PDA

View Full Version : "Patetyczny bękart" - polecana lektura


melisska7
01-09-2012, 22:54
Witam wszystkich!
Chciałabym zaproponować przeczytanie i polemikę nad znakomitym felietonem Tomasza Beksińskiego pt. "Patetyczny bękart". Moim skromnym zdaniem jest to najbardziej prawdziwy i bardzo dosłowny przytyk skierowany do rzeszy domorosłych tłumaczy audiowizualnych, która zalała naszą rodzimą telewizję(już jakiś czas temu). Obyśmy się takimi nie stali;)
Poniżej zamieszczam link do felietonu
http://krypta.whad.pl/html/opowiesci_z_krypty/patetyczny_bekart.htm

Lunar
01-10-2012, 00:00
Całkiem ciekawy artykuł. :) Zastanawiające jest dla mnie przede wszystkim jak osoby, które nie znają idiomów i polegają na każdym false friend zostali dopuszczeni do tłumaczeń. Praca była po znajomości czy jak.

frytex
01-10-2012, 01:29
To ja proponuję tekst Ziemkiewicza sprzed ładnych paru lat, uzupełniony o tekst Jerzego Rutkiewicza, na który Ziemkiewicz powołuje się w swoim. Zapisałem je na dysku dla potomności, i oto nadarza się okazja, aby je odświeżyć. Ten drugi tekst nieco się chyba zdezaktualizował, bo mam wrażenie, że tłumaczenie na Discovery są lepsze (przynajmniej te techniczne; historycznych nie potrafię zweryfikować), ale i tak warto, ku przestrodze, zapoznać się z nim.

Ochota na wołki

RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ
Troska parlamentarzystów o język polski zasługuje na pochwałę, ale, niestety, podczas prac nad obowiązującą dziś ustawą poszła ona w niewłaściwym kierunku. Posłowie skupili się głównie na zwalczaniu zapożyczeń, gdy akurat zapożyczenia wcale polszczyźnie nie szkodzą. Przeciwnie - rozwijają ją. Tak bowiem język się układa, że słowo wyszarpane skądinąd, choćby teoretycznie znaczenie jego pokrywało się idealnie ze znaczeniem rodzimego odpowiednika, szybko nabiera własnego, szczególnego odcienia.
Kałdun to nie to samo co brzuch, choć po tatarsku znaczy właśnie to samo. Mejl czy post we współczesnej polszczyźnie nie oznacza wcale każdego listu czy każdej poczty, a tylko pocztę elektroniczną. Market to nie całkiem to samo co zwykły sklep, i, w przeciwieństwie do Araba, nie każdą żonę nazwie Polak zołzą. Długo by tak wyliczać. Niech sobie, kto chce, ściąga słowa, skąd chce, dopóki wrastają one w polszczyznę, wszystko jest w porządku.
Posłowie to zabełkoczą
Śmiertelne zagrożenie dla polszczyzny przychodzi skądinąd. Rani nasz język nie ten, kto nazwał bułę z parówą hotdogiem, nawet nie ten, kto wymyślił groteskowego "hot doga z pieczarkami", ale ten, kto potrafi powiedzieć, że "w budżecie państwa brak pieniążków na warszawskie metro". Rani ją wciskana narodowi nowo-nowomowa, która każe państwowe nazywać publicznym, przymusowe powszechnym, a oczywiste zabełkotać do imentu - w czym akurat liczni posłowie przodują.
Ale najbardziej rani polszczyznę działalność ludzi, którzy zalewają nasz rynek "tłumaczeniami" dzieł zachodniej kultury popularnej. "Tłumaczy", którzy produkują ścieżki dźwiękowe filmów rozpowszechnianych w kinach i na wideo, polskie wydania książek, notki na płytach kompaktowych, opisy programów komputerowych, artykuły do kolorowych pism. Ba, nawet popularnonaukowe książki i ilustrowane encyklopedie, które produkuje się u nas taką samą metodą jak pisemka dla mniej ambitnych pań, to znaczy przez wpasowywanie w przysłany przez zachodniego wydawcę "layout" miejscowej "masy tekstowej".
Słowo "tłumaczą" nie przypadkiem biorę w cudzysłów, bo tłumaczenie zakłada, że ktoś zna język obcy, zna język własny, i z jednego do drugiego przenosi jakąś treść. Tymczasem ulubionym chwytem naszych "tłumaczy" jest zastępowanie słowa z oryginału podobnie brzmiącym słowem polskim. Stąd nagminne w polskich edycjach anglosaskiej literatury popularnej i filmu nonsensy w stylu "on prowadzi jak lunatyk" (lunatic - szaleniec). W wyprodukowanym w masowym nakładzie romansie, którego lekturą postanowiłem wzbogacić mą skromną wiedzę o kobietach, para bohaterów opuszcza w niezgodzie raut.
On: "zepsułaś przyjęcie tymi głupimi argumentami!" (arguments - sprzeczka). A ona mu na to: "jesteś patetyczny!" (patetic - żałosny). O nieśmiertelnym "tłumaczeniu" angielskiego actually (prawdę mówiąc) jako "aktualnie", a eventually (ostatecznie) jako "ewentualnie", czy o "charakterach z kreskówki" (character - postać), nie chce się już wspominać.
Zatańczyć skałę i turlanie
"Tłumacze" nie są w stanie pojąć, że polskie słowo idea, na mocy opisanego wyżej mechanizmu, znaczy trochę co innego, niż identycznie brzmiące słowo angielskie, a pojawiające się w popularnym filmie muzycznym określenie "rythm &blues band" to wcale nie "zespół rytmu i bluesa" (dziw, że rock &rolla w tym filmie nie spolszczono na "skałę i turlanie"). I proszę nie mieć nadziei, że sprawa dotyczy tylko taniego chłamu, który w wypożyczalniach wideokaset ustawia się na najniższej półce. Wielkie firmy, które lubią myśleć o sobie jako o renomowanych dystrybutorach, bez zmrużenia oka powierzają tej samej klasy translatorom kasowe przeboje i filmy naprawdę znaczące. Ot, w głośnym "Matriksie" nagle okazuje się, że bohater "ma problem z autorytetami". Ki diabeł? Kto zna panujące w translatorskim biznesie obyczaje, domyśli się łatwo, że w oryginale chodziło o problemy z władzami (authorities). Nie szokują nawet tak kosmiczne bzdury, jak wprowadzenie na polskie ekrany filmu "Piąty żywioł" (ang. element) jako "Piąty element".
Gdyby tym tłumaczom spod ciemnej gwiazdy kazać przełożyć na polski sławną balladę Wysockiego o obławie na wilki, jej tytuł, ani chybi, brzmiałby tak właśnie, jak tytuł niniejszego tekstu. (W chwili, gdy napisałem to zdanie, wydało mi się, że żart jest naciągany; nazajutrz znalazłem w sklepie polską składankę ballad Wysockiego, gdzie w spisie utworów pojawia się tytuł "Syty po gardło" - chodzi o piosenkę, w której poeta śpiewa, że ma wszystkiego powyżej uszu.)
Niedorobieni tłumacze, na żer których wydana została polska kultura popularna, nie wysilają się często nawet na skorygowanie szyku zdania oryginału. Prześmieszna powieść Skvoreckego "Tankovy Prapor" w wydaniu książkowym zatytułowana była, jak Pan Bóg przykazał, "Batalion czołgów". Ale film na wideo nazywał się już, jakże by inaczej, "Czołgowy batalion". Charakterystyczne, nawiasem, że "tłumaczowi" filmu do głowy nie przyszło sięgnąć po książkę. Wybrańcy losu, którzy dzięki pokrewieństwu albo znajomości z dystrybutorem oraz stażowi językowemu na Mexico Platz dostają zlecenia na tłumaczenia filmów, nigdy nie wiedzą, że ktokolwiek lub cokolwiek istniało przed nimi. Że, na przykład, Scipio Africanus, o którym rozmawiają bohaterowie filmu "Gladiator", od stuleci nazywany jest w Polsce Scypionem Afrykańskim, a wspominany w "Matriksie" "Zion" dawno już nazwano po polsku Syjonem.
Admirał Ros-hfestfienski
Osobny rozdział tego horroru to krańcowa bezmyślność "spolszczaczy" telewizyjnych filmów popularnonaukowych, w czym przoduje polski Discovery Channel. Do przykładów podanych przez Ignacego Rutkiewicza ("Święty Justyn na placu Heldena", "Plus Minus" nr 32/2001) [WKLEJONY PONIZEJ] dodać można praktycznie każdy emitowany przez tę stację film o tematyce militarnej. Japończycy broniący Guadalcanal strzelają z hauwicerów (pol. haubice), Amerykanie odpowiadają im z mortarów (pol. moździerz), a Anglii bronią przed hitlerowcami skwadrony (pol. eskarda) "samolotów walczących" (ang. fighter, czyli, po polsku, myśliwiec). Szczególna zaś radość ogarnia widza, gdy, na przykład, w dokumencie o bitwie pod Cuszimą lektor, łamiąc język, jakby grał esesmana w filmowej komedii, mówi przez bite 50 minut o admirale "Ros-hfestfienskim". Ani jemu, ani "tłumaczowi" w głowie nie postało, że admirał rosyjskiej floty mógł być Rosjaninem i, wbrew angielskiemu oryginałowi, nazywać się po prostu Rożestwienskij.
Sypię takimi przykładami nie dlatego wcale, bym produkowanie tego typu błędów miał za najgorszą zbrodnię przeciwko polszczyźnie. Ale trudno się spodziewać po ludziach zdolnych wyczyniać podobne rzeczy, że napiszą coś polszczyzną poprawną, a cóż dopiero - piękną. Otóż, za sprawą pseudotłumaczy rzesze klientów wypożyczalni wideokaset, widzów kinowych i telewizyjnych od lat nasiąkają jakimś koszmarnym "pidżin-polish", który nieświadomie przenoszą do potocznej mowy. Stąd rozpanoszenie w niej, na przykład, łamańców frazeologicznych małpujących, słowo po słowie, zwroty angielskie. "tak szybko, jak to będzie możliwe", zamiast polskiego "jak najszybciej", "tak zwinny, jak kot", zamiast polskiego "równie zwinny". Nade wszystko upowszechniło się używanie słów "być" czy "robić" w taki sposób, jak w angielskiej gramatyce używane są czasowniki posiłkowe. Już nie mówi się, że coś się zdarzyło, miało miejsce, nastąpiło, że do czegoś doszło - tylko że "było". Była sprzeczka, było przejmowanie firmy, była groźba.
Niczego się nie uprawia, nie kultywuje, nie prowadzi - wszystko się "robi". Nie ma już rzeczy wyjątkowych, szczególnych - są "bardzo specjalne". W tekstach przysyłanych wydawcom przez młodych kandydatów na pisarzy stopniowo widać zanik dobrego obyczaju stylistycznego, który niegdyś zabraniał powtarzać w bezpośredniej bliskości to samo słowo. Obecnie zdaje się nie razić nawet długi dialog, w didaskaliach którego bez ustanku powtarza się "powiedział X, odpowiedział Y".
Proponuję chłostę
Coraz mniej zdaje się też razić błędna składnia w stylu przywoływanego wyżej "czołgowego batalionu". Do rosyjskiej kalki Wspólnota Niepodległych Państw, upowszechnianej przez dziennikarzy, Polacy przywykli tak, że pewna partia (co szczególnie zabawne - mocno nacjonalistyczna) nazwała się nie - po polsku - Ligą Rodzin Polskich, tylko z rosyjska Ligą Polskich Rodzin. Czekać tylko, kiedy upowszechni się forma Zjednoczone Stany Ameryki Północnej.
Nie wiem, czy ktokolwiek przeprowadził badania zasobu słownictwa i form gramatycznych przeciętnego polskiego ucznia, studenta i młodego absolwenta szkoły wyższej. Jestem przekonany, że wyniki takich badań byłyby prawdziwym horrorem. Wystarczy posłuchać młodych i poczytać ich prace.
Żeby prowadzić samochód, trzeba zdać egzaminy. A tłumaczyć teksty, które oddziałują na milionową widownię, może każdy. To absurd. Tak po prostu nie może być! Polecam to ustawodawcom pod rozwagę. W najlepiej pojętym interesie Polski leży taka nowelizacja ustawy o języku polskim, która wprowadzi weryfikacje dla tłumaczy dzieł kultury popularnej - jak również surowe kary dla tych, którzy imają się tłumaczenia, nie mając należytych kompetencji. Osobiście proponuję chłostę, i to w miarę możliwości publiczną.
- - -

frytex
01-10-2012, 01:30
Święty Justyn na placu Heldena
IGNACY RUTKIEWICZ
Redakcjom Discovery i Planete dedykuję
Żeby nie być posądzonym o stronniczość, zacznę jednak od TVP, która w swoim czasie emitowała film "Genealogia zbrodni" w reżyserii Raoula Ruiza. "Największą cnotą jest największa zbrodnia", taką złotą myśl przypisał tłumacz (ściślej: tłumaczka) świętemu Justynowi, a telewidzowie usłyszeli jako motto tego filmu. Gdyby nie tekst francuskiego oryginału widoczny na ekranie, do dziś zachodziłbym w głowę, co to za święty, który głosił podobne poglądy. W istocie autorem tego okrutnego paradoksu był... Saint-Just, osławiony teoretyk i praktyk terroru w czasie rewolucji francuskiej! Notabene po francusku św. Justyn to nie Saint-Just, lecz saint Justin.
Rzecz zdarzyła się bodaj przed rokiem i nie wracałbym do niej, gdyby nie ilustrowała ona pewnego szerszego zjawiska, mianowicie jakości tłumaczeń tekstów filmowych w telewizji. Traduttore - traditore (dosłownie: tłumacz to zdrajca, może lepiej: kłamca), ta kąśliwa gra słów nieraz przychodzi mi na myśl, gdy oglądam skądinąd interesujące i wartościowe programy dokumentalne na kanałach Discovery i Planete. Liczba błędów popełnianych przez autorów tłumaczeń i, co gorsza, najwidoczniej niedostrzeganych przez redakcję, jest doprawdy zastraszająca. Nieznajomość geografii i historii, zwłaszcza najnowszej, ignorancja terminologiczna, ślepe kopiowanie nazw i pojęć używanych tylko w języku angielskim - dowody i przykłady można mnożyć. A wydawałoby się, że nie tylko o słowniki, lecz także o tematyczne leksykony, wreszcie o tych, którzy wiedzą i doradzą, nie jest dziś trudno. Po któryś raz trzeba powtórzyć za profesorem Hugonem Steinhausem, że najgorsi są ci, którzy nie wiedzą, że nie wiedzą.
Wiedeński Heldenplatz, czyli dosłownie plac Bohaterów, tłumacz filmu dokumentalnego o Hitlerze przemianował na plac Heldena. Inny, południowoamerykańską rzekę La Plata, po hiszpańsku Rio La Plata, nazwał niedawno River Plata. Sławetny lapsus tłumacza, który fińskiego bohatera narodowego marszałka Mannerheima, mianował hitlerowskim feldmarszałkiem, obiegł prasę już dawno.
Mylą się tłumaczom pojęcia, zdawałoby się, powszechnie znane. W niedawno nadawanym filmie o papieżu wobec komunizmu polskie słowo ekskomunika zostało zastąpione językowym dziwolągiem ekskomunikacja (angielskie excommunication). Wywoływanie duchów, co prawda, wyszło z mody, ale tłumacz chyba zapomniał, że angielskiemu słowu spiritism odpowiada w języku polskim spirytyzm, a nie spirytualizm, które oznacza kierunek filozofii i nie ma nic wspólnego z wirującymi stolikami i "ciałami astralnymi". Podobnie wypada chyba wiedzieć, że linię frontu przekraczają pod białą flagą nie emisariusze i nie parlamentarzyści, lecz parlamentariusze.
Wojskowa terminologia to w ogóle szczególnie słaby punkt tłumaczeń. Dziwacznie brzmi żywcem przejęty z języka niemieckiego tytuł głównodowodzący armią (jako związkiem operacyjnym korpusów i dywizji, a nie całością wojsk lądowych), zamiast po prostu dowódca. Jeszcze dziwniej - posługiwanie się terminem przeciwpancerne działo pancerne, gdy mowa o samobieżnych działach lub działach pancernych (czołgach z nieruchomą wieżą) lub nazywanie dywizji pancernej dywizją opancerzoną (z angielskiego armoured). Bez sensu jest mówienie o działku flak, skoro flak to niemiecki skrót dla określenia działa przeciwlotniczego: Fliegerabwehrkanone.
Niestety, częstotliwość mylenia pojęć dywizja i dywizjon, eskadra i szwadron, okręt i statek jest już tak duża, że przestaliśmy na to zwracać uwagę. Ale właśnie słowo "niestety" coś znaczy. I jeśli w filmie o walkach o Stalingrad czy pod Kurskiem słyszymy zwrot w rodzaju "niestety Niemcom nie udało się", choć z kontekstu wynika, że autor bynajmniej nie sympatyzuje z Hitlerem, to trudno oprzeć się wrażeniu, że tłumacz ma kłopoty nie tylko z terminologia fachową, ale nawet z językiem polskim na poziomie elementarnym.
Zapewne są to przysłowiowe łyżki dziegciu w beczce miodu, ale mając do czynienia z ciekawym, niekiedy wręcz rewelacyjnym materiałem filmowym, chciałoby się, by towarzyszący mu tekst zawsze był równie przedniej jakości. Nadto, by był nienagannie czytany. A często tak nie jest.
Nagminnie lektorzy nie zadają sobie fatygi, by - jeśli nie znają danego języka, o co trudno mieć pretensję - zasięgać rady w kwestii poprawnej wymowy. Nic tedy nie tłumaczy lektora, który niemiecki termin dowództwa frontowego Ober-West czyta z angielska ober-uest, kryptonim inwazji na Rosję z roku 1941 "Barbarossa" wymawia jako "barbaroza", a nazwę gór Aures w Algierii czy francuskich miast Caen i Bayeux zniekształca nie do poznania, a raczej powszechnie znane słowo attache akcentuje nie - jak należy - na sylabie ostatniej, lecz na środkowej, co w uchu nawet średnio wykształconego słuchacza musi zabrzmieć, powiedzmy, oryginalnie.
Ale i tak długo nikt nie przebije brawurowej wymowy pewnej dziennikarki z TVP, która wypisane na samolocie prezydenta Busha wyrazy "Air Force One" przeczytała dokładnie tak, jak brzmiałyby po polsku... gdyby były to wyrazy polskie.