PDA

View Full Version : Tłumaczenie fantastyki


ewela
12-19-2009, 00:15
Natknęłam się na wywiad z Michałem Jakuszewskim, który od 18 lat zajmuje się tłumaczeniem literatury fantastycznej. jest to bardzo ciekawa osoba, ponieważ z zawodu jest lekarzem radiologiem, a taki rodzaj literatury to jego hobby (jak wspomina juz od dzieciństwa). Opisuje on swoje doświadczenia związane z tłumaczeniem książek. Moje pytanie czy uważacie, że literatura fantastyczna to specyficzny rodzaj tłumaczenia?Czy wymagane są tu jakieś szczególne predyspozycje i czy np. osoba nie ukształtowana w kierunku tłumaczenia może zająć się tak trudnym (moja subiektywna opinia) gatunkiem literatury jakim jest fantastyka? A tu zamieszczam link: http://katedra.nast.pl/artykul/1530/Wywiad-z-Michalem-Jakuszewskim/

ewela
12-19-2009, 00:22
K: Tłumaczysz dwa bardzo popularne cykle – „Pieśń Lodu i Ognia” Martina i „Opowieści z malazańskiej księgi poległych” Eriksona. W obu byłeś zmuszony do tłumaczenia nazw własnych. Jaki masz do tego stosunek? Czy należy przekładać wszystko jak leci, czy też znajdować złoty środek?

MJ: Oba cykle są pisane w bardzo różnym stylu i konieczne są inne rozwiązania. Martin stara się nadać swej opowieści realistyczny charakter i umieszcza ją w realiach zbliżonych do średniowiecznych - w tym również średniowiecznej Anglii. Natomiast opowieść Eriksona ma charakter surrealistyczny i groteskowy, świat malazański nie jest też bezpośrednio oparty na żadnej historycznej kulturze. Dlatego w przypadku Eriksona wskazane byłoby tłumaczenie wszystkiego - wiem, że zostawiłem część nazw nieprzetłumaczonych, ale to chyba jednak był błąd. Nie jest też prawdą spotykane niekiedy przekonanie, że groteskowe imiona eriksonowskich postaci brzmią po angielsku bardziej naturalnie niż po polsku. Na anglojęzycznych forach można znaleźć całkiem sporo wypowiedzi fanów, którzy nie mogą strawić takich imion jak Surly, Cutter itd. Brzmią one równie dziwacznie jak Gburka i Nożownik po polsku. Natomiast z Martinem, który musi brzmieć realistycznie i poważnie, sprawy mają się inaczej. Z jednej strony mamy takie nazwy jak Siedem Królestw czy Mur, których trudno by było nie przetłumaczyć, z drugiej strony zaś takie nazwy jak Westeros czy nazwiska bękartów, których tłumaczenie nie byłoby chyba najszczęśliwszym pomysłem. Co prawda, hiszpański tłumacz przetłumaczył nazwiska bękartów i w hiszpańskiej wersji „Pieśni Lodu i Ognia” nie ma Jona Snow i Ellarii Sand tylko Jon Nieve i Ellaria Arena, ale te nazwiska chyba rzeczywiście lepiej brzmią po hiszpańsku niż po polsku. Dlatego trzeba w tym przypadku znaleźć złoty środek gdzieś między tymi skrajnościami, a bez względu na to, w którym punkcie wytyczymy granicę, zawsze będzie to arbitralna decyzja.
Powyżej ciekawy moim zdaniem fragment wywiady, a w nim poruszona kwestia nazw własnych. Osobiście zgadzam się z tym, że czasem należy odbiec nieco od oryginału i zmienić np. nazwisko bohatera jeśli jest ono istotne w kontekście rozumienia utworu. Tutaj nazwisko Snow zostało zmienione na hiszpański odpowiednik Nieve (śnieg) i uważam, że doskonale się to broni w tym przypadku. Co jednak zrobić, gdy nazwy własne brzmią dziwnie po przetłumaczeniu na inny język, pozostawić je w oryginalnej wersji czy może pójść dalej i stworzyć nowe?

ewela
12-19-2009, 00:26
K: Jak wygląda praca tłumacza? Jakie są kolejne etapy?

MJ: Osobiście nie uważam, żeby konieczne było przeczytanie książki przed tłumaczeniem, choć oczywiście trudno sobie wyobrazić, żebym nie przeczytał kolejnego tomu Martina czy Eriksona, gdy tylko dostanę go do ręki. Jeśli jednak książka mniej mnie interesuje, często zabieram się do tłumaczenia z marszu, a jeżeli okaże się, że coś zrozumiałem nieprawidłowo, uciekam się do opcji „Znajdź i zamień”. Przechodzę przez tekst co najmniej pięć razy - najpierw czytam pod koniec dnia wszystko, co dziś napisałem, a po ukończeniu tekstu co najmniej raz sprawdzam tekst pod względem stylu i porównuję go z oryginałem. Zawsze też czytam tekst w wydruku, ponieważ zauważyłem, że często zauważam na papierze rzeczy, które na ekranie umykają mojej uwagi.

Kolejna, może banalna z pozoru rzecz, czyli przeczytanie tekstu już wydrukowanego, na papierze. Poza porządnym, kilkakrotnym proofreadingiem myślę, że to kluczowy etap tłumaczenia. Bo jak później czuje się czytelnik, który kupuje książkę, nierzadko słono za nią płaci, a potem znajduje mnóstwo błędów. niestety zdarza się to dosyć często:(