscy tłumacze chcą być artystami, a nie usługodawcami, chcą być twórcami, a nie przetwórcami - i każdy jeden z drugim nie poprzestanie na prostym odtworzeniu znaczenia oryginału, ale musi dodać coś od siebie, bo by mu uwłaczała taka bezmyślna robota. A że oryginalni twórcy filmów są zazwyczaj jednak lepszymi fachowcami od tego niż jakiś tam tłumaczyna, to efekty są, jakie są.

szerlok
11-24-2008, 17:04
Efekty są takie, że by się zdało zorganizowac jakiś ogólnopolski protest w tej sprawie:mad:

Mufka
11-25-2008, 18:53
Efekty są takie, że by się zdało zorganizowac jakiś ogólnopolski protest w tej sprawie:mad:

Może marsz:D?

szerlok
11-25-2008, 20:27
Może marsz:D?

Efektowny pomysł :)

daphne
11-26-2008, 10:51
Może jakieś propozycje transparentów?

Tom z Sopotu
11-26-2008, 12:30
Może jakieś propozycje transparentów?

"Nie kumasz - nie tłumacz!"
"Tłumacze do znaczeń!"
"Translatorzy na transatlantyk!"
"Bóg, Humor, Ojczyzna-Polszczyzna"
"Komedia bez humoru bliższa jest horroru"

szerlok
11-26-2008, 20:51
"Ja wam wyTłumacze, jeden z drugim!"

Mufka
11-26-2008, 21:02
Żadna praca nie hańbi. Ta ze słownikiem również!

michalina
11-26-2008, 21:41
Brak mi przykładów! Ale żeby tylko komedia - wiadomo, że to (teoretycznie) trudniejszy temat, bo moim zdaniem trzeba nie tylko umieć tłumaczyć ale i posiadać choć śladowe pokłady własnego poczucia humoru, ale żeby źle przetłumaczyć np. film dokumentalny? Wczoraj próbowałem obejrzeć na TVP Kultura film "Jerozolimskie kapelusze" - jak sama nazwa wskazuje o nakryciach głowy, noszonych przez Żydów ( nie żebym się pasjonował tematem specjalnie, ale była to jedyna pozycja godna uwagi polecana przez polską TV na sobotni wieczór) i krótko mówiąc, obejrzałem pół filmu, potem musiałem zrezygnować. Słyszałem oryginał i jednoczesnie dziwłem się tłumaczeniu, co po 30 min. mnie wyczerpało. A tłumaczenie nie wymagało jakiejś specjalnej finezji!

Z tą komedią, a szerzej żartem, dowcipem to się zgodzę. Bez poczucia humoru nie da się tłumaczyć z polotem komedii, ba... nie znająć choć w części realiów,o których mówi dane dzieło,nie jest się w stanie oddac jego ducha.

daphne
11-26-2008, 21:56
Z tą komedią, a szerzej żartem, dowcipem to się zgodzę. Bez poczucia humoru nie da się tłumaczyć z polotem komedii, ba... nie znająć choć w części realiów,o których mówi dane dzieło,nie jest się w stanie oddac jego ducha.

A tam z polotem :)! Nie używajmy wielkich słów - byle te tłumaczenia były choć dosłowne to już będzie COŚ.

Tom z Sopotu
11-26-2008, 22:26
A tam z polotem :)! Nie używajmy wielkich słów - byle te tłumaczenia były choć dosłowne to już będzie COŚ.

Właśnie, czasem mam wrażenie, że właśnie tego polotu coś za dużo, więc i sens ulatuje...

daphne
11-27-2008, 08:47
Właśnie, czasem mam wrażenie, że właśnie tego polotu coś za dużo, więc i sens ulatuje...

A bo teraz wszędzie wszyscy są natchnionymi artystami! Tylko coś dobrych rzemieślników brak...

szerlok
11-27-2008, 17:41
A tam z polotem :)! Nie używajmy wielkich słów - byle te tłumaczenia były choć dosłowne to już będzie COŚ.

O właśnie! I o to, i o to chodzi!

Tom z Sopotu
11-27-2008, 21:15
Przypomniało mi się dzisiaj pierwsze bodaj tłumaczenie, które mnie tak zirytowało. To była jakaś reklama środka przeciw pryszczom, prezentowana w MTV. Na początku miałem MTV anglojęzyczne i tam leciał filmik pokazujący grupę kumpli w knajpie. Jeden z nich podnosił z talerza krwisty stek i pytał:
- Reminds somebody's face?
Ktoś się wtedy oburzał, że jest okrutny, a kto inny zastanawiał się, gdzie jest właściwie ten delikwent z twarzą przypominającą stek. Wtedy ktoś inny wysuwał przypuszczenie:
- Maybe his face exploded?
Wszyscy się złośliwie śmiali, a wtedy wchodził ów gość, z twarzą gładką dzięki clearasilowi czy innej cudownej substancji.

Niestety, niebawem weszła polska wersja MTV, albo ów środek zaczęto rekalmować w TVP - nieważne, w każdym razie puszczano ten sam filmik, ale z polskim dubbingiem. No i cała dowcipność dialogu zaczęła wyglądać tak:
Gość unosi z talerza stek i - nie wiedzieć czemu - pyta:
- A gdzie pryszczata twarz?
Na to ktoś się zastanawia, gdzie ona, ta twarz, właściwie jest, a ktoś inny wysuwa jakże dowcipne przypuszczenie:
- Może usiadł i wyciska?
Itd.

Ręce opadają. Nie wiem, czy chodziło o to, żeby polskiemu widzowi oszczędzić nie dającego się zaakceptować okrucieństwa oryginalnego dialogu, czy też o to, że poslkie poczucie humoru jest tak wyrafinowane, jak widać w tej drugiej wersji. Ale pewnie o to, że robił to najgorszy tłumacz świata. Uważam, że tych anonimowych tłumaczy, którzy tak nam psują krew i odbiór telewizji, należałoby znajdować i piętnować przez publiczne podawanie ich danych z dołączonym ostrzeżeniem w postaci najbardziej skopanych przez nich dialogów. Może to odstraszyłoby telewizje od zatrudniania osób całkiem niekompetentnych do tego rodzaju zleceń?

Mufka
11-28-2008, 17:25
Hehehhehe. Ale tę polską wersję nawet trudno nazwać tłumaczeniem! Dla mnie to swobodna wariacja. Z naciskiem na "wariacja" :).

szerlok
11-29-2008, 12:36
Uważam, że tych anonimowych tłumaczy, którzy tak nam psują krew i odbiór telewizji, należałoby znajdować i piętnować przez publiczne podawanie ich danych z dołączonym ostrzeżeniem w postaci najbardziej skopanych przez nich dialogów.

Tropić takich, powiadasz? Godny zastanowienia pomysł...

szerlok
11-29-2008, 12:37
A na marginesie - jestem seniorem :D Hurrrrrrrrrrrra!

adam
11-29-2008, 19:26
Uważam, że tych anonimowych tłumaczy, którzy tak nam psują krew i odbiór telewizji, należałoby znajdować i piętnować przez publiczne podawanie ich danych z dołączonym ostrzeżeniem w postaci najbardziej skopanych przez nich dialogów. Może to odstraszyłoby telewizje od zatrudniania osób całkiem niekompetentnych do tego rodzaju zleceń?

Hmmm... będzie trudne, skoro są anonimowi ;)

Tom z Sopotu
11-30-2008, 15:02
Hmmm... będzie trudne, skoro są anonimowi ;)

Nie dla wszystkich - ktoś zna ich tożsamość, choćby zleceniodawca.

szerlok
11-30-2008, 19:21
Nie dla wszystkich - ktoś zna ich tożsamość, choćby zleceniodawca.

Tropić, tropić!

Tom z Sopotu
11-30-2008, 23:05
Dla kontrastu - przed chwilą obejrzałem sobie "300" i z przyjemnym zaskoczeniem zaobserwowałem, że tłumacz (bodajże Wojciech Stebliński), zapewne lepiej wykształcony od twórców filmu, poprawił pewne niedoróbki oryginału. Np. zamiast Herkulesa, który był całkiem nie na miejscu, użył jednak Heraklesa, a "piekło" zastąpił Hadesem. I nawet kiedy nie tłumaczył dialogów dosłownie, robił to ze stylem i sensem. Miła odmiana.

Niestety, chwilę później widziałem fragment Bonda, w którym zamiast "rodziny nuklearnej" (która to nazwa ma swoje znaczenie w socjologii) użyto "rodziny atomowej". Oczywiście, to właściwie to samo i może nawet "atomowa" ma więcej sensu, z tym że wypada jednak wiedzieć, że "nuklearna" już się dawno temu przyjęła w polskim języku naukowym, a "atomowa" - nie. A trzeba się odnosić do funkcjonujących już skojarzeń, budując gry słów.

Tom z Sopotu
11-30-2008, 23:06
Tropić, tropić!

Któż to zrobi lepiej niż Szerlok? ;)

michalina
12-01-2008, 20:24
Któż to zrobi lepiej niż Szerlok? ;)

Pies Cywil ;)

Tom z Sopotu
12-17-2008, 14:53
Pies Cywil ;)

A teraz się tak zastanowiłem - gdyby tłumaczyć odwrotnie, np. na angielski, ten serial - jak przetłumaczyć imię psa? "Civilian" jakoś nie brzmi ani zgrabnie, ani dowcipnie (więc polski tłumacz NA PEWNO by wybrał właśnie tę opcję), a przecież to imię ma w sobie pewien pierwiastek humoru.

michalina
12-21-2008, 20:51
A teraz się tak zastanowiłem - gdyby tłumaczyć odwrotnie, np. na angielski, ten serial - jak przetłumaczyć imię psa? "Civilian" jakoś nie brzmi ani zgrabnie, ani dowcipnie (więc polski tłumacz NA PEWNO by wybrał właśnie tę opcję), a przecież to imię ma w sobie pewien pierwiastek humoru.

No właśnie... z imionami polskich serialowych kundli w ogóle byłby kłopot... Cywil, Szarik, Reksio ( z tym może mniejszy ), Pankracy... Moze rozpiszemy konkurs? Tylko komu przyszłoby na myśl pokazać w wersji anglojęzycznej "Psa Cywila"?

Tom z Sopotu
12-21-2008, 21:38
Tylko komu przyszłoby na myśl pokazać w wersji anglojęzycznej "Psa Cywila"?

TV Polonia?

Tom z Sopotu
12-21-2008, 22:00
A swoją drogą, kiedyś się ubawiłem, jak w angielskich napisach pod "Janosikiem" na TV Polonia pojawił się hrabia Chorwat (jak narodowość), zamiast Horwath (które to nazwisko nosili faktycznie właściciele zamku w Niedzicy, gdzie kręcono część zdjęć do "dworskich" fragmentów serialu).

michalina
12-22-2008, 15:12
TV Polonia?

Nie no, akurat po TV Polonii to ja się zbyt wiele dobrego w tłumaczeniach nie spodziewam... Właściwie, to czasem mam ochotę, aby nie tłumaczyli w ogóle...

Mufka
12-29-2008, 12:10
Nie no, akurat po TV Polonii to ja się zbyt wiele dobrego w tłumaczeniach nie spodziewam... Właściwie, to czasem mam ochotę, aby nie tłumaczyli w ogóle...

A ja uwielbiam ich tłumaczenia:D! Nawet zdarza mi się hobbystyczne (z doskoku) obejrzeć cały odcinek "Klanu" na Polonii. Właśnie ze względu na, ekhem, nowatorskość tłumaczeń. To jest nowa jakość.

michalina
12-29-2008, 12:50
A ja uwielbiam ich tłumaczenia:D! Nawet zdaża mi się hobbystyczne (z doskoku) obejrzeć cały odcinek "Klanu" na Polonii. Właśnie ze względu na, ekhem, nowatorskość tłumaczeń. To jest nowa jakość.

Nowa q... jakość... zatracanie sensu i ich przeinaczanie. A tak na marginesie... Mufka, co jest? "Zdażyło" się hobbystycznie czy znów sprawdzasz czujność ;)

Mufka
12-29-2008, 14:46
Michalina, tym razem nie sprawdzałam czujności:eek: Świąteczne obżarstwo i ciąża zaatakowały mózg. Dzięki!

michalina
12-30-2008, 20:13
Michalina, tym razem nie sprawdzałam czujności:eek: Świąteczne obżarstwo i ciąża zaatakowały mózg. Dzięki!

Właśnie, jak tam dzieciaczki?

Mufka
12-31-2008, 17:51
Właśnie, jak tam dzieciaczki?

Dziękuję:) Są coraz większe i coraz bardziej roszczeniowe, ale na szczeście rozwiązanie bliżej niż dalej;)

michalina
01-05-2009, 22:12
Dziękuję:) Są coraz większe i coraz bardziej roszczeniowe, ale na szczeście rozwiązanie bliżej niż dalej;)

No Kochana, tak trzymać! Zdrówka dla Was w Nowym Roku!

NoOne3
01-10-2009, 13:11
Jaka rodzinna atmosfera :)

A wracając do tych nieszczęsnych tłumaczy filmowych, to nie pozując na znawcę wysunąłbym przypuszczenie:
Może to kwestia właśnie wolnego rynku. Kiedyś filmy tłumaczył ktoś, kto miał w dowodzie napisane: tłumacz. Teraz tłumaczy ten, na którym można zaoszczędzić (bo film już i tak kosztował), którego można zawalić robotą, którą wykona szybko i sprawnie, a nie będzie się grzebał, do słowników zaglądał, upewniał się. Im bardziej niszowa telewizja tym tłumaczenia bywają ciekawsze. Na przykład o kanałach pokroju Discovery można by pisać i pisać, o ich tłumaczeniach terminów naukowych, technicznych i wojskowych, zamianie jednostek imperialnych na metryczne, bilionach i miliardach, a lektorzy to w ogóle osobny rozdział.
Po co zatrudniać kogoś, kto to zrobi dobrze, jeśli ktoś inny zrobi to znośnie (z punktu widzenia większości odbiorców) i taniej.

Bo podejrzewam, że czynnik finansowy stał za takim tworem, jakim była wynaleziona przez znajomego na wychodźstwie, piracka zapewne, wersja DVD hollywoodzkiego hitu: "Król Artur", tłumaczona na polski (http://www.angielskie.republika.pl), a raczej na czystą parahistoryczną Sienkiewszczyznę (skąd ten pomysł w ogóle ?!?) i czytaną przez lektora o piskliwym głosie z wyraźnym wschodnim akcentem (zdaje się, że kupił ją dla niego u siebie, w rodzinnym kraju, jakiś znajomy Litwin). Z pamięci: Męski i bohaterski Owen, jako Artur staje na koniu naprzeciw linii swoich żołnierzy i zasuwa do nich jakąś wzniosłą mowę, zaczynając jakoś od "Oh, brave warriors..." i w tym momencie wchodzi cienki, łamiący się lekko głos lektora: "Chrobrziy (SIC!) wojownicy...". Reszty sceny nikt z oglądających nie pamięta bo wszyscy kulali się po podłodze.

Podejrzewam, że całe ginące poczucie humoru uziemia się w takich właśnie przypadkach, w przyrodzie nic nie ginie :)

michalina
01-10-2009, 19:57
Jaka rodzinna atmosfera :)

A wracając do tych nieszczęsnych tłumaczy filmowych, to nie pozując na znawcę wysunąłbym przypuszczenie:
Może to kwestia właśnie wolnego rynku. Kiedyś filmy tłumaczył ktoś, kto miał w dowodzie napisane: tłumacz. Teraz tłumaczy ten, na którym można zaoszczędzić (bo film już i tak kosztował), którego można zawalić robotą, którą wykona szybko i sprawnie, a nie będzie się grzebał, do słowników zaglądał, upewniał się.

A więc uważasz, że wolny rynek tłumaczy spowodował obniżenie się jakości tłumaczenia? Nie do końca zgodzę się ze stwierdzeniem, że dawniej jak ktoś miał w dowodzie tłumacz, tłumaczył dobrze. Co więcej, znam takich,którzy nie mieli i nie mają tłumacz w dowodzie, a tłumaczą o wiele lepiej niż niejeden wykształcony w tym zawodzie. Zgodzę sie natomiast, że finanse niszczą "rynek", zresztą nie tylko w tym zawodzie. Może w takim razie lepiej przyjąć, że najlepiej tłumaczą Ci, którym jeszcze się chce to robić dobrze i mają jakieś poczucie przyzwoitości, by nie robić tego po łebkach, nie chałturzyć...

Tom z Sopotu
01-10-2009, 21:14
A więc uważasz, że wolny rynek tłumaczy spowodował obniżenie się jakości tłumaczenia? Nie do końca zgodzę się ze stwierdzeniem, że dawniej jak ktoś miał w dowodzie tłumacz, tłumaczył dobrze. Co więcej, znam takich,którzy nie mieli i nie mają tłumacz w dowodzie, a tłumaczą o wiele lepiej niż niejeden wykształcony w tym zawodzie. Zgodzę sie natomiast, że finanse niszczą "rynek", zresztą nie tylko w tym zawodzie. Może w takim razie lepiej przyjąć, że najlepiej tłumaczą Ci, którym jeszcze się chce to robić dobrze i mają jakieś poczucie przyzwoitości, by nie robić tego po łebkach, nie chałturzyć...

A bo to w ogóle jest system prowadzący ku katastrofie, nie sądzicie? Skoro wybiera się wykonawców wszelkich robót (od tłumaczenia filmów, przez produkcję żywności, po budowę elektrowni atomowych) przede wszystkim według kryterium, "kto to zrobi TANIEJ", to kwestią czasu jest tylko nuklearna zagłada, wywołana czyjąś fuszerką. ;)

NoOne3
01-12-2009, 00:01
Może w takim razie lepiej przyjąć, że najlepiej tłumacz (http://www.angielskie.republika.pl/tlumacz.html)ą Ci, którym jeszcze się chce to robić dobrze i mają jakieś poczucie przyzwoitości, by nie robić tego po łebkach, nie chałturzyć...
W dodatku ze względów ekonomicznych wykluczyć możemy żonatych, a na pewno żonatych z dziećmi, przynajmniej do momentu gdy przejdą na zasłużoną emeryturę. :)

Elektrownie atomowe przynajmniej odpowiadać muszą jakimś standardom, albo raczej ktoś je ustanawia, a ktoś inny musi za nie odpowiadać (choć jakby poczytać sobie o ilości "incydentów atomowych" w internecie, to przestaje być człowiekowi wesoło). Tłumaczenie filmowe co najwyżej przyprawi jakiegoś wykształciucha (zachciało się znać obce języki, aaa?) o napad śmiechu, lub zwątpienia, a decydujący o wyborze tłumacza będzie spał spokojnie.

michalina
01-12-2009, 08:39
W dodatku ze względów ekonomicznych wykluczyć możemy żonatych, a na pewno żonatych z dziećmi, przynajmniej do momentu gdy przejdą na zasłużoną emeryturę. :)



No nie, to chyba pewne uproszczenie, schematyzm, szablonowość... zaleciało nieco dyskryminacją ;)

adam
01-12-2009, 17:08
W dodatku ze względów ekonomicznych wykluczyć możemy żonatych, a na pewno żonatych z dziećmi, przynajmniej do momentu gdy przejdą na zasłużoną emeryturę. :)



Dlaczego? :) Znam takich, co przed żoną uciekają w pracę właśnie, choćby charytatywną ;)

NoOne3
01-12-2009, 19:51
No nie, to chyba pewne uproszczenie, schematyzm, szablonowość... zaleciało nieco dyskryminacją (http://mobbing-dyskryminacja.pl/dyskryminacja.html) Pozostaje mi się tylko bronić, że dodałem emotkę, albo brnąć dalej, że życie kosztuje niezależnie, czy się ma dzieci będąc kobietą, czy mężczyzną.

Nie dyskutuję teraz śmiertelnie poważnie, ale mimo wszystko za dobrze wykonaną pracę wydawałoby się słusznym oczekiwać godziwej zapłaty...

michalina
01-14-2009, 14:44
Za dobrze wykonaną... tylko że czasem zarabiają tylko Ci, co robią to tanio, a więc po łebkach :)

adam
01-15-2009, 13:33
Za dobrze wykonaną... tylko że czasem zarabiają tylko Ci, co robią to tanio, a więc po łebkach :)

No Koleżanko, to chyba też pewne uproszczenie...

michalina
01-15-2009, 22:04
No Koleżanko, to chyba też pewne uproszczenie...

Zgadza się, przepraszam, ale tylko "pewne" ;)

BasiaS
01-16-2009, 18:44
Jednak przetłumaczenie Johna Doe, jako Jana Kowalskiego byłoby chyba sztuczne. Czasem trzeba liczyć również na to, że widz sam orientuje się w kontekście kulturowym.
przypomniało mi się tłumaczenie amerykańskiej wersji "Brzyduli Betty", w jednym z dialogów bohaterowie mówią coś w stylu "She thinks she sings like Whitney Houston ?" w polskiej wersji brzmiało to mniej więcej tak: "Czy ona uważa się za Justynę Steczkowską?". Moim zdaniem, brzmi to co najmniej sztucznie. Co wy o tym sądzicie?

Tom z Sopotu
01-16-2009, 19:37
przypomniało mi się tłumaczenie amerykańskiej wersji "Brzyduli Betty", w jednym z dialogów bohaterowie mówią coś w stylu "She thinks she sings like Whitney Houston ?" w polskiej wersji brzmiało to mniej więcej tak: "Czy ona uważa się za Justynę Steczkowską?". Moim zdaniem, brzmi to co najmniej sztucznie. Co wy o tym sądzicie?

Zgadzam się. I to jest też mój zarzut do wielu tłumaczeń Beksińskiego, który z lubością takie manewry stosował. Trzeba mieć na uwadze także pierwotny kontekst. A myślę, że Whitney Houston jest w Polsce nie mniej znana, jak Justyna Steczkowska.

solenero
01-17-2009, 13:24
przypomniało mi się tłumaczenie amerykańskiej wersji "Brzyduli Betty", w jednym z dialogów bohaterowie mówią coś w stylu "She thinks she sings like Whitney Houston ?" w polskiej wersji brzmiało to mniej więcej tak: "Czy ona uważa się za Justynę Steczkowską?". Moim zdaniem, brzmi to co najmniej sztucznie. Co wy o tym sądzicie?

Sztucznie to delikatnie powiedziane! Nie potrafię zrozumieć celowości takich zabiegów!

NoOne3
01-18-2009, 11:24
Tłumacz postawił na pełne przeniesienie realiów i moim zdaniem się na tym przejechał. Co innego, gdyby realia serialu były bardziej uniwersalne, ale sytuacje, bohaterowie, tło, wszystko jest prosto z USA.
Zrozumiałbym, gdyby chodziło o jakąś mało znaną u nas piosenkarkę... W efekcie człowiek się zastanawia skąd oni w Stanach znają Steczkowską?

W Pulp Fiction było coś takiego, bliżej nieznana polskiej publiczności świnka przywołana w słynnym dialogu ("personality goes a long way") została zamieniona na Świnkę Piggie (to było chyba tłumaczenie w wersji z "jesienią średniowiecza (http://sredniowiecze.zdrowo.info.pl)").

Tom z Sopotu
02-03-2009, 01:02
A ku pokrzepieniu serc powiem, że ostatnio znów obejrzałem sobie jeden z moich ulubionych filmów wszechczasów, "Dzień świstaka", bo leciał w weekend w TV i muszę powiedzieć, że tym razem tłumacz się sprawił nieźle. Rozumieniem tekstu, a zwłaszcza poczucia humoru oraz umiejętnością znajdowania właściwych polskich odpowiedników o niebo przewyższył swoich poprzedników, których tłumaczenia doprowadzały mnie miejscami do rozpaczy zamiast salw śmiechu.

Za to tłumacz napisów w zakupionym przeze mnie ostatnio final cut "Bladerunnera" Ridleya Scotta okazał się być ciężkim idiotą. Nie dość, że niewiele skumał z treści filmu, dialogi układając sobie a muzom, w beztroskim oderwaniu nawet od aktualnie widocznego obrazu, co świadczy jak najgorzej albo o jego poziomie inteligencji, albo/i o jego opanowaniu języka angielskiego, to nawet jego znajomość języka polskiego wołala o pomstę do nieba. Jako tłumaczy zatrudniają już najwyraźniej półanalfabetów - pewnie są tańsi od ludzi zaznajomionych z gramatyką ojczystego języka.

NoOne3
02-03-2009, 19:04
Wiesz, rzeczywiście. Oglądaliśmy jakiś czas temu z kumplami Director's Cut "Blade Runnera", z wypożyczalni i też strasznie mnie napisy bolały, sprawiały wrażenie robionych ze słuchu. A po tym jak tłumaczący (http://translator.telewizor.eu/translator.html) sknocił całkowicie sens przemowy o łzach na deszczu, pasie Oriona i okrętach w ogniu, to się wkurzyłem i poszukałem i... znalazłem te napisy w internecie. Jedyny wniosek, jaki mi się nasuwa, to ten, że stamtąd właśnie wziął je dystrybutor.

Tom z Sopotu
02-03-2009, 19:48
Wiesz, rzeczywiście. Oglądaliśmy jakiś czas temu z kumplami Director's Cut "Blade Runnera", z wypożyczalni i też strasznie mnie napisy bolały, sprawiały wrażenie robionych ze słuchu. A po tym jak tłumaczący sknocił całkowicie sens przemowy o łzach na deszczu, pasie Oriona i okrętach w ogniu, to się wkurzyłem i poszukałem i... znalazłem te napisy w internecie. Jedyny wniosek, jaki mi się nasuwa, to ten, że stamtąd właśnie wziął je dystrybutor.

Czyli nie jestem przewrażliwiony. :)

arek.mikrut
02-03-2009, 22:44
A słyszeliście, że pan Wierzbięta został ponoć podany do sądu przez Polkomtel za przetłumaczenie "Idea, tracisz zasięg" w Asterixie i Obeliksie Misja Kleopatra? Nie wiem ile w tym prawdy, ale tak mi ktoś gdzieś kiedyś powiedział. Myślę, że do gubienia sensu w tłumaczeniach może przyczynić sie okrutna rzeczywistość lub strach przed organami ścigania ;)

Tom z Sopotu
02-03-2009, 22:55
A słyszeliście, że pan Wierzbięta został ponoć podany do sądu przez Polkomtel za przetłumaczenie "Idea, tracisz zasięg" w Asterixie i Obeliksie Misja Kleopatra? Nie wiem ile w tym prawdy, ale tak mi ktoś gdzieś kiedyś powiedział. Myślę, że do gubienia sensu w tłumaczeniach może przyczynić sie okrutna rzeczywistość lub strach przed organami ścigania ;)

Nie, Centertel tylko rozważał podanie do sądu dystrybutora filmu, ale ostatecznie - i słusznie- uznał, że więcej z tego będzie miał strat niż korzyści.

NoOne3
02-04-2009, 17:59
Czyli nie jestem przewrażliwiony. :)
No, obawiam się że po prostu obaj jesteśmy.
Nabrałem męczącego nawyku: Jak oglądam film z dziewczyną, to na co piękniejszych kwiatkach włączam pauzę i tłumaczę co umknęło bezsilnemu tłumacz (http://www.angielskie.republika.pl/tlumacz.html)owi.

Tom z Sopotu
02-04-2009, 20:42
No, obawiam się że po prostu obaj jesteśmy.
Nabrałem męczącego nawyku: Jak oglądam film z dziewczyną, to na co piękniejszych kwiatkach włączam pauzę i tłumaczę co umknęło bezsilnemu tłumaczowi.

Hahahahaha, mam to samo! :D Tylko dlaczego MUSIMY tak robić? Nie mógł tego zrobić za nas ten, komu za to zapłacono?

A najśmieszniejsze w tym jest to, że moja znajomość angielskiego daleka jest od perfekcji i przeciętny tłumacz zapewne lepiej ten język zna niż ja. Dlaczego zatem jemu umyka coś, co dla mnie jest oczywiste? A może to jest kwestia inteligencji, a nie znajomości języka? Może tłumaczami filmów zostają z jakichś nieznanych powodów ludzie głupsi, może zachodzi w tej branży jakaś selekcja negatywna? ;)

arek.mikrut
02-06-2009, 16:13
Coś w tym jest...ostatnio słyszałem, że ludzie geniusze rzadko do czegoś w życiu spektakularnego dochodzą..częściej udaje się to ludziom mniej wykształconym, takim jak gość od Apple - nawet studiów nie skończył :) Może jest tak dlatego, że człowiek wykształcony za bardzo rozważa wszystkie za i przeciw i duma długo nad tym, co będzie gdy...a człowiek mniej wykształcony nie zważa na niepowodzenia, bo ich nie widzi..:)

joannamitula
02-11-2009, 18:57
Może jest tak dlatego, że człowiek wykształcony za bardzo rozważa wszystkie za i przeciw i duma długo nad tym, co będzie gdy...a człowiek mniej wykształcony nie zważa na niepowodzenia, bo ich nie widzi..:)

Oooo tu się zgodzę. Tylko, że akurat uważam, że nie ma co się nad tym długo zastanawiać. Po prostu trzeba mieć świadomość, że nie stworzy się czegoś, co będzie odpowiadać wszystkim, i przyjąć z godnością słowa krytyki.

Tom z Sopotu
02-12-2009, 11:04
Oooo tu się zgodzę. Tylko, że akurat uważam, że nie ma co się nad tym długo zastanawiać. Po prostu trzeba mieć świadomość, że nie stworzy się czegoś, co będzie odpowiadać wszystkim, i przyjąć z godnością słowa krytyki.

Ale może chociaż należałoby pomyśleć chwilę, zamiast uznawać za ostateczną pierwszą wersję, jaka przyjdzie do głowy? No jednak trochę szacunku dla odbiorcy i dla własnej pracy trzeba mieć - nawet jeśli nasze tłumaczenie nie zadowoli wszystkich, to może dołóżmy chociaż starań, by zadowoliło jak najwięcej osób? Nie może być dobrą praca "na odwal".

joannamitula
02-13-2009, 20:19
Nie miałam na myśli robienia pracy na odwal, ale raczej podjęcie decyzji, której konsekwencje trzeba ponieść. W przypadku humoru znalezienie żartu, z którego śmiać będzie się każdy jest na prawdę trudne, zwłaszcza kiedy mamy do czynienia z dwoma różnymi kulturami.

Tom z Sopotu
02-14-2009, 16:30
Nie miałam na myśli robienia pracy na odwal, ale raczej podjęcie decyzji, której konsekwencje trzeba ponieść. W przypadku humoru znalezienie żartu, z którego śmiać będzie się każdy jest na prawdę trudne, zwłaszcza kiedy mamy do czynienia z dwoma różnymi kulturami.

Ale co to ma być za usprawiedliwienie? Nieważne, że jest trudno - tłumacz jest właśnie od tego, żeby taki żart znaleźć, za to mu w końcu płacą, a nie za rozkładanie rąk w bezradnym geście.
Zresztą, w tym wątku mówiliśmy głównie o tym, co jest stosunkowo łatwe do przetłumaczenia, a czego tłumacz mimo to nie przełożył (choć mógł, bo nie sprawiło to trudności osobom tłumaczami nie będącymi) - bo a) za słabo jednak zna język, żeby być porządnym tłumaczem, b) jest zbyt niechlujny, żeby być tłumaczem, bo przegapia rzeczy oczywiste, c) jest za głupi, żeby zrozumieć dowcipy (a więc i żeby być tłumaczem). Niepotrzebne skreślić - a każda z tych cech powinna go dyskwalifikować zawodowo.

joannamitula
02-18-2009, 17:19
Ale co to ma być za usprawiedliwienie? Nieważne, że jest trudno - tłumacz jest właśnie od tego, żeby taki żart znaleźć, za to mu w końcu płacą, a nie za rozkładanie rąk w bezradnym geście.
Zresztą, w tym wątku mówiliśmy głównie o tym, co jest stosunkowo łatwe do przetłumaczenia, a czego tłumacz mimo to nie przełożył (choć mógł, bo nie sprawiło to trudności osobom tłumaczami nie będącymi) - bo a) za słabo jednak zna język, żeby być porządnym tłumaczem, b) jest zbyt niechlujny, żeby być tłumaczem, bo przegapia rzeczy oczywiste, c) jest za głupi, żeby zrozumieć dowcipy (a więc i żeby być tłumaczem). Niepotrzebne skreślić - a każda z tych cech powinna go dyskwalifikować zawodowo.

Powinno go dyskwalifikować zawodowo jeśli specjalizuje się w tłumaczeniu filmów. Chyba często "takimi przypadkami" są ludzie, którzy chcą, ale nie umieją.

2kd
05-27-2009, 17:09
Witam serdecznie,
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam ten wątek. Jako tłumacz filmów i programów telewizyjnych z wieloma opiniami muszę się zgodzić. Na moje szczęście nie tłumaczyłam nic z tego o czym piszecie. Nie chcę tu nikogo usprawiedliwiać, czy dołączać się do troszkę zjadliwej krytyki. Może jednak uda mi się odpowiedzieć Wam na pytanie "dlaczego?". Dlaczego ten tłumacz nie zrozumiał, dlaczego przetłumaczył tak a nie tak. Brak kompetencji i poczucia humoru a może coś innego? Czasami, bo nie zawsze, brak czasu moi drodzy państwo. Taka trywialna przyczyna. Jak w każdym zawodzie tu też są przeszkody, utopia tłumaczeniowa nie istnieje. Żeby dobrze przetłumaczyć tekst, trzeba mieć, poza wieloma cechami, o których długo by pisać, sporo czasu. Z niektórymi sprawami trzeba się przespać, pomysły nie przychodzą zawsze na zawołanie.... a tu kurna termin na tak zwane "wczoraj"! Szybko szybko! ... no i czasem kupa z tego moi mili wychodzi..
Pozdrawiam serdecznie :)

ewela
11-18-2009, 23:42
Witam serdecznie,
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam ten wątek. Jako tłumacz filmów i programów telewizyjnych z wieloma opiniami muszę się zgodzić. Na moje szczęście nie tłumaczyłam nic z tego o czym piszecie. Nie chcę tu nikogo usprawiedliwiać, czy dołączać się do troszkę zjadliwej krytyki. Może jednak uda mi się odpowiedzieć Wam na pytanie "dlaczego?". Dlaczego ten tłumacz nie zrozumiał, dlaczego przetłumaczył tak a nie tak. Brak kompetencji i poczucia humoru a może coś innego? Czasami, bo nie zawsze, brak czasu moi drodzy państwo. Taka trywialna przyczyna. Jak w każdym zawodzie tu też są przeszkody, utopia tłumaczeniowa nie istnieje. Żeby dobrze przetłumaczyć tekst, trzeba mieć, poza wieloma cechami, o których długo by pisać, sporo czasu. Z niektórymi sprawami trzeba się przespać, pomysły nie przychodzą zawsze na zawołanie.... a tu kurna termin na tak zwane "wczoraj"! Szybko szybko! ... no i czasem kupa z tego moi mili wychodzi..
Pozdrawiam serdecznie :)
Oczywiście takie "wpadki" mogą się zdarzyć każdemu, człowiek jest tylko człowiekiem, czegoś nie zauważy, źle zrozumie, pominie coś co w jego mniemaniu jest mało istotne dla np. fabuły filmu, a ktoś mu to wytknie twierdząc, że zabrakło mu właśnie tego elementu w tłumaczeniu. Co do braku czasu to z pewnością jest to duże ograniczenie jednak uważam, że tak jak wspomniała 2kd nie może to być usprawiedliwienie tych wszystkich "wpadek", o których pisaliście wcześniej.

Karia
12-26-2009, 16:07
Przypomina mi się też pojawiająca się czasem nadgorliwość tłumaczy. Pamiętam przekład dialogów bodajże w filmie "48 godzin" z Eddiem Murphym i Nickiem Nolte. "Gimme a break" zostało tam np. przetłumaczone jako "wal się w rurę", a "you're kiddin' me" jako "pierdolisz!". Notorycznie zdarza się wciąż jeszcze ponadto tłumaczenie słowa "gay" jako "pedał". :confused:
Z drugiej strony są też tłumacze, którym spod pióra wulgaryzm nie wyjdzie - do pasji doprowadza mnie łagodzenie pewnych słów i wyrażeń do granic infantylności, jak wszechobecny w polskiej TV "siusiak" :rolleyes: , jak się eufemistycznie tłumaczy w 90 chyba procentach wypadków wyraz "dick". A są przecież nawet w polskim odpowiedniki nie wymagające walenia ciężkimi wulgaryzmami, jak choćby w miarę neutralny, jak na mój gust, "fiut". :-)

Powiało grozą. Przedatawione tłumaczenia są bez wątpienia przykładem pewnej niekompetencji.
Siusiaka nie trzeba komentować. To jedno z najstraszniejszych słow na świecie :P
"Wal się w rurę" jest dośc smieszne, ale nie wiem skąd sie wzieło :)

Tom z Sopotu
11-03-2010, 23:05
Żeby dobrze przetłumaczyć tekst, trzeba mieć, poza wieloma cechami, o których długo by pisać, sporo czasu. Z niektórymi sprawami trzeba się przespać, pomysły nie przychodzą zawsze na zawołanie.... a tu kurna termin na tak zwane "wczoraj"! Szybko szybko! ... no i czasem kupa z tego moi mili wychodzi..

Brak czasu zrozumieć można - nie wyjaśnia on jednakowoż, dlaczego tłumacz zmienia, komplikuje, bądź niweczy dowcip sam z siebie łatwy do przetłumaczenia, kiedy wystarczy przełożyć niemal dosłownie. Wydawałoby się, że wobec braku czasu tak byłoby szybciej niż wymyślać coś od oryginału bardziej odległego. Może więc jednak nie brak czasu jest tu problemem, może jednak to tłumacze filmów (nie wszyscy, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że dzisiaj już większość) mają jakiś powtarzający się problem ze sobą... Może to jakieś typowe dla tej profesji zboczenie, rodzaj choroby zawodowej? ;)