PDA

View Full Version : Umyślne kłamstwa tłumaczy


empasik
11-09-2009, 00:47
http://mlingua.pl/articles,show,pol,123,4
Powyższy artykuł przedstawia odwieczny dylemat tłumaczy - czy przelożyć tekst bez naruszania jego struktur, czy może nieco zniekształcić go, "poprawiając nieco mówcę". Jakie jest Wasze zdanie? Jak daleko może posunąć się tłumacz w ingerowaniu w tekst? Czy powinien zachować wierność wobec pracodawcy, posuwając się do okłamania odbiorców, czy może powinien bez względu na sytuację tłumaczyć wiernie?

JoannaBielecka
11-09-2009, 09:20
hmmm, delikatna sprawa...warto chyba trzymać się zasady bad English into good Polish i pamiętać, że speaker też człowiek (też musi walczyć ze stresem, może nie udało mu się dostatecznie dobrze przygotować etc.)

JoannaBielecka
11-09-2009, 09:23
Choć szczerze mówiąc uważam, że wiele tekstów zyskuje przy przekładzie:p po prostu tłumacze je "progresują", nadają lepszą strukturę i organizację i w efekcie pojawia się cień szansy, że ktoś jeszcze poza autorem zrozumie co autor miał na myśli:D

anamarija
11-09-2009, 12:34
Choć szczerze mówiąc uważam, że wiele tekstów zyskuje przy przekładzie:p po prostu tłumacze je "progresują", nadają lepszą strukturę i organizację i w efekcie pojawia się cień szansy, że ktoś jeszcze poza autorem zrozumie co autor miał na myśli:D

Calkowicie się zgadzam. Jakiś czas temu oglądałam wywiad z Salman'em Rushdie, który wspomniał że wybiera się do Rumuni, bo tam jego książki są niezwykle popularne; prowadzący spytał, skąd wie, czy tłumacz nie dodaje czegoś do tekstu, na co Rushdie odp. że cokolwiek ten tłumacz robi - to działa, niech robi to dalej :) Czyli czasem autorzy naprawdę nie mają nic przeciwko zmianom, o ile są na lepsze :)

empasik
11-09-2009, 19:04
Bardzo ciekawi mnie kwestia odpowiedzialności moralnej tłumacza. Chodzi mi tu o sytuacje kontrowersyjne, gdzie w rekach tłumacza spoczywa wielka odpowiedzialność. Anegdotyczne jest zachowanie tłumacza Breżniewa, który podczas kolacji z królową Angielską za głośno mruknął pod adresem Elżbiety II "j*** twaju mac". Tłumacz poproszony o przekład powiedział "Wznieśmy toast za zdrowie królowej matki". Mówiąc jednak poważniej, jak wielka odpowiedzialność spoczywa w rękach tlumacza, który np. jak w przypadku tłumaczy Mahmuda Ahmadineżada, który swoimi wypowiedziami (jak chociażby negującymi Holocaust czy legalność państwa Izrael) powoduje często wielkie napięcia międzynarodowe. Czy tłumacz może zaryzykować swoją posadę, mając możliwość zapobiegnięcia takim kryzysom?

darkliquoredeyes
11-09-2009, 21:33
Mówi się, że tłumacz ma być jak szyba. Niewidoczny. Wszystko jednak zależy od sytuacji - w negocjacjach biznesowych jak i podczas spotkań przywódców różnych państw bardzo ważną kwestię odgrywa dyplomacja wypowiedzi. Zawsze można napomknąć naszemu mówcy, że druga strona zaczyna się "irytować" i należałby nieco stonować dalszą konwersację , aby uniknąć fiaska negocjacyjnego. Z kolei przy przemowach na forum międzynarodowym trudno jest zawsze tonować mówcę - na pewno nie może to być notoryczną manierą tłumacza. Myślę, że jeśli sytuacja staję się w jakimkolwiek sensie "niebezpieczna" to należy ingerować i złagodzić wypowiedź w tłumaczeniu ustnym, ale z zachowaniem sensu i zdrowego rozsądku: samo zamienianie pojęć nacechowanych emocjonalnie na neutralne już może wiele zmienić.

empasik
11-10-2009, 00:48
Osobiście uważam, że odpowiedzialność taka wliczona jest w praktykę zawodu tłumacza i dlatego wszelkie tłumaczenia powinny byc wykonane wiernie. Taka jest specyfika tej profesji i każdy kto się na nią decyduje musi być świadomy obciążeń z nią związanych, w tym obciążeń moralnych.

empasik
11-12-2009, 00:07
Zastanawia mnie, jak taka kosmetyka wpływa na pozycję tłumacza na rynku. Myślę że ma na to wpływ rodzaj zmian. Jeżeli nawet tłumacz zapobiegnie sytuacji kryzysowej, może zdobyć opinię osoby poprawiającej mówcę, przez co jego pozycja na rynku może się pogorszyć. Z drugiej strony może on polepszyć swoją pozycję jako osoba z umiejętnościami dyplomatycznymi.

empasik
11-12-2009, 00:10
Dużo zależy chyba od pozycji jaką tłumacz zdobył wcześniej. Początkujący tłumacz nie może pozwolić sobie na taką kosmetykę. Tłumacz z ugruntowaną opinią może pozwolić sobie na więcej, bez obawy o widmo blamażu. Nawet on powinien zachować umiar w swojej kreatywności. Nie wolno zapominać, że tlumacza wynajmuje się po to, żeby przekazał intencje zleceniodawcy.

Dorota Sałata
11-12-2009, 09:17
Osobiście uważam, że odpowiedzialność taka wliczona jest w praktykę zawodu tłumacza i dlatego wszelkie tłumaczenia powinny byc wykonane wiernie. Taka jest specyfika tej profesji i każdy kto się na nią decyduje musi być świadomy obciążeń z nią związanych, w tym obciążeń moralnych.

Nie zgadzam się, że "wszelkie" tłumaczenia powinny być wykonane wiernie. A co jeśli mówca mówi nie gramatycznie? używa nie poprawnych kolokacji? Czyż wtedy tłumacz nie powinien użyć poprawnej kolokacji w języku docelowym? czy też świadomie zachować wierność tłumaczenia i celowo zrobić błąd?
Słuchacze takiego tłumaczenia oceniają tłumacza i jeśli oddaje on wiernie błędy mówcy to myślą sobie "co to za tłumacz skoro poprawnie po polsku nie umie się wyrażać".

ewelinchen
11-12-2009, 10:42
[QUOTE Dorota Sałata:Nie zgadzam się, że "wszelkie" tłumaczenia powinny być wykonane wiernie. A co jeśli mówca mówi nie gramatycznie? używa nie poprawnych kolokacji? Czyż wtedy tłumacz nie powinien użyć poprawnej kolokacji w języku docelowym? czy też świadomie zachować wierność tłumaczenia i celowo zrobić błąd?


Oczywiście zachować wierność tłumaczenia ale korygując błędy językowe i składnię. Wierność tłumaczenia jest bardzo ważna, ale to tłumacz jest osobą , która przekazuje informacje i to w jego inicjatywie leży, by zrobić wszystko aby oddać i wierne tlumaczenie i nie powtarzać błędów popełnionych przez osobą mówiącą.

empasik
11-13-2009, 00:41
Nie zgadzam się, że "wszelkie" tłumaczenia powinny być wykonane wiernie. A co jeśli mówca mówi nie gramatycznie? używa nie poprawnych kolokacji? Czyż wtedy tłumacz nie powinien użyć poprawnej kolokacji w języku docelowym? czy też świadomie zachować wierność tłumaczenia i celowo zrobić błąd?
Słuchacze takiego tłumaczenia oceniają tłumacza i jeśli oddaje on wiernie błędy mówcy to myślą sobie "co to za tłumacz skoro poprawnie po polsku nie umie się wyrażać".

Pisząc to miałem na myśli raczej treść. To oczywiste że tłumaczymy słaby język źródłowy na dobry język docelowy. Chyba, że tłumacz wychwytuje np pewną stylizację językową czy nacechowanie, wtedy, moim zdaniem, powinno się je oddać, nawet za cenę odejścia od tzw. poprawności językowej.

JoannaPietrak
11-14-2009, 09:13
Istnieje jednak duże niebezpieczeństwo, że tłumacz chcący wystylizować swoją wypowiedź żeby za wszelką cenę oddać styl wypowiedzi mówcy będzie wydawał się słuchaczom po prostu śmieszny. Oczywiście często ważne jest zachowanie odpowiedniej intonacji w momentach, które mówca chce szczególnie podkreślić, ale już próba naśladowania np. gwary albo wtrącanie na siłę krótkich "przerywników", które są po prostu częścią stylu wypowiadania się danej osoby na pewno dla odbiorców byłoby działaniem zabawnym lub co najmniej irytującym.

agnieszkak
11-15-2009, 21:28
No właśnie właśnie.. Ciekawy wątek :) Osobiście zgadzam się z Dorotą, że nie każdy tłumacz powinien tłumaczyć wiernie, gdyż np. tłumacząc na konferencji kogoś, kto bardzo słabo posługuje się językiem obcym, nie będziemy "wiernie" odwzorowywać jego błędów w celu przekazania słuchaczom jak kiepskim jest mówca, ale będziemy się starać, aby wypadł jak najlepiej.

agnieszkak
11-15-2009, 21:30
No chyba że oczywiście takie błędy są robione umyślnie i służą jakiemuś celowi. Np gdy mówca chce kogoś sparodiować, czy przytacza inną wypowiedź, pełną błędów, wtedy nalezy przełożyć tekst tak, aby występowały w nim np. niepoprawne konstrukcje składniowe.

agnieszkak
11-15-2009, 21:32
Ponadto ktoś wcześniej poruszył sprawę tłumaczenia podczas negocjacji biznesowych. Uważam, że tłumacz ma tutaj podwójną rolę (moim zdaniem jest to jedna z ciekawszych sytuacji tłumaczeniowych). Po pierwsze musi przełożyć dany tekst, ale po drugie spełnia także tolę moderatora. Sam musi wyczu.ć, co należy przetłumaczyć, a co nie. Jeżeli mówca popełni jakąś gafę, tłumacz oczywiście powinien ją wychwycić i odpowiednio pominąć :)

agnieszkak
11-15-2009, 21:33
A tak w ogóle wydaje mi się, ze bardzo często powodzenie takich negocjacji zależy właśnie od poprawnego tłumaczenia. I odwrotnie - złe tłumaczenie może je zaprzepaścić. Co myślicie?

anamarija
11-16-2009, 12:33
A tak w ogóle wydaje mi się, ze bardzo często powodzenie takich negocjacji zależy właśnie od poprawnego tłumaczenia. I odwrotnie - złe tłumaczenie może je zaprzepaścić. Co myślicie?

Niby tak, bo nawet jedno źle przetlumaczone słowo może doprowadzić do nieporozumienia; z drugiej strony, wydaje mi się, że w takiej sytuacji obie strony nie powinny całkowicie polegać na tłumaczu i obarczać go tak dużą odpowiedzialnością. Co nie znaczy, że tłumacz może przestać się starać ;)

anamarija
11-16-2009, 12:34
Nie zgadzam się, że "wszelkie" tłumaczenia powinny być wykonane wiernie. A co jeśli mówca mówi nie gramatycznie? używa nie poprawnych kolokacji? Czyż wtedy tłumacz nie powinien użyć poprawnej kolokacji w języku docelowym? czy też świadomie zachować wierność tłumaczenia i celowo zrobić błąd?
Słuchacze takiego tłumaczenia oceniają tłumacza i jeśli oddaje on wiernie błędy mówcy to myślą sobie "co to za tłumacz skoro poprawnie po polsku nie umie się wyrażać".

Z jednej strony zgadzam się, że tłumacz nie powinien powtarzać błędów osoby mówiącej; ale z drugiej strony, jesli błędów jest więcej niż jeden - dwa, to czy taka korekta nie jest już zbyt widoczną ingerencją tłumacza? Czy nie wpływa na postrzeganie mówcy przez odbiorców?

anamarija
11-16-2009, 12:35
A tak w ogóle, to niedawno widziałam w tv rozmowę o tłumaczeniu specyficznych wypowiedzi pana Wałęsy i jak zwykle przytoczono anegdotę o rzodkiewkach; w tamtej sytuacji nie było to kłamstwo oczywiście, ale też nie całkowicie wierne tłumaczenie... Wychodzi na to, że najważniejsze jest to, żeby przekazać informację, czyż nie? :)

JoannaBielecka
11-16-2009, 15:12
Nie zgadzam się, że "wszelkie" tłumaczenia powinny być wykonane wiernie. A co jeśli mówca mówi nie gramatycznie? używa nie poprawnych kolokacji? Czyż wtedy tłumacz nie powinien użyć poprawnej kolokacji w języku docelowym? czy też świadomie zachować wierność tłumaczenia i celowo zrobić błąd?
Słuchacze takiego tłumaczenia oceniają tłumacza i jeśli oddaje on wiernie błędy mówcy to myślą sobie "co to za tłumacz skoro poprawnie po polsku nie umie się wyrażać".

Racja, jak powiedział ostatnio doktor klasy aa, tłumaczy się bad english into good polish, a on się nie myli i tak trzeba :D Chociaż próba przetłumaczenia błędu byłaby ciekawa...jak np. powiedzieć po angielsku poszłem?:p

agnieszkak
11-16-2009, 21:44
albo 'wzięłem'? ;)

anamarija
11-17-2009, 14:14
może np tak:
poszłem - I goed
wzięłem - I taked
:D
ale nie odważyłabym się tego powiedzieć, już lepiej napisać, bo wtedy bardziej wygląda to na zamierzoną stylizację :)

kasiakieliszek
11-18-2009, 14:37
Z jednej strony zgadzam się, że tłumacz nie powinien powtarzać błędów osoby mówiącej; ale z drugiej strony, jesli błędów jest więcej niż jeden - dwa, to czy taka korekta nie jest już zbyt widoczną ingerencją tłumacza? Czy nie wpływa na postrzeganie mówcy przez odbiorców?

Nie wydaje mi się. Moim zdaniem powinniśmy zdecydowanie poprawiać błędy stylistyczne i gramatyczne. Jako tłumacze powinniśmy wykazywać się przede wszystkim nieskazitelną kompetencją językową i błędy bardziej rzutują na nasz wizerunek, a nie wizerunek odbiorcy.

kasiakieliszek
11-18-2009, 20:21
Przyszło mi do głowy, że zamiast kłamać, można po prostu dokonać omission, w taki sposób żeby nie zachwiało to sensu wypowiedzi i nie odbiło się negatywnie na odbiorcy :)

kasiakieliszek
11-18-2009, 21:02
Bardzo podobało mi się w a tym artykule wątek kłamstwa na rzecz poprawności politycznej. Na tym przykładzie widać jak bardzo często tłumacz ratuje wizerunek mówcy, szczególnie w przypadku polityków, przy czym dochodzi tu do nagięcia etyki zawodowej, bo skoro rozumie, słyszy i jest w stanie to przetłumaczyć, powinien trzymać sie swoich zasad i tłumaczyć :)

joanna8606
11-18-2009, 22:24
Również zgadzam się z opinią,że tłumacz nie powinien wiernie tłumaczyc wypowiedzi ,jeśli ta zawiera błędy, a on je zauwazyl. W końcu po co robic cos swiadomie zle, jesli mozna zrobic to przyzwoicie:)

joanna8606
11-18-2009, 22:38
Istnieje jednak duże niebezpieczeństwo, że tłumacz chcący wystylizować swoją wypowiedź żeby za wszelką cenę oddać styl wypowiedzi mówcy będzie wydawał się słuchaczom po prostu śmieszny. Oczywiście często ważne jest zachowanie odpowiedniej intonacji w momentach, które mówca chce szczególnie podkreślić, ale już próba naśladowania np. gwary albo wtrącanie na siłę krótkich "przerywników", które są po prostu częścią stylu wypowiadania się danej osoby na pewno dla odbiorców byłoby działaniem zabawnym lub co najmniej irytującym.

Myślę,że tłumacz, który za bardzo wczuje się w rolę i zacznie zbyt wiernie naśladowac styl wypowiadajacej sie osoby nie tylko może wyglądac zabawnie, ale przede wszystkim moze stracic na to zbyt duzo energii, co moze przelozyc sie na niezbyt dobra jakosc tlumaczenia.

joanna8606
11-18-2009, 22:54
A tak w ogóle wydaje mi się, ze bardzo często powodzenie takich negocjacji zależy właśnie od poprawnego tłumaczenia. I odwrotnie - złe tłumaczenie może je zaprzepaścić. Co myślicie?

Zgadzam sie, ze poprawne tłumaczenie to klucz do sukcesu, jeśli chodzi o negocjacje biznesowe. Podczas takich spotkan tłumacz musi wykazac sie nie tylko szeroką wiedzą językowa,ale tez dyplomacją,której nie każdy jest w stanie nauczyc się .Choc tak naprawde dobre tłumaczenie potrzebne jest wszedzie:)

joanna8606
11-18-2009, 23:05
A tak w ogóle, to niedawno widziałam w tv rozmowę o tłumaczeniu specyficznych wypowiedzi pana Wałęsy i jak zwykle przytoczono anegdotę o rzodkiewkach; w tamtej sytuacji nie było to kłamstwo oczywiście, ale też nie całkowicie wierne tłumaczenie... Wychodzi na to, że najważniejsze jest to, żeby przekazać informację, czyż nie? :)

Ja również ostatnio widziałam wypowiedź tłumacza prezydenta Wałęsy, który stwierdził,że powoli zdążył się juz przyzwyczaic do specyficznych sformulowan naszego bylego prezydenta. Tłumacz stwierdził,że najważniejsze jest to, aby zachowac sens wypowiedzi i jw 'przekazac informację'.

joanna8606
11-18-2009, 23:13
Zastanawia mnie, jak taka kosmetyka wpływa na pozycję tłumacza na rynku. Myślę że ma na to wpływ rodzaj zmian. Jeżeli nawet tłumacz zapobiegnie sytuacji kryzysowej, może zdobyć opinię osoby poprawiającej mówcę, przez co jego pozycja na rynku może się pogorszyć. Z drugiej strony może on polepszyć swoją pozycję jako osoba z umiejętnościami dyplomatycznymi.

Z całą pewnościa taki tłumacz przyda się w negocjacjach biznesowych lub podczas dyskusji o pakiecie klimatycznym:D

kasiakieliszek
11-19-2009, 10:36
Myślę, że umiejętności dyplomatyczne są niejako wpisane w zawód tłumacza ustnego. Przecież jego zadaniem jest ułatwienie komunikacji pomiędzy ludźmi, czyli rozwiązywaniem problemów pomiedzy nimi, które często są uwarunkowane kulturowo dlatego często wiąże się to ze znajdowaniem kompromisu.

kasiakieliszek
11-19-2009, 10:45
Myślę,że tłumacz, który za bardzo wczuje się w rolę i zacznie zbyt wiernie naśladowac styl wypowiadajacej sie osoby nie tylko może wyglądac zabawnie, ale przede wszystkim moze stracic na to zbyt duzo energii, co moze przelozyc sie na niezbyt dobra jakosc tlumaczenia.

Z pewnością takie naśladowanie i stylizacja wypowiedzi źle wpłynie na jakość tłumaczenia. Poza tym, tłumaczenie ustne to tak naprawdę interpretacja i tłumaczenie słowo w słowo zupełnie odpada, chociażby ze względu na umiejętności pamięciowe tłumacza.

JoannaPietrak
12-12-2009, 10:50
W artykule przytoczonym przez empasik bardzo zainteresowała mnie poruszona kwestia lojalności tłumacza wobec pracodawcy. Poniżej cytuję fragment tego artykułu:
Należy również wziąć pod uwagę słuchaczy, którzy chcieli dowiedzieć się, co prezydent ma do powiedzenia. Tłumacz był niezbędny, gdyż słuchacze nie znali portugalskiego – jedynego języka, którym posługuje się prezydent. Uczestnicy spotkania wierzyli, że tłumacz przekazuje im wszystko, co powiedział prezydent, jednak wcale tak nie było. Zatem słuchacze zostali oszukani. Można zauważyć, bardzo słusznie zresztą, że obowiązkiem tłumacza jest lojalność wobec pracodawcy, w tym przypadku brazylijskiego rządu, a nie słuchaczy.

Jak myślicie, czy nadrzędną wartością w pracy tłumacza powinna być bezwzględna lojalność wobec zleceniodawcy? Kiedy można odstąpić od tej zasady? Czy mimo wszystko jednak nadrzędną wartością jest prawda, której nie mozna zniekształcać, nawet za cenę poprawności politycznej?

mala_z_Aarhus
12-12-2009, 11:32
Jeśli jestem na tłumaczeniu ustnym - biznesowym i płaci mi klient, to uważam, że powinnam się dostosować do tej strony w tłumaczeniu, tj. czasem mówię, że uważam, że duński klient nie informuje ich dokładnie lub niektóre fakty wydają mi się niezgodne z prawdą, ale to zdarza się, kiedy klient prosi o taką pomoc. Ze strony klienta tłumaczę jedynie to co zostało mi polecone i w formie, jakiej zostało mi to podanej, choć czasem niektórzy zapominają, że moja pamieć jest ograniczona. Czasem polscy klienci proszą o dokładne tłumaczenie wszystkiego, co mówią Duńczycy (między sobą) lub płacono mi za siedzenie i przysłuchowanie się, tak aby po spotkaniu "sprawdzić" co i jak.
Dlatego też uważam, że lojalność tłumacza wobec zleceniodawcy jest wartością nadrzędną.
Nie sadzę, aby rolą tłumaczy jest ocenianie, co jest prawdą lub nie przy tłumaczeniu swojego klienta, zwł. w polityce.

darkliquoredeyes
12-12-2009, 13:35
Zgadzam się z malą. W tłumaczeniach, jak w każdym innym biznesie panuje zasada "klient - nasz pan". Niezależnie od tego czy tłumaczymy ustnie czy pisemnie, to i tak trzeba dostosować się do wymagań zleceniodawcy, nawet jeśli np. proponowana przez niego terminologia nie jest do końca poprawna. Jednak być może w danej firmie czy korporacji jakieś pojęcie się przyjęło, wszyscy wiedzą co znaczy, więc nie należy tego zmieniać i niejako wprowadzać chaosu w coś, co jest już dobrze ugruntowane.

darkliquoredeyes
12-12-2009, 14:07
Myślę jednak, że najważniejsze jest rozróżnienie charakteru tłumaczenia ustnego a pisemnego i trudności występujących w obu rodzajach. Wspomina się o tym w cytowanym artykule. W tłumaczeniu ustnym nigdy nie wiadomo, co będzie dalej, więc przypomina to stąpanie po kruchym lodzie. Zawsze może się zdarzyć jakaś wpadka, dlatego należy być o wiele bardziej ostrożnym. To poniekąd usprawiedliwia pewne zmiany, nie tylko kosmetyczne, które są wskazane, ale i te większe, neutralizujące wypowiedź. Przy tłumaczeniu pisemnym istnieje możliwość naniesienia poprawek po samym przetłumaczeniu tekstu - zawsze dokonywana jest korekta, o którą ciężko przy ustnych.

JoannaPietrak
12-13-2009, 11:02
Z biznesowego punktu widzenia lojalność wobec zleceniodawcy na pewno jest wartością nadrzędną. Trochę kojarzy mi się to z zawodem adwokata - jak już dla kogoś pracujemy to staramy się wykonać swoje zadanie absolutnie zgodnie z jego oczekiwaniami, za wszelką cenę bronić jego interesów.

Nie jestem jeszcze tłumaczem ale wydaje mi się, że jeśli tłumaczyłabym ustnie to przy niektórych umyślnych kłamstwach czułabym wyrzuty sumienia. Nie chodzi tu o kwestię poprawiania być może niezgrabnych konstrukcji gramatycznych albo oczywistych w moim mniemaniu błędów rzeczowych, ale na przykład o umyślne zmienianie tonu wypowiedzi. Nadal uważam, że odbiorca ma prawo znać prawdziwą opinię mówiącego, a tłumacz jest tylko swego rodzaju narzędziem ułatwiającym ten proces.

JoannaPietrak
12-13-2009, 11:04
W tłumaczeniu ustnym nigdy nie wiadomo, co będzie dalej, więc przypomina to stąpanie po kruchym lodzie. Zawsze może się zdarzyć jakaś wpadka, dlatego należy być o wiele bardziej ostrożnym. To poniekąd usprawiedliwia pewne zmiany, nie tylko kosmetyczne, które są wskazane, ale i te większe, neutralizujące wypowiedź. Przy tłumaczeniu pisemnym istnieje możliwość naniesienia poprawek po samym przetłumaczeniu tekstu - zawsze dokonywana jest korekta, o którą ciężko przy ustnych.

Jeszcze większa wpadka może zdarzyć się gdy część słuchaczy zna język, w którym mówca się wypowiada. Wtedy może dojść do bardzo nieprzyjemnych konsekwencji, zarówno dla słuchaczy, jak i dla osoby tłumaczącej i stosującej umyślne kłamstwa.

Karia
12-13-2009, 13:00
hmmm, delikatna sprawa...warto chyba trzymać się zasady bad English into good Polish i pamiętać, że speaker też człowiek (też musi walczyć ze stresem, może nie udało mu się dostatecznie dobrze przygotować etc.)

Zgadzam sie w 100%. Powinnismy stowrzyc tekst zrozumialy dla odbiorcow tj. zgodny z rzeczywistoscia. Mozna łatwo wyczuc kiedy tłumacz sie pomylil, czy przejęzyczyl.

Karia
12-13-2009, 17:18
Moim zdaniem lojalnosc wobec pracodawcy jest wazniejsza niz bycie poprawnym w oczach odbiorcow. Jezeli tlumacz powie cos naszym zdaniem niestosownego, lecz jest to w naszym odczuciu dzialanie celowe i nie wynika z bledu mowiacego czy tez nieznajomosci terminologii, powinnismy przetlumaczyc dane wyrazenie uzywając podobnego rejestru, aby wydzwiek wypowiedzi pozostal ten sam. Naszym zadaniem jest tlumaczyc, a nie upiekszac.

JoannaPietrak
12-13-2009, 21:50
Ale istnieją przecież także sytuacje, w których mówiący nie do końca zdaje sobie sprawę, że jego wypowiedź jest nie do końca poprawna politycznie w danym kontekście, albo nie wie, że jego poglądy mogą w danym środowisku zostać odebrane w taki a nie inny sposób. Wtedy tłumacz może stanąć przed dylematem czy nieco stonować wypowiedź tak, aby nie zaburzyć relacji pomiędzy mówcą a odbiorcami, czy dochować "wierności" słuchaczom tlumacząc wszystko dokładnie uznając ich za nadrzędnych uczestników danego aktu komunikacji. Pomoc jednej stronie równa sie automatycznie okłamaniu drugiej.

darkliquoredeyes
12-14-2009, 14:54
Fajnie sobie teoretyzować, czy nie sądzicie jednak, że teoria i wybór lepszej opcji na nic się zda w praktyce, bo decyzje w tłumaczeniu ustnym są podejmowane niesamowicie szybko, czasami automatycznie, bez rozważania konsekwencji pt. 'co będzie jak powiem tak czy tak?'. Myślę, że głównie w sytuacjach, nazwijmy to, ekstremalnych, gdy jakaś wypowiedź osobliwie razi, to tłumacz automatycznie stara się stworzyć przyswajalną wersję, jednak chyba nie często się zdarza tak, żeby co drugą wypowiedź mówcy trzeba było tonować. Swoją drogą jestem ciekawa czy istnieją badania na temat tłumaczy ustnych postawionych właśnie w takich trudnych, niepoprawnych politycznie sytuacjach, i co się w większości przypadków dzieje. Czy rzeczywiście tłumacz stara się jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji czy tłumaczy się raczej "jak leci", bo zwyczajnie nie ma czasu na namysły.

mala_z_Aarhus
12-14-2009, 16:12
Byłam kiedyś na spotkaniu z ambasadorem Kuby. Nie znam hiszpańskiego, więc byłam zdana na rozmowę z ambasadorem przez tłumacza. Posiłkowałam się też j.angielskim.
I tak: ja mówiłam reżim, tłumaczono jako reżim. Ambasador odpowiadał ustrój i tak też tłumaczono. Kiedy mówiłam o prawach człowieka, w odpowiedzi padło określenie prawa ludzi. I nie mam zastrzeżeń do tłumacza. Oddał jedynie słownictwo, którym posługiwano się. Nie uważam, że tłumacz nagle powinien w czyjeś usta wkładać określenia, które nie padły i wypaczają sens wypowiedzi.

empasik
12-14-2009, 19:59
Zostałem kiedyś poproszony przez zaprzyjaźnioną firmę o tłumaczenie szefów, którzy przyjechali z siedziby w Szwajcarii. Jednakże dyrektor polskiego oddziału zastrzegł, że gdyby w wypowiedzi pojawiło się imię byłego współpracownika, z którym firma rozstała się w dość niemiłych okolicznościach (czego nie wiedzieli dyrektorzy ze Szwajcarii), to mam je omijać a najlepiej jakoś tak ująć tłumaczenie, żeby wykreślić jego obecność. I faktycznie, pomimo tego, że nazwisko tego człowieka pojawiło się, skrupulatnie omijałem je w wypowiedzi. W tym momencie górę wzięła zasada "klient nasz pan". Nawet kosztem jakości tłumaczenia.

JoannaPietrak
12-14-2009, 21:51
Fajnie sobie teoretyzować, czy nie sądzicie jednak, że teoria i wybór lepszej opcji na nic się zda w praktyce, bo decyzje w tłumaczeniu ustnym są podejmowane niesamowicie szybko, czasami automatycznie, bez rozważania konsekwencji pt. 'co będzie jak powiem tak czy tak?'. Myślę, że głównie w sytuacjach, nazwijmy to, ekstremalnych, gdy jakaś wypowiedź osobliwie razi, to tłumacz automatycznie stara się stworzyć przyswajalną wersję, jednak chyba nie często się zdarza tak, żeby co drugą wypowiedź mówcy trzeba było tonować.

Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o teoretyzowanie. Chciałam po prostu poznać wasze opinie. Wydaje mi się, że jeśli ktoś ma ukształtowaną opinię na jakiś temat to zgodnie ze swoim przekonaniem postępuje i to jest właśnie ten automatyczny proces. Postępujemy w taki a nie inny sposób bo to uważamy za słuszne i kropka. Inna sprawa jeśli ktoś nie ma wykształconej opinii na dany temat, wtedy często działa pod wpływem nieokreślonego impulsu ale i tak wszystko sprowadza się do późniejszego rozawżania czy dana decyzja była słuszna.

Wracając do tematu, sytuacja opisana przez empasik tylko potwierdza moje przypuszczenia. Lojalność wobec klienta najczęściej jest wartością nadrzędną dla tłumacza. Mimo to takie kłamstwa mozna uznać za pozytywne, to konkretne służyło tylko i wyłącznie uniknięciu pewnej niezręcznej i być może nieprzyjemnej dla kogoś sytuacji.

darkliquoredeyes
12-14-2009, 22:52
Asia, to nie było skierowane do Ciebie! Chodzi mi w ogóle o to, że decyzje rozważane są właśnie po fakcie i może z tego płynąć nauka dla wszystkich tłumaczy na przyszłość, ale przeszłości już się nie zmieni, a konsekwencje podjętych decyzji pozostają. Nawet gdy dana osoba ma swoje zasady, to nie jest powiedziane, że zawsze będzie się ich trzymać - zwyczajnie dlatego, że każda sytuacja tłumaczeniowa jest inna. Moim zdaniem decyzje te są podejmowane spontanicznie, w zależności od okoliczności "tu i teraz", a nie według jasno ustalonych reguł, że w tej sytuacji mam takie rozwiązanie, a w takiej inne. To bardziej intuicja. Piszę to na podstawie swoich doświadczeń, gdyż sama czuję, że tłumaczenie ustne zawsze jest niejako improwizacją, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Na pewno nie jest to dla mnie proces przewidywalny, jednak są to moje osobiste odczucia.

Karia
12-16-2009, 02:36
Zostałem kiedyś poproszony przez zaprzyjaźnioną firmę o tłumaczenie szefów, którzy przyjechali z siedziby w Szwajcarii. Jednakże dyrektor polskiego oddziału zastrzegł, że gdyby w wypowiedzi pojawiło się imię byłego współpracownika, z którym firma rozstała się w dość niemiłych okolicznościach (czego nie wiedzieli dyrektorzy ze Szwajcarii), to mam je omijać a najlepiej jakoś tak ująć tłumaczenie, żeby wykreślić jego obecność. I faktycznie, pomimo tego, że nazwisko tego człowieka pojawiło się, skrupulatnie omijałem je w wypowiedzi. W tym momencie górę wzięła zasada "klient nasz pan". Nawet kosztem jakości tłumaczenia.

Na szczescie nie czesto zdarzaja sie takie sytuacje i w gruncie rzeczy to nie bylo nic istotnego (przynajmniej dla Ciebie, bo nie znasz czlowieka ktory skonczyl pracowac w firmie i pewnie nie znasz przyczyn). Czytajac to pomyslalam jednak sobie, ze gdyby bylo inaczej, a pomijanie nazwiska tej osoby uwazalbys z jakichs przyczyn za niesprawiedliwe i krzywdzace, moglbys nie zgodzic sie na to tlumaczenie lub tez z premedytacja "przemycac" w tekscie rozne tresci na temat tego pana, co byloby co prawda nielojalne wobec pracodawcy, ale w pewnym stopniu szlachetne z punktu widzenia tlumacza :)

JoannaPietrak
12-16-2009, 12:01
Asia, to nie było skierowane do Ciebie! Chodzi mi w ogóle o to, że decyzje rozważane są właśnie po fakcie i może z tego płynąć nauka dla wszystkich tłumaczy na przyszłość, ale przeszłości już się nie zmieni, a konsekwencje podjętych decyzji pozostają. Nawet gdy dana osoba ma swoje zasady, to nie jest powiedziane, że zawsze będzie się ich trzymać - zwyczajnie dlatego, że każda sytuacja tłumaczeniowa jest inna. Moim zdaniem decyzje te są podejmowane spontanicznie, w zależności od okoliczności "tu i teraz", a nie według jasno ustalonych reguł, że w tej sytuacji mam takie rozwiązanie, a w takiej inne. To bardziej intuicja. Piszę to na podstawie swoich doświadczeń, gdyż sama czuję, że tłumaczenie ustne zawsze jest niejako improwizacją, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Na pewno nie jest to dla mnie proces przewidywalny, jednak są to moje osobiste odczucia.

Całkowicie się z tobą zgadzam. Tłumaczenie jest procesem bardzo spontanicznym i nieprzewidywalnym, jednak mimo wszystko w tłumaczeniach osób mających już pewne doświadczenie można zawsze dostrzec pewną regularność. Pewne problemy są bardzo często rozwiązywane przez daną osobę w ten sam sposób. Oczywiście nie mówię, że zawsze dana osoba postępuje tak samo. Duzo zależy od konkretnej sytuacji. Poza tym często dana osoba podczas tłumaczenia chce rozwiązać dany problem w konkretny sposób ale nie robi tego na przykład ze względu na stres.

darkliquoredeyes
12-16-2009, 12:14
To prawda. Nie wiem czy to przez stres czy może bardziej czasami przez nieśmiałość, ale często zdarzają się takie sytuacje nawet na ćwiczeniach z konseków/translacji. Pada pytanie jak coś przetłumaczyć, w grupie zalega niezręczna cisza, prowadzący czeka na odpowiedź... Pewnie wielu osobom chodzi wtedy po głowie dobre rozwiązanie, ale nie podają go właśnie przez tę barierę ciszy, może chodzi tutaj także o pewność siebie poniekąd. A potem prowadzący mówi: "Można to przetłumaczyć na przykład tak...(i tu pada dokładnie to słowo, wyrażenie, zwrot, które chodziło Ci po głowie)"... :p Ja miewam takie sytuacje i uczą one jednej, a może nawet dwóch rzeczy: po pierwsze nie ma złych odpowiedzi, po drugie należy być pewnym siebie. Jeśli masz jakiś pomysł, który jest czymś uwarunkowany czy umotywowany, to nie trzeba się bać publicznej jego oceny - najwyżej zostanie wymyślone jeszcze lepsze rozwiązanie.

Karia
12-16-2009, 16:24
Poza tym często dana osoba podczas tłumaczenia chce rozwiązać dany problem w konkretny sposób ale nie robi tego na przykład ze względu na stres.

Mi tez tak sie wydaje. Mysle, ze stres wplywa na nasze reakcje w wielkim stopniu i nie do konca zawsze jestesmy w stanie kontrolowac to co robimy/mowimy.

Karia
12-16-2009, 23:13
Dużo zależy chyba od pozycji jaką tłumacz zdobył wcześniej. Początkujący tłumacz nie może pozwolić sobie na taką kosmetykę. Tłumacz z ugruntowaną opinią może pozwolić sobie na więcej, bez obawy o widmo blamażu. Nawet on powinien zachować umiar w swojej kreatywności. Nie wolno zapominać, że tlumacza wynajmuje się po to, żeby przekazał intencje zleceniodawcy.

Tlumacz nie musi w sumie pozwalac sobie na zadna kosmetyke. Wystarczy, ze tlumaczac w pierwszej osobie, zdystansuje sie do tego co mowi przemawiajacy, uzywajac slow "Pan stwierdzil, powiedzial, że....". Mysle, ze to wystarczy. Jego zadaniem jest przetlumaczyc tekst a nie mowic prawde czy nieprawde. To nie jego dzialka. A jezeli naprawde nie podoba mu sie to, co slyszy, zawsze moze dac do zrozumienia odbiorcom, ze to co przekazuje to odczucia mowiacego, a nie jego walsne.

agola
12-26-2009, 22:26
hmmm, delikatna sprawa...warto chyba trzymać się zasady bad English into good Polish i pamiętać, że speaker też człowiek (też musi walczyć ze stresem, może nie udało mu się dostatecznie dobrze przygotować etc.)

Ta zasada znakomicie sprawdza się w warunkach, kiedy zauważamy, że nasz mówca nie ma tzw. lekkości wypowiedzi. Powody tego mogą być różne: być może jest to jego pierwsze publiczne wystąpienie, albo wygłoszenie referatu czy przemówienia zostało mu odgórnie narzucone, a człowiek się w tej roli zupełnie nie odnajduje. Niezależnie od przyczyn, to od nas będzie zależeć, w jaki sposób (niezbyt udolna nawet) wypowiedź zostanie odebrana. Tłumacz może w takie sytuacji okazać się bardzo pomocny... ;)

agola
12-26-2009, 22:37
Tlumacz nie musi w sumie pozwalac sobie na zadna kosmetyke. Wystarczy, ze tlumaczac w pierwszej osobie, zdystansuje sie do tego co mowi przemawiajacy, uzywajac slow "Pan stwierdzil, powiedzial, że....". Mysle, ze to wystarczy. Jego zadaniem jest przetlumaczyc tekst a nie mowic prawde czy nieprawde. To nie jego dzialka. A jezeli naprawde nie podoba mu sie to, co slyszy, zawsze moze dac do zrozumienia odbiorcom, ze to co przekazuje to odczucia mowiacego, a nie jego walsne.

Poniekąd masz rację, ale z drugiej strony tłumacz nie może, moim zdaniem, posunąć się do tego, żeby przedstawić swojego mówcę w niekorzystym świetle, a dystansując się od jego wypowiedzi, mógłby właśnie takie wrażenie stworzyć...
Pamiętać również należy, że publiczność będzie tylko i wyłącznie oceniać nasze wystąpienie, a nie to, co w niezrozumiałym dla nich języku mówi jakiś obcokrajowiec. Sposób, w jaki ubierzemy myśli naszego mówcy w słowa będzie więc rzutował na ocenę nas samych. Spotkałam się nawet kiedyś z opinią, że tłumacz jest zobligowany do poprawienia błędów merytorycznych mówcy – ta ingerencja w tekst wyjściowy ze strony tłumacza okazuje się zatem dość poważna...

estudiante
12-27-2009, 17:49
A tak w ogóle wydaje mi się, ze bardzo często powodzenie takich negocjacji zależy właśnie od poprawnego tłumaczenia. I odwrotnie - złe tłumaczenie może je zaprzepaścić. Co myślicie?

No dobrze, mówimy o kosmetyce tłumaczenia wpływającej na powodzenie negocjacji. Mówimy tez o tonowaniu mówcy, gdy ten się zapędza. Wiem, że zadaniem tłumacza jest wybrnąć z niezręcznych sytuacji, ale czy w ten sposób nie zdejmujemy całkowicie odpowiedzialności z barków stron negocjujących? Wyobraźmy sobie sutuację, w której tłumacz cały czas dokonuje kosmetyki tego, co mówią strony. Czyli tekst źródłowy jest beznadziejny, niedyplomatyczny, pełen błędów różnego gatunku itd. Czy gdyby te same osoby postawić w podobnej sytuacji, ale bez bariery językowej, czy wtedy coś by wynegocjowały? Nie sądzę. Więc może po prostu potrzebny byłby im dobry kurs PR, albo doradca personalny, a nie tłumacz- kosmetyczka.

Tom z Sopotu
12-27-2009, 18:57
No dobrze, mówimy o kosmetyce tłumaczenia wpływającej na powodzenie negocjacji. Mówimy tez o tonowaniu mówcy, gdy ten się zapędza. Wiem, że zadaniem tłumacza jest wybrnąć z niezręcznych sytuacji, ale czy w ten sposób nie zdejmujemy całkowicie odpowiedzialności z barków stron negocjujących? Wyobraźmy sobie sutuację, w której tłumacz cały czas dokonuje kosmetyki tego, co mówią strony. Czyli tekst źródłowy jest beznadziejny, niedyplomatyczny, pełen błędów różnego gatunku itd. Czy gdyby te same osoby postawić w podobnej sytuacji, ale bez bariery językowej, czy wtedy coś by wynegocjowały? Nie sądzę. Więc może po prostu potrzebny byłby im dobry kurs PR, albo doradca personalny, a nie tłumacz- kosmetyczka.

Ale pomyśl też o szerszej odpowiedzialności. Czy tylko osoba tłumaczona ponosi wszelką odpowiedzialność, a tłumacz już może z zasady umyć od niej ręce? Weźmy stosunki międzynarodowe, tłumacza-Polaka i prezydenta-Polaka, w rodzaju Wałęsy, który zawsze pieprzył, co mu ślina na język przyniosła (na marginesie: podziwiam tłumaczy, którzy byli w stanie w czasie rzeczywistym przełożyć to, co on wygadywał, bo ja nader często sam nie rozumiałem go, kiedy rzekomo mówił po polsku). Załóżmy teraz, że z ust takiego prezydenta - co w wypadku takiej postaci jest prędzej czy później nieuniknione - wydobywa się jakaś straszliwa gafa, czy inne kompromitujące słowa. Czy one kompromitują tylko prezydenta, jako osobę, czy może również urząd, a w konsekwencji i cały kraj, wraz z narodem, który demokratycznie ten urząd obsadził idiotą? Czy tłumacz, również reprezentujący ten kraj i naród, nie ma prawa - a może nawet obowiązku - interweniować, w imieniu nas wszystkich i załagodzić sytuacji w naszym wspólnym interesie? Moim zdaniem, ma.
Żebyście się nie skupiali niepotrzebnie na przykładzie Wałęsy, można w to miejsce wstawić np. George'a W. Busha i tłumacza-Amerykanina, jeden pies.

aleksandra.antoniak
12-31-2009, 17:53
Osobiście uważam, że odpowiedzialność taka wliczona jest w praktykę zawodu tłumacza i dlatego wszelkie tłumaczenia powinny byc wykonane wiernie. Taka jest specyfika tej profesji i każdy kto się na nią decyduje musi być świadomy obciążeń z nią związanych, w tym obciążeń moralnych.

Oczywiście że tłumaczenie musi być wierne, ale niekiedy trzeba wykazać się odrobiną 'cwaniactwa' i np użyć znanego chwytu, który używany jest w przypadku gdy speaker rzuca nieśmieszne żarciki, można wtedy powiedzieć do słuchaczy: 'teraz należy się śmiać z nieśmiesznego żartu mówcy'. :)

anusia8785
12-31-2009, 21:18
Bardzo ciekawi mnie kwestia odpowiedzialności moralnej tłumacza. Chodzi mi tu o sytuacje kontrowersyjne, gdzie w rekach tłumacza spoczywa wielka odpowiedzialność. Anegdotyczne jest zachowanie tłumacza Breżniewa, który podczas kolacji z królową Angielską za głośno mruknął pod adresem Elżbiety II "j*** twaju mac". Tłumacz poproszony o przekład powiedział "Wznieśmy toast za zdrowie królowej matki". Mówiąc jednak poważniej, jak wielka odpowiedzialność spoczywa w rękach tlumacza, który np. jak w przypadku tłumaczy Mahmuda Ahmadineżada, który swoimi wypowiedziami (jak chociażby negującymi Holocaust czy legalność państwa Izrael) powoduje często wielkie napięcia międzynarodowe. Czy tłumacz może zaryzykować swoją posadę, mając możliwość zapobiegnięcia takim kryzysom?
Ale tłumacz nigdy nie jest w stanie zapobiec jakimś konfliktom międynarodowym. Tłumacz jest tylko tłumaczem i nie może zmieniać sensu wypowiedzi mówcy nawet mając najlepsze intencje. W ten sposób przestałby być tłumaczem, a zacząłby być równorzędnym uczestnikiem rozmowy, a przecież nie o to tu chodzi.

anusia8785
12-31-2009, 21:43
Nie wydaje mi się. Moim zdaniem powinniśmy zdecydowanie poprawiać błędy stylistyczne i gramatyczne. Jako tłumacze powinniśmy wykazywać się przede wszystkim nieskazitelną kompetencją językową i błędy bardziej rzutują na nasz wizerunek, a nie wizerunek odbiorcy.
Oczywiście. Ingerencja tłumacza powinna ograniczać się jedynie do poprawy błędów językowych. Co do treści, tłumacz nie powinien się zbytnio wtrącać i zmieniać intencji mówcy.

Tom z Sopotu
01-01-2010, 18:53
Oczywiście. Ingerencja tłumacza powinna ograniczać się jedynie do poprawy błędów językowych. Co do treści, tłumacz nie powinien się zbytnio wtrącać i zmieniać intencji mówcy.

O ile można mówić o jakiejś intencji - np. w moim przykładzie chodzi raczej o możliwość uniknięcia gafy, a gafa zwykle nie jest intencjonalna.

dusty
01-06-2010, 10:59
najlepiej nauczyc sie samemu tego jezyka i wtedy do co chcemy powiediec tez tak samo dotrze;-)

Tom z Sopotu
01-06-2010, 14:05
najlepiej nauczyc sie samemu tego jezyka i wtedy do co chcemy powiediec tez tak samo dotrze;-)

To doprawdy niezwykle mądra rada. :) Szkoda tylko, że np. politykowi, czy zresztą większości ludzi, których zajęcie wymaga spotkań z przedstawicielami najrozmaitszych narodowości, ciężko biegle opanować - poza jakimś tam zwykłym standardem w rodzaju angielskiego, francuskiego, niemieckiego, hiszpańskiego, rosyjskiego itp. - również norweski, węgierski, arabski, turecki, perski, chiński, hindi, suahili itd., których może wymagać jego praca. ;)

darkliquoredeyes
01-07-2010, 00:12
Akurat jeśli chodzi o polityków, to czasami i z tym standardem ciężko. Gdyby ktoś chciał podyskutować i przedstawić szerzej swoje poglądy na temat umiejętności językowych polskich polityków, to tu jest osobny wątek i sonda: http://forum.mlingua.pl/showthread.php?t=1815

Zygis
03-12-2010, 19:17
Uważam, że tłumacz powinien się trzymać wierności tłumaczenia, jeśli prezydent Brazyli powiedział coś niepoprawnego politycznie, tłumacz powinien był to przełożyć. Taka jest jego praca, nie wolno mu zmieniać treści. Załóżmy, że przetłumaczył tekst najwierniej jak potrafił, po czym wybuchł konflikt między wspomnianymi państwami... W tym momencie nikt nawet by nie pomyślał o zastanawianiu się nad tym czy aby tłumacz postąpił dobrze. Zrobił to co do niego należało... A tak, mamy całkiem niezłą dysykusję na temat kompetencji tłumacza.

Natomiast, gdyby postąpił jak należało nikt by w niego nie zwątpił :)

skwara
03-12-2010, 20:06
Właśnie. Rola tłumacza jest aż taka ważna? W sensie, że on jest przecież po to, aby przekazać co ktoś chciał powiedzieć, a nie żeby unikać konfliktów. Przecież tłumacz jest kimś do tłumaczenia wypowiedzi a nie do ingerowania w nie. Oczywiście jeżeli ktoś mówi niegramotnie, to ok, tłumacz musi przełożyć to bezbłędnie, ale żeby zaraz zmieniać sens wypowiedzi?

milka_ziel
03-13-2010, 09:23
Właśnie. Rola tłumacza jest aż taka ważna? W sensie, że on jest przecież po to, aby przekazać co ktoś chciał powiedzieć, a nie żeby unikać konfliktów. Przecież tłumacz jest kimś do tłumaczenia wypowiedzi a nie do ingerowania w nie. Oczywiście jeżeli ktoś mówi niegramotnie, to ok, tłumacz musi przełożyć to bezbłędnie, ale żeby zaraz zmieniać sens wypowiedzi?

Zgadzam się z wypowiedzią skwara. To politycy są od tego, aby dbać o stosunki międzynarodowe i o jakoś dyplomacji. Tłumacz nie powinien ponosić odpowiedzialności za wartość merytoryczną wypowiedzi polityków, bo przecież to nie on został wybrany np. na urząd prezydenta.

milka_ziel
03-13-2010, 09:28
To doprawdy niezwykle mądra rada. :) Szkoda tylko, że np. politykowi, czy zresztą większości ludzi, których zajęcie wymaga spotkań z przedstawicielami najrozmaitszych narodowości, ciężko biegle opanować - poza jakimś tam zwykłym standardem w rodzaju angielskiego, francuskiego, niemieckiego, hiszpańskiego, rosyjskiego itp. - również norweski, węgierski, arabski, turecki, perski, chiński, hindi, suahili itd., których może wymagać jego praca. ;)

Zdecydowanie politycy powinni znać co najmniej jeden język obcy. Rozmowa przez tłumacza to jednak nie to samo co rozmowa w cztery oczy. Nasi reprezentanci, będąc poza granicami naszego kraju muszą przecież prowadzić negocjacje, mniej lub bardziej poufne, dlatego nie wyobrażam sobie tego rodzaju rozmów przy udziale osób trzecich.

Zygis
03-13-2010, 14:18
Zdecydowanie politycy powinni znać co najmniej jeden język obcy. Rozmowa przez tłumacza to jednak nie to samo co rozmowa w cztery oczy. Nasi reprezentanci, będąc poza granicami naszego kraju muszą przecież prowadzić negocjacje, mniej lub bardziej poufne, dlatego nie wyobrażam sobie tego rodzaju rozmów przy udziale osób trzecich.

Jezyk angielski od dawna jest uznawany za język miedzynarodowy, politycy unikneli by kłopotów zwiazanych z tłumaczeniem, lecz jesli juz muszą korzystac z tłumacza to nie powinno byc takich sytuacji jak ta kiedy tłumacz moim zdaniem nie wywiazał się ze swoich obowiązków.

skwara
03-13-2010, 15:57
Jezyk angielski od dawna jest uznawany za język miedzynarodowy, politycy unikneli by kłopotów zwiazanych z tłumaczeniem, lecz jesli juz muszą korzystac z tłumacza to nie powinno byc takich sytuacji jak ta kiedy tłumacz moim zdaniem nie wywiazał się ze swoich obowiązków.


Zgadzam się. Politycy to ludzie, którzy reprezentują nasz kraj. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że polityk nie umie chociaż jednego języka obcego, jakim jest angielski...A już nie mowa o innych językach. Najlepiej winić tłumacza...

Boiziba
03-13-2010, 18:58
Zdecydowanie jestem zdania, że tłumacz nie powinien być winiony za jakiekolwiek błędy, które tłumaczy. Natomiast tłumaczyć powiniec wiernie, bez względu na opinię słuchaczy. Oczywiście jeśli mówcy zdarzy się popełnić jeden, lub dwa mniejsze błędy - tłumacz może je bezkarnie poprawić. Ale jeśli błędy dominują w wypowiedzi mówcy, uważam, że tłumacz powinien próbować jakoś odzwierciedlić te błędy, albo chociaż poinformować o nich słuchających. Uważam, że tłumacz wcale nie musi pełnić roli językowego "stylisty" mówcy, którego tłumaczy. Jego rolą jest przekazanie dokładnie tego, co mówi osoba, którą tłumaczy.

Boiziba
03-13-2010, 19:25
Zdecydowanie politycy powinni znać co najmniej jeden język obcy. Rozmowa przez tłumacza to jednak nie to samo co rozmowa w cztery oczy. Nasi reprezentanci, będąc poza granicami naszego kraju muszą przecież prowadzić negocjacje, mniej lub bardziej poufne, dlatego nie wyobrażam sobie tego rodzaju rozmów przy udziale osób trzecich.

To ma sens - oczywiście, ale osobiście uważam, że gdyby wszyscy posługiwali się językiem angielskim, to w zdecydowanej większości nie potrzebowaliby żadnej pomocy tłumacza (jako, że jak wyżej nadmienił Zygis język angielski jest językiem międzynarodowym i to właśnie tłumacze języka angielskiego są najpowszechniej zatrudniani - ze względu na mnogość osób wszelkich narodowości - posługujących się tym językiem). Tym sposobem, nie byłoby komu zarzucać przekłamań czy zmian kontekstu, ponieważ sami byliby autorami własnego tłumaczenia. Z drugiej jednak strony wielu tłumaczy straciłoby pracę.

Zygis
03-13-2010, 19:37
http://mlingua.pl/articles,show,pol,123,4
Powyższy artykuł przedstawia odwieczny dylemat tłumaczy - czy przelożyć tekst bez naruszania jego struktur, czy może nieco zniekształcić go, "poprawiając nieco mówcę". Jakie jest Wasze zdanie? Jak daleko może posunąć się tłumacz w ingerowaniu w tekst? Czy powinien zachować wierność wobec pracodawcy, posuwając się do okłamania odbiorców, czy może powinien bez względu na sytuację tłumaczyć wiernie?


Nie rozumiem pojęcia wierności wobec pracodawcy w ostatnim zdaniu. Czyli tłumacz o którym mowa w artykule, zmieniając treść wypowiedzi, pozostaje lojalny wobec prezydenta, jego pracodawcy? Rzekłbym, że w tym momencie jest dokładnie odwrotnie, prezydent mógł właśnie poczuć się przez tłumacza oszukany dowiadując się potem, że zmienił jego wypowiedz. Więc gdzie jest tu wierność wobec pracodawcy? Moim zdaniem prezydent mógł po tym incydencie smiało tłumacza zwolnić, wlaśnie za BRAK owej wierności wobec niego.

MalaMi
03-13-2010, 19:56
Według Hejwowskiego tłumaczenie może być poprawione przez tłumacza jeśli zawiera niewiele błędów. W niektórych wypowiedziach, autor celowo popełnia błędy, które nie powinny być poprawiane, ponieważ znieni to ich sens.

MalaMi
03-13-2010, 20:09
Wiadomo, że tłumacz nie powinien popełniać błędów, ale nikt nie jest idealny! Jeśli mamy dosłownie ułamki sekund, aby wysłuchać wypowiedzi, przetworzyć ją z jednego języka na drugi i jednonocześnie mówić, a do tego dochodzi stres i minimalne doświadczenie,to kiedy znajdziemy czas na "poinformowanie" naszych o błędach "słuchających"? Moim zdaniem jest to niemożliwe.

MalaMi
03-13-2010, 20:21
Byłam kiedyś na spotkaniu z ambasadorem Kuby. Nie znam hiszpańskiego, więc byłam zdana na rozmowę z ambasadorem przez tłumacza. Posiłkowałam się też j.angielskim.
I tak: ja mówiłam reżim, tłumaczono jako reżim. Ambasador odpowiadał ustrój i tak też tłumaczono. Kiedy mówiłam o prawach człowieka, w odpowiedzi padło określenie prawa ludzi. I nie mam zastrzeżeń do tłumacza. Oddał jedynie słownictwo, którym posługiwano się. Nie uważam, że tłumacz nagle powinien w czyjeś usta wkładać określenia, które nie padły i wypaczają sens wypowiedzi.
Na zajęciach z translatoryki pan profesor (doświadczony tłumacz ustny i pisemny) zawsze nam powtarzał,że w wypowiedzi najważniejszy jest SENS. Tak więc, jak dla mnie, "prawa ludzi" a "prawa człowieka" różnią się jedynie liczbą. Sens jest zachowany, dlatego też jestem pewna, że rozumieniem tego zwrotu nie miałabym problemu:D

MalaMi
03-13-2010, 20:24
Zostałem kiedyś poproszony przez zaprzyjaźnioną firmę o tłumaczenie szefów, którzy przyjechali z siedziby w Szwajcarii. Jednakże dyrektor polskiego oddziału zastrzegł, że gdyby w wypowiedzi pojawiło się imię byłego współpracownika, z którym firma rozstała się w dość niemiłych okolicznościach (czego nie wiedzieli dyrektorzy ze Szwajcarii), to mam je omijać a najlepiej jakoś tak ująć tłumaczenie, żeby wykreślić jego obecność. I faktycznie, pomimo tego, że nazwisko tego człowieka pojawiło się, skrupulatnie omijałem je w wypowiedzi. W tym momencie górę wzięła zasada "klient nasz pan". Nawet kosztem jakości tłumaczenia.
Szczerze mówiąc, to była Twoja decyzja. Mogłeś odmówić argumentując,że to nie jest zgodne z idea tłumaczenia. Jednak wybrałeś wynagrodzenie i taka jest smutna prawda:mad::mad:

MalaMi
03-13-2010, 20:36
Oczywiście że tłumaczenie musi być wierne, ale niekiedy trzeba wykazać się odrobiną 'cwaniactwa' i np użyć znanego chwytu, który używany jest w przypadku gdy speaker rzuca nieśmieszne żarciki, można wtedy powiedzieć do słuchaczy: 'teraz należy się śmiać z nieśmiesznego żartu mówcy'. :)
Jestem tylko ciekawa jakby zareagowali na taką komendę odbiorcy. Osobiście, popatrzyła bym z pogardą w stronę tłumacza. Taka wypowiedź bardziej przypomina mi komentarz, a nie tłumaczenie.

Dero
03-13-2010, 22:37
Oczywiście że tłumaczenie musi być wierne, ale niekiedy trzeba wykazać się odrobiną 'cwaniactwa' i np użyć znanego chwytu, który używany jest w przypadku gdy speaker rzuca nieśmieszne żarciki, można wtedy powiedzieć do słuchaczy: 'teraz należy się śmiać z nieśmiesznego żartu mówcy'. :)

Osobiście uważam, że używając takiego chwytu, tłumacz zdecydowanie wykracza poza "przywileje". Dodając komentarze, które wydawać się mogą złośliwe, tłumacz sprawia, iż tłumaczenie automatycznie przestaje być wierne. Zdecydowanie lepszym zabiegiem jest przekazanie takiej informacji intonacją głosu lub mimiką twarzy (jeżeli tłumacz również jest widoczny). Przy użyciu takiego sposobu szansa na negatywną reakcję słuchaczy jest zdecydowanie mniejsza.

Boiziba
03-13-2010, 22:51
Osobiście uważam, że używając takiego chwytu, tłumacz zdecydowanie wykracza poza "przywileje". Dodając komentarze, które wydawać się mogą złośliwe, tłumacz sprawia, iż tłumaczenie automatycznie przestaje być wierne. Zdecydowanie lepszym zabiegiem jest przekazanie takiej informacji intonacją głosu lub mimiką twarzy (jeżeli tłumacz również jest widoczny). Przy użyciu takiego sposobu szansa na negatywną reakcję słuchaczy jest zdecydowanie mniejsza.

Zgadzam się po części. Kiedy tłumacz dodaje od siebie takie uwagi to nie tylko wykracza poza swoje przywileje, ale także niemalże podśmiewa się z mówcy, czego również robić nie powinien. Tłumacz powinien być bezstronny, wierny i lojalny wobec klienta. Nie sądzę również, aby ludzie słuchający tłumaczenia na żywo - słysząc taki żenujący żart pomyślą, że to tłumacz próbuje ich kiepsko zabawić, tylko raczej będą świadomi, albo przynajmniej powinni być świadomi tego, że tłumacz wykonuje tylko swoje obowiązki tłumacząc wiernie, a żart, czy może kiepski dobór słów to już wytwór mówcy.

Ikari
03-14-2010, 10:13
To ma sens - oczywiście, ale osobiście uważam, że gdyby wszyscy posługiwali się językiem angielskim, to w zdecydowanej większości nie potrzebowaliby żadnej pomocy tłumacza (jako, że jak wyżej nadmienił Zygis język angielski jest językiem międzynarodowym i to właśnie tłumacze języka angielskiego są najpowszechniej zatrudniani - ze względu na mnogość osób wszelkich narodowości - posługujących się tym językiem). Tym sposobem, nie byłoby komu zarzucać przekłamań czy zmian kontekstu, ponieważ sami byliby autorami własnego tłumaczenia. Z drugiej jednak strony wielu tłumaczy straciłoby pracę.

Zupełnie się z tym nie zgadzam. Jakimi kompetencjami językowymi może pochwalić się polityk, który ma zdecydowanie ciekawsze i pilniejsze sprawy do ogarnięcia niż nauka języka obcego (pomijam tu osobników, dla których język angielski jest językiem ojczystym)? Czyj angielski jest na wyższym poziomie: tłumacza ustnego, który nieustannie się kształci czy polityka, który ma ogrom innych obowiązków? Nawet przebywanie w międzynarodowym, anglojęzycznym towarzystwie nie przyniesie cudownych efektów w postaci świetnej znajomości języka. Nie sądzę, aby było aż tak kolorowo, tłumacze ustni byli i będą potrzebni nawet w przypadku jeszcze większej ekspansji języka angielskiego (w końcu to specjaliści, nie wierzę, aby przeciętny eurodeputowany posiadał wiedzę językową pozwalającą na obracanie się w każdej możliwej dziedzinie). Ale ok, jeśli nawet doszłoby do tego rodzaju translatorskiej apokalipsy (wszyscy używają języka angielskiego perfekcyjnie w mowie) to i tak dla całej rzeszy tłumaczy pisemnych pracy w bród. :)

studentka89
03-14-2010, 13:31
Chciałabym odnieść się do artykułu, który został zamieszczony na samym początku. Jest tam napisane, że "Kłamstwo jest kłamstwem, z etycznego punktu widzenia usprawiedliwionym tylko w określonych przypadkach, takich jak zagrożenie życia, dlatego należy ostrożnie podchodzić do wyjątków od tej zasady". Żal mi tego tłumacza, ponieważ jestem w stanie zrozumieć jego intencje. Uważam jednak, że prezydent powinien brać odpowiedzialność za swoje słowa. Gdyby mówił je do swoich obywateli w języku ojczystym, nie byłoby już nikogo, kto mógłby ocenzurować jego wypowiedź. Uważam zatem, że w takich przypadkach tłumacz powinien przekazywać kompletną treść i nie udawać, że "wie lepiej", niż sam nadawca wypowiedzi.

Zygis
03-14-2010, 15:34
Uważam zatem, że w takich przypadkach tłumacz powinien przekazywać kompletną treść i nie udawać, że "wie lepiej", niż sam nadawca wypowiedzi.

Dokładnie, mówiący wie co chce przekazac i to on powinien być odpowiedzialny za swoje słowa, a nie potem całe zło spada na tłumacza.

Boiziba
03-14-2010, 21:17
Zupełnie się z tym nie zgadzam. Jakimi kompetencjami językowymi może pochwalić się polityk, który ma zdecydowanie ciekawsze i pilniejsze sprawy do ogarnięcia niż nauka języka obcego (pomijam tu osobników, dla których język angielski jest językiem ojczystym)? Czyj angielski jest na wyższym poziomie: tłumacza ustnego, który nieustannie się kształci czy polityka, który ma ogrom innych obowiązków? Nawet przebywanie w międzynarodowym, anglojęzycznym towarzystwie nie przyniesie cudownych efektów w postaci świetnej znajomości języka. Nie sądzę, aby było aż tak kolorowo, tłumacze ustni byli i będą potrzebni nawet w przypadku jeszcze większej ekspansji języka angielskiego (w końcu to specjaliści, nie wierzę, aby przeciętny eurodeputowany posiadał wiedzę językową pozwalającą na obracanie się w każdej możliwej dziedzinie). Ale ok, jeśli nawet doszłoby do tego rodzaju translatorskiej apokalipsy (wszyscy używają języka angielskiego perfekcyjnie w mowie) to i tak dla całej rzeszy tłumaczy pisemnych pracy w bród. :)

Rozumiem Twoje spojrzenie na sytuację. Moja wypowiedź była czysto hipotetyczna, bo oczywiście wiem, że żaden z polityków nie zdołałby wspiąć się na szczyt kwalifikacji tłumacza (ani nawet się do tego szczytu zbliżyć). Chodziło mi głównie o to, że gdyby wszyscy biegle posługiwali się językiem obcym - nie byłoby komu zarzucić przekłamań translatorskich, ponieważ sami byliby tłumaczami swoich wypowiedzi.

Całe szczęście - jest to niemalże zupełnie nierealna sytuacja.

studentka89
03-15-2010, 16:07
Chodziło mi głównie o to, że gdyby wszyscy biegle posługiwali się językiem obcym - nie byłoby komu zarzucić przekłamań translatorskich, ponieważ sami byliby tłumaczami swoich wypowiedzi.

Całe szczęście - jest to niemalże zupełnie nierealna sytuacja.

Wydaje mi się, że nie masz racji. Nawet osoby dokonujące autoprzekładu często dokonują zmian w treści własnych wypowiedzi. Choć oczywiście lepiej mogą przetłumaczyć samych siebie, gdyż lepiej wiedzą, co mają na myśli, w tej części zgodzę się z Tobą;)

milka_ziel
03-15-2010, 16:52
Wiadomo, że tłumacz nie powinien popełniać błędów, ale nikt nie jest idealny! Jeśli mamy dosłownie ułamki sekund, aby wysłuchać wypowiedzi, przetworzyć ją z jednego języka na drugi i jednonocześnie mówić, a do tego dochodzi stres i minimalne doświadczenie,to kiedy znajdziemy czas na "poinformowanie" naszych o błędach "słuchających"? Moim zdaniem jest to niemożliwe.

Myślę, że nie mogę zgodzić się z wypowiedzią powyżej. Nie można tłumaczyć niekompetencji stresem (tłumacz powinien albo nauczyć się z nim radzić, albo przestać nawet myśleć o wykonywaniu jakiejkolwiek odpowiedzialnej pracy, jeśli stres jest powodem jego błędów) , a jeśli tłumaczowi brak doświadczenia to nikt nie zaproponuje mu stanowiska tłumacza ustnego. I nie powinnismy sie rowniez tlumaczyc tym, ze nikt nie jest idealny, bo to jest nedzna wymowka. Lepiej jest raczej brac odpowiedzialnosc za to co zrobilismy zle, wyciagac wnioski i starac sie wyeliminowac potkniecia.

milka_ziel
03-15-2010, 17:09
Wydaje mi się, że nie masz racji. Nawet osoby dokonujące autoprzekładu często dokonują zmian w treści własnych wypowiedzi. Choć oczywiście lepiej mogą przetłumaczyć samych siebie, gdyż lepiej wiedzą, co mają na myśli, w tej części zgodzę się z Tobą;)

Podobnie jak studentka89 uważam, że autoprzekład ,chociaż pozornie wydaje się tłumaczeniem idealnym, niesie ze sobą pewne "zagrożenia". Po sformułowaniu swojej wypowiedzi w jednym języku autora często korci, aby dodać coś do tłumaczonej wypowiedzi albo dokonać pewnych zmian, czasami większych niż kosmetyczne.

Dero
03-15-2010, 17:58
Myślę, że nie mogę zgodzić się z wypowiedzią powyżej. Nie można tłumaczyć niekompetencji stresem (tłumacz powinien albo nauczyć się z nim radzić, albo przestać nawet myśleć o wykonywaniu jakiejkolwiek odpowiedzialnej pracy, jeśli stres jest powodem jego błędów) , a jeśli tłumaczowi brak doświadczenia to nikt nie zaproponuje mu stanowiska tłumacza ustnego. I nie powinnismy sie rowniez tlumaczyc tym, ze nikt nie jest idealny, bo to jest nedzna wymowka. Lepiej jest raczej brac odpowiedzialnosc za to co zrobilismy zle, wyciagac wnioski i starac sie wyeliminowac potkniecia.

Po części zgadzam się z tą myślą, ale nie rozumiem za bardzo pojęcia "brak doświadczenia = brak oferty pracy". Przecież ten tłumacz musi pracować, by nabrać doświadczenia. Chyba, że chodzi Ci o doświadczenie ogólne np. jako tłumacz belles lettres. Jednak nie da się ukryć, że umiejętność walki ze stresem jest jedną z najważniejszych u tłumacza symultanicznego. Potknięcia są (niestety) nieuniknione, lecz nie można ich w żaden sposób usprawiedliwiać. Są oznaką braku wiedzy bądź umiejętności. Dlatego praca tłumacza to ciągłe doskonalenie się;)

Boiziba
03-15-2010, 20:58
Wydaje mi się, że nie masz racji. Nawet osoby dokonujące autoprzekładu często dokonują zmian w treści własnych wypowiedzi. Choć oczywiście lepiej mogą przetłumaczyć samych siebie, gdyż lepiej wiedzą, co mają na myśli, w tej części zgodzę się z Tobą;)

Podobnie jak studentka89 uważam, że autoprzekład ,chociaż pozornie wydaje się tłumaczeniem idealnym, niesie ze sobą pewne "zagrożenia". Po sformułowaniu swojej wypowiedzi w jednym języku autora często korci, aby dodać coś do tłumaczonej wypowiedzi albo dokonać pewnych zmian, czasami większych niż kosmetyczne.

Znowu nie zostałam zrozumiana. Chodziło mi o to, że zwyczajnie nie będzie na kogo "zwalić" winy. Poza tym, mówiłam tu o politykach, którzy już wypowiadaliby się w języku obcym - nie mówiąc najpierw w swoim języku, a potem siebie samego tłumacząc, tylko bezpośrednio wysławiając się w języku innym niż ich natywny.

Zygis
03-16-2010, 00:32
Chodziło mi o to, że zwyczajnie nie będzie na kogo "zwalić" winy. P.

Tej czesci nie pojmuję, czyli, ze tłumacz ma byc swego rodzaju deska ratunku dla nadawcy? Wezmy za przyklad artykuł z 1 postu. Prezydent ma czuc sie swododnie majac przed soba tlumacza, bo w kazdej chwili zagrozenia moze smialo powiedziec "Bo to tlumacz mnie nie zrozumial, ja mialem na mysli co innego, to jego nalezy winic"?

skwara
03-16-2010, 14:29
Zupełnie się z tym nie zgadzam. Jakimi kompetencjami językowymi może pochwalić się polityk, który ma zdecydowanie ciekawsze i pilniejsze sprawy do ogarnięcia niż nauka języka obcego (pomijam tu osobników, dla których język angielski jest językiem ojczystym)? Czyj angielski jest na wyższym poziomie: tłumacza ustnego, który nieustannie się kształci czy polityka, który ma ogrom innych obowiązków? Nawet przebywanie w międzynarodowym, anglojęzycznym towarzystwie nie przyniesie cudownych efektów w postaci świetnej znajomości języka. Nie sądzę, aby było aż tak kolorowo, tłumacze ustni byli i będą potrzebni nawet w przypadku jeszcze większej ekspansji języka angielskiego (w końcu to specjaliści, nie wierzę, aby przeciętny eurodeputowany posiadał wiedzę językową pozwalającą na obracanie się w każdej możliwej dziedzinie). Ale ok, jeśli nawet doszłoby do tego rodzaju translatorskiej apokalipsy (wszyscy używają języka angielskiego perfekcyjnie w mowie) to i tak dla całej rzeszy tłumaczy pisemnych pracy w bród. :)



Z tymi kompetencjami to różnie, bo nie powinni być politykami ludzie, którzy ledwo skończyli podstawówkę, czy liceum. To reprezentanci kraju, więc angielski powinni znać na poziomie komunikatywnym. A co do zatrudnienia - na pewno nie miałoby na nie wpływu to czy politycy znają angielski lub też nie.

skwara
03-16-2010, 14:36
Podobnie jak studentka89 uważam, że autoprzekład ,chociaż pozornie wydaje się tłumaczeniem idealnym, niesie ze sobą pewne "zagrożenia". Po sformułowaniu swojej wypowiedzi w jednym języku autora często korci, aby dodać coś do tłumaczonej wypowiedzi albo dokonać pewnych zmian, czasami większych niż kosmetyczne.


Moim zdaniem, skoro autor tłumaczy sam siebie, to nawet jeśli dokona większych zmian niż kosmetyczne, nie znaczy to, że zrobił coś źle. Nie może on przecież nagle zmienić swojej opinii. Czy to aż takie "zagrożenie"?

Dero
03-16-2010, 17:13
Moim zdaniem, skoro autor tłumaczy sam siebie, to nawet jeśli dokona większych zmian niż kosmetyczne, nie znaczy to, że zrobił coś źle. Nie może on przecież nagle zmienić swojej opinii. Czy to aż takie "zagrożenie"?

Załóżmy, że tłumacząc samego siebie, dokonujemy pewnych zmian, nie zmieniając przy tym naszej opinii. Jednak czynimy tekst (lub wypowiedz) lepiej skonstruowanym, dobieramy nowe, ciekawsze naszym zdaniem słowa i zwroty. Chowamy w ten sposób niedoskonałości lub elementy tekstu oryginalnego, które nam się nie podobają. Wydaje mi się, że taki zabieg sprawia, iż już nie tłumaczymy tekstu wiernie. Raczej przedstawiamy jego zredagowaną formę. Być może nie jest to wielkie "zagrożenie", ale kłóci się z wiernością oryginałowi. Innymi słowy jest to nasze świadome kłamstewko:)

Boiziba
03-16-2010, 18:23
Tej czesci nie pojmuję, czyli, ze tłumacz ma byc swego rodzaju deska ratunku dla nadawcy? Wezmy za przyklad artykuł z 1 postu. Prezydent ma czuc sie swododnie majac przed soba tlumacza, bo w kazdej chwili zagrozenia moze smialo powiedziec "Bo to tlumacz mnie nie zrozumial, ja mialem na mysli co innego, to jego nalezy winic"?

Każdemu tłumaczowi może się zdarzyć coś źle zrozumieć i tym samym źle przekazać. Może nie jest to umyśle kłamstwo (chociaż czasem i tak się może zdarzyć), ale mimo wszystko mamy wtedy do czynienia z przekłamaniem. Więc wina jest po stronie tłumacza.

Dero
03-16-2010, 19:09
Każdemu tłumaczowi może się zdarzyć coś źle zrozumieć i tym samym źle przekazać. Może nie jest to umyśle kłamstwo (chociaż czasem i tak się może zdarzyć), ale mimo wszystko mamy wtedy do czynienia z przekłamaniem. Więc wina jest po stronie tłumacza.

Chodzi tu bardziej o sytuacje, kiedy tłumacz świadomie unika niektórych kwestii, dodaje lub odejmuje części wypowiedzi. Przykład prezydenta pokazuje, iż rola tłumacza powinna się ograniczyć do tłumaczenia rozmowy, a nie (jak zostało to zauważone w artykule) mediacji i próby ułatwienia rozmowy. Gdy tłumacz przekazuje rzetelnie wszelkie informacje (nawet wypowiedzi, które mogą być obrazą), wszystkie gafy są wtedy winą polityka, a wymówka "Bo tłumacz..." staje się mniej wiarygodna.
Autor artykułu trafnie zauważył, iż każdy ma prawo wiedzieć, gdy jest obrażany w innym języku. Zatem tłumacz powinien bezlitośnie przekazywać wszelkie wiadomości. Z jednej strony jest to jak najbardziej wskazane, ponieważ wykonuje swoją pracę tak jak powinien (zabawy w dyplomatę według mnie nie mogą mieć miejsca), ale interesuje mnie, czy w takim przypadku można mieć do tłumacza pretensje? Czy winny gafom przy rozmowach politycznych jest tłumacz, który powinien jednak zatuszować prawdę, czy też cała wina powinna spaść na polityka? Według mnie to politycy powinni bardziej uważać na to co mówią. Jakie jest wasze zdanie?

Boiziba
03-16-2010, 20:23
Z jednej strony jest to jak najbardziej wskazane, ponieważ wykonuje swoją pracę tak jak powinien (zabawy w dyplomatę według mnie nie mogą mieć miejsca), ale interesuje mnie, czy w takim przypadku można mieć do tłumacza pretensje? Czy winny gafom przy rozmowach politycznych jest tłumacz, który powinien jednak zatuszować prawdę, czy też cała wina powinna spaść na polityka? Według mnie to politycy powinni bardziej uważać na to co mówią. Jakie jest wasze zdanie?

Zdecydowanie się zgadzam, tłumacz ma obowiązek wszystko jak najdokładniej przekazywać osobie, dla której tłumaczy. A jeśli w rozmowie wyniknie jakakolwiek obelga, uważam, że powinien ją przekazać. Tu akurat nie może mieć miejca obwinianie tłumacza, który wykonuje swoją pracę dokładnie. Moje zdanie w tej kwestii jest takie, że tłumacz bezwzględnie ma tłumaczyć wszystko, co usłyszy z ust mówcy, nie unikając żadnych słów. Tak będzie bezpieczniej dla samego tłumacza, bo nie będzie można mu zarzucić zatajania fragmentów wypowiedzi. A jeśli cokolwiek urazi rozmówcę - to polityk będzie musiał się tłumaczyć. Znów za pośrednictwem tłumacza, ale nie z winy tłumacza.

studentka89
03-16-2010, 21:27
Chodzi tu bardziej o sytuacje, kiedy tłumacz świadomie unika niektórych kwestii, dodaje lub odejmuje części wypowiedzi. Przykład prezydenta pokazuje, iż rola tłumacza powinna się ograniczyć do tłumaczenia rozmowy, a nie (jak zostało to zauważone w artykule) mediacji i próby ułatwienia rozmowy. Gdy tłumacz przekazuje rzetelnie wszelkie informacje (nawet wypowiedzi, które mogą być obrazą), wszystkie gafy są wtedy winą polityka, a wymówka "Bo tłumacz..." staje się mniej wiarygodna.
Autor artykułu trafnie zauważył, iż każdy ma prawo wiedzieć, gdy jest obrażany w innym języku. Zatem tłumacz powinien bezlitośnie przekazywać wszelkie wiadomości. Z jednej strony jest to jak najbardziej wskazane, ponieważ wykonuje swoją pracę tak jak powinien (zabawy w dyplomatę według mnie nie mogą mieć miejsca), ale interesuje mnie, czy w takim przypadku można mieć do tłumacza pretensje? Czy winny gafom przy rozmowach politycznych jest tłumacz, który powinien jednak zatuszować prawdę, czy też cała wina powinna spaść na polityka? Według mnie to politycy powinni bardziej uważać na to co mówią. Jakie jest wasze zdanie?

Zgadzam się z Tobą, bo rolą tłumacza jest tłumaczyć, a nie samemu bawić się w polityka. I, odpowiadając na Twoje pytanie, jestem w zupełności przekonana, że winą za gafy w rozmowach powinni być obarczani politycy. Są to dorośli ludzie, powinni brać odpowiedzialność za swoje czyny i nie mogą zasłaniać się osobą tłumacza. Uważam natomiast, że sam tłumacz powinien w takich sytuacjach upewniać się, co polityk rozumie przez to, co mówi, gdyż może on być czasem nieświadomy sensu swojej wypowiedzi. Jeśli jednak potwierdzi, że właśnie to było jego intencją, rolą tłumacza jest przekazać w 100% to, co usłyszał.

milka_ziel
03-17-2010, 14:46
Zostałem kiedyś poproszony przez zaprzyjaźnioną firmę o tłumaczenie szefów, którzy przyjechali z siedziby w Szwajcarii. Jednakże dyrektor polskiego oddziału zastrzegł, że gdyby w wypowiedzi pojawiło się imię byłego współpracownika, z którym firma rozstała się w dość niemiłych okolicznościach (czego nie wiedzieli dyrektorzy ze Szwajcarii), to mam je omijać a najlepiej jakoś tak ująć tłumaczenie, żeby wykreślić jego obecność. I faktycznie, pomimo tego, że nazwisko tego człowieka pojawiło się, skrupulatnie omijałem je w wypowiedzi. W tym momencie górę wzięła zasada "klient nasz pan". Nawet kosztem jakości tłumaczenia.

Myślę, że osoba zlecająca tłumaczenie ma prawo do postawienia pewnych wymagań związanych z jego wykonaniem. Decyzja tłumacza o tym czy dostosować się do życzeń pracodawców, zależy w znacznej mierze od sytuacji i od tego w jak dużym stopniu musiałby on zmodyfikować tłumaczenie. W przypadku historii przytoczonej przez empasika nie wydaje mi się, żeby z powodu pominięcia nazwiska pracownika, tłumaczenie znacznie ucierpiało lub żeby zostały naruszone zasady etyki zawodowej. Firma prawdopodobnie chciała uniknąć niezręcznej sytuacji i popsucia atmosfery z powodu niepotrzebnego wspominania nieporozumień, które były wewnętrzną i "prywatną" sprawą przedsiębiorstwa.

milka_ziel
03-17-2010, 15:01
Moim zdaniem, skoro autor tłumaczy sam siebie, to nawet jeśli dokona większych zmian niż kosmetyczne, nie znaczy to, że zrobił coś źle. Nie może on przecież nagle zmienić swojej opinii. Czy to aż takie "zagrożenie"?

No cóż, przy amplifikacji dużej ilości informacji do tłumaczenia może wywołać zamieszanie, bo jedna część publiczności usłyszy wersję uboższą. Ale z drugiej strony w wypadku tłumaczenia ustnego takie sytuacje zdarzają się pewnie rzadko (jeśli w ogóle). Starałam się wyobrazić sobie tylko hipotetyczną sytuację, która może nie jest zbyt prawdopodobna ;). Większe prawdopodobieństwo takiej amplifikacji występuje przy tłumaczeniu pisemnym, szczególnie jeśli odbywa się po dłuższym czasie od napisania oryginału.

studentka89
03-17-2010, 15:20
Myślę, że osoba zlecająca tłumaczenie ma prawo do postawienia pewnych wymagań związanych z jego wykonaniem. Decyzja tłumacza o tym czy dostosować się do życzeń pracodawców, zależy w znacznej mierze od sytuacji i od tego w jak dużym stopniu musiałby on zmodyfikować tłumaczenie. W przypadku historii przytoczonej przez empasika nie wydaje mi się, żeby z powodu pominięcia nazwiska pracownika, tłumaczenie znacznie ucierpiało lub żeby zostały naruszone zasady etyki zawodowej. Firma prawdopodobnie chciała uniknąć niezręcznej sytuacji i popsucia atmosfery z powodu niepotrzebnego wspominania nieporozumień, które były wewnętrzną i "prywatną" sprawą przedsiębiorstwa.

Rzeczywiście, ważną kwestią są tu wcześniejsze ustalenia z pracodawcą. Jeśli postawi on przed tłumaczem pewne wymagania, ten powinien się ich trzymać. Jeśli jednak w danej kwestii żadnych ustaleń nie było, nie widzę powodu, dla których tłumacz miałby prawo do zmiany treści. Nie widzę też podstaw do pretensji ze strony pracodawcy, jeśli tłumacz nie ocenzuruje przetłumaczonej wypowiedzi, z której później mogą wyniknąć przykre konsekwencje. W końcu tłumacz nie był autorem wypowiedzi, a jedynie medium, za pośrednictwem którego pewien komunikat został przekazany.

Dero
03-17-2010, 16:04
Myślę, że osoba zlecająca tłumaczenie ma prawo do postawienia pewnych wymagań związanych z jego wykonaniem. Decyzja tłumacza o tym czy dostosować się do życzeń pracodawców, zależy w znacznej mierze od sytuacji i od tego w jak dużym stopniu musiałby on zmodyfikować tłumaczenie. W przypadku historii przytoczonej przez empasika nie wydaje mi się, żeby z powodu pominięcia nazwiska pracownika, tłumaczenie znacznie ucierpiało lub żeby zostały naruszone zasady etyki zawodowej. Firma prawdopodobnie chciała uniknąć niezręcznej sytuacji i popsucia atmosfery z powodu niepotrzebnego wspominania nieporozumień, które były wewnętrzną i "prywatną" sprawą przedsiębiorstwa.


W tym przypadku zmiany w tłumaczeniu mogą być potraktowane z przymrużeniem oka, ponieważ pracodawca wyraźnie zastrzegł, iż tłumacz ma zmieniać swoje wypowiedzi. Jednak, o ile dobrze rozumiem, dyrektor poprosił, aby zmieniać wypowiedzi jego przedstawicieli, kiedy użyją nazwiska byłego współpracownika. Jest to trochę dziwne, gdyż o wiele łatwiej jest poinstruować pracowników "tego nie mówimy". Tłumacz nie powinien być traktowany w sposób "ja mówię swoje, ale ty jeszcze masz w tym coś pozmieniać, by było lepiej". Chociaż łatwo to stwierdzić, ale w praktyce wiadomo, że to pracodawca decyduje;/

studentka89
03-17-2010, 21:05
Chociaż łatwo to stwierdzić, ale w praktyce wiadomo, że to pracodawca decyduje;/

Racja, ale tłumacze mają też prawo do negocjowania warunków i do doboru osób, dla których chcą pracować. Wiadomo, że nie można być wybrednym, ale z drugiej strony nie można też popaść w drugą skrajność i godzić się na wszelkie warunki, jakie zostaną nam przedstawione.Klucz tkwi w asertywności;)

skwara
03-17-2010, 23:18
Racja, ale tłumacze mają też prawo do negocjowania warunków i do doboru osób, dla których chcą pracować. Wiadomo, że nie można być wybrednym, ale z drugiej strony nie można też popaść w drugą skrajność i godzić się na wszelkie warunki, jakie zostaną nam przedstawione.Klucz tkwi w asertywności;)

Jasne. Najważniejsze to wyznaczyć sobie cele, dążyć do nich i być w tym konsekwentnym.
Tłumacz, który jest rzetelny i wie czego chce, dojdzie do swego. Jeśli on będzie w porządku to i pracodawca też zobaczy, że nie ma do czynienia z byle kim. Trzeba robić swoje i nie dać się zapędzić w kozi róg. Prawda jest
prawdą i jej trzeba się trzymać. Moim zdaniem jeśli tłumacz ingeruje w słowa, które tłumaczy, średnio zna się
na rzeczy.

Tammar
03-20-2010, 15:03
No właśnie właśnie.. Ciekawy wątek :) Osobiście zgadzam się z Dorotą, że nie każdy tłumacz powinien tłumaczyć wiernie, gdyż np. tłumacząc na konferencji kogoś, kto bardzo słabo posługuje się językiem obcym, nie będziemy "wiernie" odwzorowywać jego błędów w celu przekazania słuchaczom jak kiepskim jest mówca, ale będziemy się starać, aby wypadł jak najlepiej.

Aż się prosi, aby za taką usługę wprowadzić dodatkową opłatę... ;)

Ale mówiąc poważnie, za prawidłowe uważam poprawianie wypowiedzi klienta w takich sytuacjach. Inna sprawa ma się do tłumaczeń np. serialów telewizyjnych, filmów czy innych o charakterze mniej poważnym niż wystąpienia publiczne :) . Za przykład dam scenę, w której bohaterowie jąkają się, zaczynają niezgrabnie składać zdania, zaczynają od początku kilkakrotnie zdania - niejednokrotnie denerwowało mnie, gdy tekst oryginalny został skrócony i skorygowany odbierając po części i sens i emocjonalny wyraz wypowiedzi.

oliwka666
03-22-2010, 14:43
Również zgadzam się z opinią,że tłumacz nie powinien wiernie tłumaczyc wypowiedzi ,jeśli ta zawiera błędy, a on je zauwazyl. W końcu po co robic cos swiadomie zle, jesli mozna zrobic to przyzwoicie:)
Robić coś przyzwoicie... A co z "nieprzyzwoitymi" słowami? Co zrobic kiedy osoba, której wypowiedź tłumaczymy, siarczyście klnie? Czy w takiej sytuacji wierne tłumaczenie jest na miejscu? Jakby powiedział Hamlet, oto jest pytanie...:D

Dero
03-22-2010, 17:48
Robić coś przyzwoicie... A co z "nieprzyzwoitymi" słowami? Co zrobic kiedy osoba, której wypowiedź tłumaczymy, siarczyście klnie? Czy w takiej sytuacji wierne tłumaczenie jest na miejscu? Jakby powiedział Hamlet, oto jest pytanie...:D

Jakoś nie mogę wyobrazić sobie takiej sytuacji, a przynajmniej o podobnej nie słyszałem. Ja uważam, iż tłumacz powinien przetłumaczyć wulgaryzmy. To osoba mówiąca musiałaby się później z tego tłumaczyć.

Tammar
03-22-2010, 18:17
Robić coś przyzwoicie... A co z "nieprzyzwoitymi" słowami? Co zrobic kiedy osoba, której wypowiedź tłumaczymy, siarczyście klnie? Czy w takiej sytuacji wierne tłumaczenie jest na miejscu? Jakby powiedział Hamlet, oto jest pytanie...:D

Myślę, że jeśli naprawdę "siarczyście" klnie, wtedy tłumaczenie nie jest potrzebne. ;) Ton i mowa ciała zdradzają wszystko...

Ja osobiście miałabym ogromny dylemat w takiej sytuacji. Nie zastąpimy przekleństw czymś neutralnym, bo nikt nie uwierzy w prawdziwość takiego tłumaczenia. Ja jednak starałabym się o złagodzenie tych słów (może nie jest już to kłamstwo, a "mijanie się z prawdą" ;) ), w imię mniejszych szkód wizerunku klienta - jeśli byłaby to osoba publiczna. Klient zwykłe po ochłonięciu żałuje użycia tak ostrych wyrażeń i może mieć żal do tłumacza, choć nie uzasadniony. Przecież każdy bierze za siebie odpowiedzialność. Z drugiej jednak strony taka nieoficjalna umowa między tłumaczem a klientem sprawia, że tłumacz staje się zaufanym profesjonalistą i pozytywnie wpływa na jego wizerunek wśród potencjalnych klientów. Jednakże wyobraźmy sobie taką sytuację : wypowiedź klienta (osoby publicznej, np. polityka) jest nagrywana, emitowana przez tv, wtedy kłamstwo tłumacza będzie szybko odkryte. Tłumacz- kłamca - to nie brzmi dobrze! Dodatkowo pojawia się kwestia etyczna, ale ta pozostaje już w obrębie osobistym .



Natomiast w przypadku tłumaczeń osób prywatnych nie zastanawiałabym się i tłumaczyłabym wulgaryzmy bez żadnych złagodzeń.

oliwka666
03-22-2010, 19:49
A co zrobilibyście w przypadku tłumaczenia na sprawie sądowej? Macie do przetłumaczenia wypowiedź/zeznania zatwardziałego kryminalisty, takiego na którego widok aż ciarki przechodzą po plecach... Tłumaczycie wszelkie wulgaryzmy, czy łagodzicie jego słowa, bo "nie przystoi tak brzydko mówic"???

ewelinamerchel2
03-22-2010, 19:53
Kłamać czy nie kłamać?
Ciekawe zagadnienie. Wiadomo, że ocena jakości tłumaczenia ustnego, dokonywana jest z punktu widzenia odbiorcy. Zatem, aby mógł on dobrze zrozumieć tekst mówiony, tłumaczenie powinno charakteryzować się następującymi parametrami:
1. zrozumiałością,
2. wiernością,
3. spójnością,
4. kompletnością,
5. płynnością,
6. poprawnością gramatyczną,
7. prawidłową wymową.
Jeśli tłumaczenie spełnia te kryteria możemy mówić, że tłumacz podjął ogromny wysiłek w swoją pracę. Mówimy wtedy, że tłumacz spełnia tzw. normy prawdziwego tłumacza, według których powinien on dokładnie odtworzyć oryginał. Prawdziwy tłumacz jest wierny oryginałowi, nie dodaje, nie opuszcza, nie przedstawia swoich własnych myśli i poglądów.
Więc co robić?

ewelinamerchel2
03-22-2010, 20:29
A propos spraw sądowych. Praca tłumaczy podczas przesłuchania obcokrajowców nie należy do najłatwiejszych. Po pierwsze zeznania łącznie mogą zabrać wiele godzin, po drugie tłumacz powinien liczyć się, że takie tłumaczenie jest wyjątkowo trudne z racji psychicznego napięcia. Ważne jest, aby tłumacz zachował zimną krew. Do czego zmierzam, tłumacze mają często do czynienia z przesłuchaniami, podczas których mówi się o makabrycznych zdarzeniach. Tłumacz nie może pozwolić sobie na „kłamstwa”. Rolą tłumacza w takim procesie jest przekazanie prawdy, bez niego nie można by było do niej dotrzeć.

ewelinamerchel2
03-22-2010, 20:59
Tłumaczenie wulgaryzmów, przekleństw, wyzwisk wymaga wielkiego wyczucia ze strony tłumacza, głównie przy określaniu stopnia wulgarności danego terminu czy wyrażenia, który może być różny w różnych językach.
Tłumacząc wulgaryzmy tłumacz musi podjąć się następujących zadań:
1. musi on rozpoznać dany termin jako wulgaryzm,
2. odpowiednio go zaszeregować,
3. wybrać odpowiednik w języku docelowym – unikając z jednej strony odpowiednika bardziej wulgarnego niż oryginał, lub zbyt łagodnego, z drugiej strony.

Tammar
03-22-2010, 21:36
A co zrobilibyście w przypadku tłumaczenia na sprawie sądowej? Macie do przetłumaczenia wypowiedź/zeznania zatwardziałego kryminalisty, takiego na którego widok aż ciarki przechodzą po plecach... Tłumaczycie wszelkie wulgaryzmy, czy łagodzicie jego słowa, bo "nie przystoi tak brzydko mówic"???

Sądzę, że stosowanie eufenizmów w tym przypadku byłoby w pewien sposób kłamstwem. Przecież sąd również ma na względzie to, jaki jest stosunek oskarżonego.

Tammar
03-23-2010, 22:32
Myślę,że tłumacz, który za bardzo wczuje się w rolę i zacznie zbyt wiernie naśladowac styl wypowiadajacej sie osoby nie tylko może wyglądac zabawnie, ale przede wszystkim moze stracic na to zbyt duzo energii, co moze przelozyc sie na niezbyt dobra jakosc tlumaczenia.

Zgadzam się z tym całkowicie. Pokazywanie zbytnich emocji jest ogólnie odbierane jako brak profesjonalizmu. Naśladowanie emocji klienta byłoby nie tyle niepotrzebne, co komiczne.

Mrówka_Zet
03-24-2010, 01:07
Sądzę, że stosowanie eufenizmów w tym przypadku byłoby w pewien sposób kłamstwem. Przecież sąd również ma na względzie to, jaki jest stosunek oskarżonego.

Też tak uważam, ale czy nie lekką przesadą byłoby tłumaczenie każdego przekleństwa, chrząknięcia, wszelkiej wypowiedzi dosłownie? Można delikatnie zasugerować sędziemu, że oskarżony użył określonego przekleństwa, albo po prostu użył niecenzuralnego języka na sali rozpraw.

Mrówka_Zet
03-24-2010, 01:20
Zgadzam się z tym całkowicie. Pokazywanie zbytnich emocji jest ogólnie odbierane jako brak profesjonalizmu. Naśladowanie emocji klienta byłoby nie tyle niepotrzebne, co komiczne.

Chciałbym osobiście być świadkiem takiego tłumaczenia ;) Na pewno niezwykle ryzykowne przedsięwzięcie, tłumacz naraża się nie tylko na śmieszność, ale na bycie posądzonym o osobę będącą niespełna rozumu. Poza tym, takie zachowanie kompletnie zakłóca przekaz , a uwaga słuchacza jest zaburzona, nie wie czy powinien skupić się na "ekspresji" tłumacza czy na mówcy.

Myślę jednak, że w pewnych okolicznościach taki przypadek mógłby mieć miejsce, ale tylko pod warunkiem, że tłumacz doskonale zna osobę, której przekaz tłumaczy i kiedy robił to (z powodzeniem) wcześniej. Tym bardziej, jeśli zamierzeniem takiego tłumaczenia ma być właśnie efekt komizmu (translacja sketchów, komików?)

oliwka666
03-24-2010, 15:25
Chciałbym osobiście być świadkiem takiego tłumaczenia ;) Na pewno niezwykle ryzykowne przedsięwzięcie, tłumacz naraża się nie tylko na śmieszność, ale na bycie posądzonym o osobę będącą niespełna rozumu. Poza tym, takie zachowanie kompletnie zakłóca przekaz , a uwaga słuchacza jest zaburzona, nie wie czy powinien skupić się na "ekspresji" tłumacza czy na mówcy.

Myślę jednak, że w pewnych okolicznościach taki przypadek mógłby mieć miejsce, ale tylko pod warunkiem, że tłumacz doskonale zna osobę, której przekaz tłumaczy i kiedy robił to (z powodzeniem) wcześniej. Tym bardziej, jeśli zamierzeniem takiego tłumaczenia ma być właśnie efekt komizmu (translacja sketchów, komików?)

Moim zdaniem, tłumacz powinien przekazywać tylko treść wypowiedzi i ograniczyć się tylko i wyłącznie do tego zadania. Tłumacz nie jest komikiem i nie musi naśladować osoby, która wypowiada dany tekst... Może jedynie akcentować niektóre części wypowiedzi by nie brzmiała ona zbyt drętwo :)

ewelinamerchel2
03-24-2010, 15:45
jestem w zupełności przekonana, że winą za gafy w rozmowach powinni być obarczani politycy.


Zgadzam się. W pewnym stopniu to polityków powinniśmy obarczać za nasze błędy. Dlaczego tak myślę? Na jednej ze stron internetowych odnalazłam ciekawy artykuł. Dotyczył on wyzwań w tłumaczeniu ustnym. Autor tego artykułu podał ciekawy przykład na to, że to politycy winni są tego, że my tłumacze źle tłumaczymy słowo słyszane. Mniej więcej sytuacja wygląda tak.

Lech Wałęsa brał udział w uroczystości, która miała miejsce w Berlinie 9 listopada
z okazji upamiętnienia upadku Muru Berlińskiego. Wałęsa, w swoim przemówieniu, odniósł się do swoich przedmówców i stwierdził: „Jeśli będziemy opowiadać takie dyrdymały o politykach, że odnieśli oni zwycięstwo, to Europa czeka na następną nauczkę, po której się może podniesie”.

A co słyszą przywódcy krajów europejskich zgromadzeni na uroczystości, słyszą tłumaczenie Huberta Wolana, który zdecydował się przetłumaczyć słowo „dyrdymały” jako banalność, trywialność.

Wałęsa zdawał sobie sprawę z niemożliwości dosłownego przełożenia jego wypowiedzi i trudności przed jaką postawił tłumacza, dlatego postanowił sprostować: „Nie miałem dobrego słowa w tym momencie. Chciałem powiedzieć, że opowiadają banialuki.”

HA, HA. Owe banialuki to także trudne słowo do przekładu. Słownika Języka Polskiego podaje, że banialuki to brednie, niedorzeczności.

Tak więc można by rzec, że tłumaczenie jakiego dokonał Hubert Wolan było w 100% uzasadnione.

ewelinamerchel2
03-24-2010, 15:59
„Z konieczności przełożenia danego tekstu wynika konieczność dokonywania wyborów. I tutaj tkwi odpowiedzialność tłumacza.” – Edmond Cary.

Nie jest łatwo zatem być tłumaczem ustnym.

Mam nadzieję, że to hasło utkwi w waszych głowach, gdyż jest niewątpliwie ważne dla nas przyszłych tłumaczy, jak i tych co wykonują swoją procesje od dawna. Moim zdaniem niezwykle ważne jest, aby tłumacze dokonywali odpowiednich wyborów podczas tłumaczenia. Na pewno spowoduje to, że mniej tłumaczy będzie popełniać błędy.

Tammar
03-24-2010, 17:12
„Z konieczności przełożenia danego tekstu wynika konieczność dokonywania wyborów. I tutaj tkwi odpowiedzialność tłumacza.” – Edmond Cary.

Zastanowiło mnie to, co przedtem pisaliśmy i ten cytat... Doszłam do kilku wniosków:

1- tłumacz ustny musi niezwykle szybko myśleć zachowując odpowiednią stylistykę i znajdując w przeciągu sekund (albo ułamków sekund!) jak najlepsze odpowiedniki w języku docelowym;
2- praca tłumacza ustnego wymaga ogromnej wiedzy i doświadczenia;
3- również zdolności szybkiego podejmowania decyzji;
4- odporności na stres (zwłaszcza tłumacząc dla np. polityków, sądu itp.);
5- należy wzbudzać zaufanie klienta poprzez zdobyte rekomendacje, ogólną dobrą opinię oraz reprezentatywność (dobre maniery, stosowny, profesjonalny sposób zachowywania się, schludny wygląd);
6- należy być niezwykle odpowiedzialną osobą;
7- nie można okazywać nadmiernie emocji .

Tak więc - dużo pracy przed nami ;)
Może ktoś może dodać jeszcze coś do listy?

Mrówka_Zet
03-24-2010, 17:53
Zastanowiło mnie to, co przedtem pisaliśmy i ten cytat... Doszłam do kilku wniosków:

1- tłumacz ustny musi niezwykle szybko myśleć zachowując odpowiednią stylistykę i znajdując w przeciągu sekund (albo ułamków sekund!) jak najlepsze odpowiedniki w języku docelowym;
2- praca tłumacza ustnego wymaga ogromnej wiedzy i doświadczenia;
3- również zdolności szybkiego podejmowania decyzji;
4- odporności na stres (zwłaszcza tłumacząc dla np. polityków, sądu itp.);
5- należy wzbudzać zaufanie klienta poprzez zdobyte rekomendacje, ogólną dobrą opinię oraz reprezentatywność (dobre maniery, stosowny, profesjonalny sposób zachowywania się, schludny wygląd);
6- należy być niezwykle odpowiedzialną osobą;
7- nie można okazywać nadmiernie emocji .

Tak więc - dużo pracy przed nami ;)
Może ktoś może dodać jeszcze coś do listy?

Dodałbym umiejętną organizację pracy (sporządzanie bieżących notatek, przypisów etc w jak najkrótszym okresie czasu) i odporność na zmęczenie nie tylko psychiczne ale też fizyczne (co normalne przy długim czasie pracy i konieczności ciągłego używania organów mowy)

Mrówka_Zet
03-24-2010, 18:14
.

A co słyszą przywódcy krajów europejskich zgromadzeni na uroczystości, słyszą tłumaczenie Huberta Wolana, który zdecydował się przetłumaczyć słowo „dyrdymały” jako banalność, trywialność.

Wałęsa zdawał sobie sprawę z niemożliwości dosłownego przełożenia jego wypowiedzi i trudności przed jaką postawił tłumacza, dlatego postanowił sprostować: „Nie miałem dobrego słowa w tym momencie. Chciałem powiedzieć, że opowiadają banialuki.”

HA, HA. Owe banialuki to także trudne słowo do przekładu. Słownika Języka Polskiego podaje, że banialuki to brednie, niedorzeczności.

Tak więc można by rzec, że tłumaczenie jakiego dokonał Hubert Wolan było w 100% uzasadnione.

Rzeczywiście trudno jest mieć pretensje w tym przypadku do tłumacza. Z reguły, wypowiedzi Wałęsy są często niezrozumiałe w języku polskim, nie mówiąc już o próbie ich tłumaczenia ;) Wypowiedź Wałęsy podyktowana była (jak zwykle z resztą) emocjami i marginalizacją jego roli i roli solidarności nie tyle w uroczystościach co w samych wydarzeniach, które doprowadziły do upadku muru berlińskiego. Czytałem z resztą , że nie zrozumiano Wałęsy na uroczystościach i nikt nie przyłożył do tego większej uwagi, a telewizja BBC nie pofatygowała sie nawet umieścić tłumaczenia jego wypowiedzi. Efektami przekładu H. Wolana przejęli się więc tylko Polacy.

kasialasia19
03-24-2010, 19:08
"Nowa teoria narodziła się z polityki i obserwacji tłumaczenia ustnego. Jest ono łatwiejsze to zanalizowania niż tłumaczenie pisemne, bo jest to pierwszy odruch, tłumaczenie jakby nie oczyszczone, nie poddane żadnym zabiegom postredakcyjnym. Dobre tłumaczenie ustne odzwierciedla dokładnie proces całego przekładu." - D. Seleskovitch.
Z tego cytatu można wyciągnąc wnioski, iż podczas tłumaczenia ustnego istnieje mniejsze ryzyko kłamstwa niż w przypadku tłumaczenia pisemnego. Dzieje się tak dlatego,że podczas tłumaczenia pisemnego tłumacz ma więcej czasu na ewentualną zmianę interpretacji, wynikiem której może byc niewierny przekład. Procesy redukcji i amplifikacji są bardziej prawdopodobne niż przy tłumaczeniu ustnym, gdzie tłumacz nie ma czasu na selekcję faktów tylko tłumaczy na bieżąco wszystko co usłyszy.

kasialasia19
03-24-2010, 19:13
Warto tez podkreślic, iż praktyka tłumaczenia ustnego wykazała, że jest to proces, który nie przebiega między językamii, a dotyczy sensu. W tłumaczeniu ustnym parametry czasowo-przestrzenne produkcji tekstu i jego tłumaczenia pokrywają się. Istnieje możliwośc, np. w tłumaczeniu konsekutywnym, rozwiania pewnych niejasności, dwuznaczności, wielości interpretacyjnych. Ale trudnością na pewno jest tempo przebiegu tłumaczenia, niemożnośc skorzystania w danym momencie ze źródeł informacji, np. dokumentacji czy słowników.

kasialasia19
03-24-2010, 19:19
Aby mozliwośc kłamstw lub złych interpretacji została zredukowana do minimum tłumacz ustny powinien posidac takie cechy jak:
- absolutna dwujęzycznośc
-dobry słuch
-dobra dykcja
-przyjemny tembr głosu
- wspaniała pamiec tzw "krótka"
-odpornośc fizyczna i nerwowa
-szeroka wiedza encyklopedyczna
-łatwośc uczenia się i adaptacji

kasialasia19
03-24-2010, 20:25
"Zarówno w tłumaczeniu ustnym, jak i pisemnym rozumiec to znaczy interpretowac (...), a więc działania tłumacza w każdym typie przekładu przechodzą przez podobne fazy: od tekstu do sensu i od sensu do tekstu". - M. Lederer
Wnioskując, niezależnie od takich czy innych dodatkowych trudności czy ułatwień operacje przekładowe w teorii interpretacyjnej są zawsze podobne: rozumienie - dewerbalizacja - reekspresja.
Jak widzimy są to aż trzy zależne od siebie procesy, a w każdym z nich może pojawic się pomyłka czy też błąd co w pewnym stopniu może usprawiedliwiac kłamstwo tłumacza.

kasialasia19
03-24-2010, 20:34
Czasem kłamstwa tłumaczy wynikają również z faktu, że literatura rodzima nie jest gotowa na przyjęcie kontrowersyjnych tematów obecnych w oryginale i tłumacz to trochę ułagadza. Przekładając literaturę obcą tłumacz musi miec na uwadze poziom ogólnego rozwoju odbiorcy docelowego. Wybór translatorski jest zawsze selekcją, który dokonuje się w ramach tradycji innej kultury.

Tammar
03-24-2010, 20:55
Czasem kłamstwa tłumaczy wynikają również z faktu, że literatura rodzima nie jest gotowa na przyjęcie kontrowersyjnych tematów obecnych w oryginale i tłumacz to trochę ułagadza. Przekładając literaturę obcą tłumacz musi miec na uwadze poziom ogólnego rozwoju odbiorcy docelowego. Wybór translatorski jest zawsze selekcją, który dokonuje się w ramach tradycji innej kultury.

To całkowicie usprawiedliwione działanie. Na przykład mogę dać problematyczne nazwy tradycyjnych potraw(np. śląskie makówki albo moczka). Bo jak przetłumaczyć nazwę potrawy, która nie ma odpowiednika w języku docelowym? Zastąpienie nazwy opisem byłoby nieestetyczne.

Mrówka_Zet
03-24-2010, 22:25
Z tego cytatu można wyciągnąc wnioski, iż podczas tłumaczenia ustnego istnieje mniejsze ryzyko kłamstwa niż w przypadku tłumaczenia pisemnego. Dzieje się tak dlatego,że podczas tłumaczenia pisemnego tłumacz ma więcej czasu na ewentualną zmianę interpretacji, wynikiem której może byc niewierny przekład. Procesy redukcji i amplifikacji są bardziej prawdopodobne niż przy tłumaczeniu ustnym, gdzie tłumacz nie ma czasu na selekcję faktów tylko tłumaczy na bieżąco wszystko co usłyszy.


Zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale trzeba też podkreślić, że wszystko zależy od kontekstu i sytuacji. Bezpośrednie zmiany w wystąpieniu tłumaczonym na bieżąco są niezwykle ryzykowne, gdyż efekt pracy tłumacza może być w bardzo łatwy sposób zweryfikowany. Im większa ranga i szersze audytorium, tym ryzyko to jest większe, a wszelkie kontrowersyjne zmiany będą szybko "napiętnowane". Pokusa manipulacji otwiera się przed tłumaczem, kiedy mówca posługuje się językiem egzotycznym, a audytorium jest niezwykle wąskie, ranga wydarzenia niezbyt duża, ryzyko wykrycia zmian jest wtedy o wiele mniejsze.

Można też dodać, że sama "manipulacja" znaczeniem może odnosić się także do przemilczania niektórych części wypowiedzi, pozostawienie "białych plam" tłumaczenia w taki sposób, w którym słuchacz nie mógłby nabrać żadnych podejrzeń.

Myślę, że przyczyny stosowania takich wynikają zwykle albo z niekompetencji tłumacza, zwykłego zmęczenia fizycznego i psychicznego, braku koncentracji, lub lenistwa. Celowa manipulacja choćby ze względów politycznych jest w dzisiejszych czasach o wiele trudniejsza, gdyż zbyt duża liczba osób zajmujących ważne stanowiska posługuje się więcej niż własnym językiem ojczystym, a wszelkie wypowiedzi i konferencje są rejestrowane, umożliwiając późniejszą weryfikację tłumaczenia.

Tammar
03-25-2010, 06:50
To całkowicie usprawiedliwione działanie. Na przykład mogę dać problematyczne nazwy tradycyjnych potraw(np. śląskie makówki albo moczka). Bo jak przetłumaczyć nazwę potrawy, która nie ma odpowiednika w języku docelowym? Zastąpienie nazwy opisem byłoby nieestetyczne.

Odnośnie wyrazów nieprzetłumaczalnych, znalazłam interesującą pracę w internecie:

http://dspace.fsktm.um.edu.my/bitstream/1812/410/1/THESIS.pdf

strony: 58, 96-100

oliwka666
03-25-2010, 10:49
To całkowicie usprawiedliwione działanie. Na przykład mogę dać problematyczne nazwy tradycyjnych potraw(np. śląskie makówki albo moczka). Bo jak przetłumaczyć nazwę potrawy, która nie ma odpowiednika w języku docelowym? Zastąpienie nazwy opisem byłoby nieestetyczne.

Zgadzam się, że przetłumaczenie nazw tradycyjnych poraw danego kraju jest bardzo trudne i być może zastąpienie nazwy opisem nie wygląda zbyt estetycznie, ale czasem tłumacz nie ma wyjścia i musi posłużyc się taką taktyką...

oliwka666
03-25-2010, 11:07
Największymi problemami językowymi w procesie tłumaczenia są: dielekty, gwara, neologizmy, nieznane idiomy, niezrozumiały żargon itp. A co z w sytuacji opowiadania dowcipów? Przecież każdy kraj ma inną mentalność i na ten przykład Polacy śmieją się z zupełnie innych rzeczy niż Anglicy. Pomyślcie jak trudno jest przetłumaczyć dowcip tak by był on zrozumiały i za razem śmieszny dla obcokrajowca :)

Tammar
03-25-2010, 15:18
Największymi problemami językowymi w procesie tłumaczenia są: dielekty, gwara, neologizmy, nieznane idiomy, niezrozumiały żargon itp. A co z w sytuacji opowiadania dowcipów? Przecież każdy kraj ma inną mentalność i na ten przykład Polacy śmieją się z zupełnie innych rzeczy niż Anglicy. Pomyślcie jak trudno jest przetłumaczyć dowcip tak by był on zrozumiały i za razem śmieszny dla obcokrajowca :)

Myślę, że w większości przypadków aby żart był śmieszny trzeba by było zmienić jego płaszczyznę semantyczną tak bardzo, że stałby się innym żartem. :) Z kolei tłumaczenie obcokrajowcom poszczególnych elementów właściwych danej kulturze odbierałoby dowcipność. Dobrze, że istnieją uniwersalne żarty o blondynkach. ;)

ania6061
08-24-2011, 01:44
Kiedyś trafiłam na artykuł, w którym tłumacz opowiadał jak to starając się załagodzić sytuację nie oddał całości znaczenia słów polityka.
Również zastanawia mnie bardzo na ile tłumacz ma prawo lub powinien ingerować w rozmowę. Z jednej strony każdy indywidualnie i adekwatnie do sytuacji musi wywnioskować czy konflikt może lub powinien być zaniechany. Z drugiej strony decyzja o zmianie słów może być podyktowana choćby indywidualnymi poglądami politycznymi. W takim wypadku myślę, że lepiej aby tłumacz był osobą prawidłowo i dosłownie przekazującą tłumaczoną treść a jej układanie pozostawił np. politykom.

Kamcia191
08-28-2011, 21:09
Trudno jest czasami przetłumaczyć coś wiernie, gdyż nie ma odpowiedników w języku ojczystym. Z drugiej strony stylistyka danego języka wymaga od tłumacza dokonania pewnych zmian. Czasami mogą one znacznie odlegać od oryginału, ale naistotniejsze aby oddawały sens i założenia autora.
Jeśli chodzi o tłumaczenia ustne to trzeba przyznać, że np. niektóre wypowiedzi polityków wydają się nieprzetłumaczalne na język obcy. Tłumacz słysząc błędy osoby, którą ma tłumaczyć nie ma możliwości ich przekazania choćby nawet chciał. Dlatego też często niektórzy politycy pozytywnie są odbierani za granicą ze względu na to, że język tłumacza nie zawiera żadnych lapsusów językowych czy błędów gramatyczno-stylistycznych. Czasami jednak tłumacze nie rozumieją intencji nadawcy przez co przekazują błędny komunikat.
Dlatego też zawsze powtarzam, że tłumacz wciąż musi się uczyć, praktykować i odnajdywać kontekst danej sytuacji:)

monikapanunik
08-28-2011, 22:06
Przy tłumaczeniach środowiskowych często spotykam się z tym, że klienci odpowiadają nie na temat. Zdarza się to często podczas przesłuchań na policji czy zwykłych wizyt w przychodni. Czy należy mówić klientowi, aby trzymał się pytań? Czy powinnyśmy ingerować i informować np. funkcjonariusza policji, prawnika czy też lekarza, że klient nie trzyma się pytań i mówi nie na temat aby nie pomyślano, że to my źle przetłumaczyliśmy pytanie?

joko
09-12-2011, 20:28
Ja myślę, że tłumacz tłumaczy to co słyszy, a funkcjonariusz powinien dopytać, jeśli odpowiedź go nie satysfakcjonuje.

Asia S.
09-13-2011, 10:15
Myślę, że tłumacz może troszkę "podrasować" wypowiedź mówcy, jeśli mówi on/ona nieskładnie i popełnia błędy stylistyczne. Oczywiście tłumacz nie może w zbyt dużym stopniu modyfikować słów mówcy, gdyż może w ten sposób całkowicie zmienić sens wypowiedzi.