View Full Version : bon moty, śmiesznostki, zgrabne wyrażenia - jeszcze o nieprzetłumaczalności
Wiadomo, że często mamy w przekładzie do czynienia z takim zastosowaniem języka, że "na chłopski rozum" nie da się tego przetłumaczyć. Na ogół stosuje się wtedy przyp. tłum. i nieśmiertelne "nieprzetłumaczalna gra słów". Ciekawa jednak jestem, czy jeśli tekst jest bardzo naszpikowany takimi dowcipami językowymi, skojarzeniami zrozumiałymi tylko dla odbiorcy danej kultury, warto jednak spróbować podjąć wyzwanie i wymyślić coś podobnego w języku docelowym, albo może przynajmniej znaleźć takie zgrabne wyrażenia, które co prawda nie oddadzą dosłownie tego, co autor chciał, ale są dość bliskie znaczeniowo? Czy uważacie, że takie próby są z góry skazane na niepowodzenie? Czy traktujecie "gwiazdki" i "przyp.tłum-y" jako coś w rodzaju porażki?
trudno powiedziec ale przypomina mi sie, ze niedawno widzialam najnowszą cześć Star Treku w którym to Spock - pochochący z planety Vulcan - jest tłumaczony jako Wulkanista... i nie mogę się zdecydować czy to bliżej komunisty czy traktorzysty ...:D
Mimo iż nie każdy sprosta temu wyzwaniu to myślę, że warto podejmować próby "tłumaczenia nieprzetłumaczalnego",bo związany z tym wysiłek może zostać nagrodzony ogromną satysfakcją.
Myślę tutaj o zupełnie surrealistycznej, pełnej absurdów, parodii, gier słownych, wierszyków i neologizmów "Alicji w Krainie Czarów", która doczekała się przecież różnych przekładów, zarówno tych zinfantylizowanych jak i tych wybitnych, zachowujących walory artystyczne i finezję oryginału.
Przytoczę tu fragment wywiadu z autorką najnowszego przekładu, Bogumiłą Kaniewską, na jaki natknęłam się na portalu wp.pl:
"Język polski różni się od angielskiego właściwościami. Okazało się, że w niektóre zabawy słowne Carrolla przystają do właściwości polszczyzny - fantastycznie tłumaczyło mi się na przykład rozmowę Alicji i Humptego Dumptego, ale już np. Podwieczorek u Kapelusznika okazał się dużo trudniejszy. Osobnym problemem jest przekładanie imion i nazw własnych z Alicji w Krainie Czarów. To zagadnienie doczekało się całej wielkiej literatury przedmiotu, co tłumacz, to inna koncepcja".
Popularność tego przekładu i wydania (książki nie można już dostać w księgarniach!!!) moim zdaniem świadczy o tym, iż w tym przypadku tłumaczenie nieprzetłumaczalnego powiodło się :)
Tłumaczenie nieprzetłumaczalnego może się powieźć pod jednym warunkiem:
osoba tłumacząca musi się wykazać:
a) znajomością niuansów nie tylko języka z którego przekłada, ale także
b) znajomością tematyki tekstu
c) wyobraźnią
d) (last but not least) chęciami.
Niedawno miałem przyjemność ( przeogromną) czytać przekład z języka angielskiego pewnej normy.
Żeby nie zanudzać, chodziło o klasyfikację poziomu bezpieczeństwa związanego z awarią urządzeń i trochę się zdziwiłem gdy doszedłem do zwrotu: sytuacje typu "Bliskie nietrafienia".
Rozumiem, ze po angielsku to brzmi fajnie, ale po polsku to już niekoniecznie.
Inżynier (o ile zna trochę lepiej język) pewnie zrozumie choć niekoniecznie bez kłopotów, bo normy to ogólnie nie za lekkie lektury.
Można się było postarać bardziej, choćby wkomponować jakoś zwrot "o włos".
Nie wiem, czy chodzi tu dokładnie o tłumaczenie literackie, czy tłumaczenie w ogólności, ale na pewno formą zmuszającą do poszukiwań jest dubbing filmowy. Nie można tu zrobić ani przypisu, ani ująć czegoś w formę opisową, bo wszystko musi ze sobą współgrać w czasie. Dlatego jest to ogromne pole do popisu dla tłumaczy, którzy bardzo często genialnie wywiązują się z zadania, sprawiają, że film jest bliższy odbiorcy. Szczególnie naszpikowany tego typu dowcipami czy skojarzeniami jest "Asterix i Obelix Misja Kleopatra", mamy tu do czynienia z francuskim kręgiem kulturowym. I tak, kiedy bohaterowie płyną do Aleksandrii, śpiewają - a propos przekąszenia czegoś małego - o "barakudzie" z popularnej we Francji piosenki dla dzieci "Petit poisson" ("Mała rybka"). W polskiej wersji mamy "pieczone korale" - oczywiste, poprzez parafrazę tytułu i melodię, jest nawiązanie do popularnej piosenki zespołu Brathanki, a jednocześnie przekład nie odchodzi zbyt daleko od tematyki marynistycznej. Innym przykładem z tego samego filmu jest imię bohaterki Idei. W wersji francuskiej mamy Itinéris - nazwę bodajże pierwszego francuskiego operatora telefonii komórkowej, a więc ten element znaczeniowy zostaje zachowany (ma to wpływ na wszystkie przyległe dialogi), przy jednoczesnym przybliżeniu tego sensu odbiorcy. Poza tym, imię Idea doskonale pasuje do tak przedsiębiorczej i pomysłowej postaci. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Próba przetłumaczenia nieprzetłumaczalnego, zdawałoby się, jest w tej sytuacji wręcz koniecznością, elementem, bez którego nie oglądałoby się dubbingowanego filmu nawet w połowie tak dobrze.
trudno powiedziec ale przypomina mi sie, ze niedawno widzialam najnowszą cześć Star Treku w którym to Spock - pochochący z planety Vulcan - jest tłumaczony jako Wulkanista... i nie mogę się zdecydować czy to bliżej komunisty czy traktorzysty ...:D
Dobrze, że nie 'Wulkanizator'
trudno powiedziec ale przypomina mi sie, ze niedawno widzialam najnowszą cześć Star Treku w którym to Spock - pochochący z planety Vulcan - jest tłumaczony jako Wulkanista... i nie mogę się zdecydować czy to bliżej komunisty czy traktorzysty ...:D
Całkiem podobnie wyglądała sprawa tłumaczenia "Władcy Pierścieni" w wykonaniu Łozińskiego. W tłumaczeniu nazw, imion i nazwisk fajnie jest znaleźć polski odpowiednik, ale nie może on być śmieszny - jeśli się nie da, najlepiej zostawić wersję oryginalną. Moim ulubionym przykładem jest Łazik - w czasach, kiedy Łoziński wykonywał tłumaczenie, zapewne nikt nie słyszał o łazikach na Marsie, niemniej jednak taki przydomek odebrał bohaterowi całe męstwo. Chwała Skibniewskiej za zrobienie z Łazika Obieżyświata :)
maryjanable
08-02-2011, 11:59
Dobrym przykładem jest też serial 'Californication', w którym znajdziemy mnóstwo zwrotów, wyrażeń, których przetłumaczenie jest wręcz niemożliwe. Nie oglądałem tego serialu w wersji z polskim lektorem, więc nie wiem jak tłumacze poradzili sobie z tym problemem :p
W tłumaczeniu nazw, imion i nazwisk fajnie jest znaleźć polski odpowiednik, ale nie może on być śmieszny - jeśli się nie da, najlepiej zostawić wersję oryginalną.
Zgadzam się, że nazwisk czy nazw generalnie nie trzeba specjalnie tłumaczyć, ale jeśli są to nazwy znaczące, istotne w jakimś stopniu dla fabuły, to można. Mamy u Skibniewskiej przecież i Gadzi Język (Wormtongue), i Brandywinę (Brandywine), ale już na przykład kiedy Frodo przedstawia się fałszywym nazwiskiem Underhill, to nic się nie dzieje. A przecież nie wypowiada tego dla samego nazwiska, tylko chce ukryć swoją tożsamość. Jest w zasadzie kimś, kto mieszka we wnętrzu pagórka czy też pod nim, dlatego pewnie taka nazwa przychodzi mu do głowy. Przypomina to też trochę sytuację, gdy ktoś przedstawia się jako Nowak czy Kowalski, dlatego akurat słowo Underhill jako nazwa znacząca powinno zostać przetłumaczone. Ot choćby jako pan Podgórski albo Podgórny.
BlueMoon
08-02-2011, 14:28
Uważam, że to czy tłumacz zdecyduje się na jakąś zgrabną parafrazę czy gwiazdkę zależy w znacznej części od tego, z jakim rodzajem tekstu pracuje. Jeśli jest to tekst o charakterze rozrywkowym, jestem zdecydowanie za przekształceniem żartu czy gry słownej w taki sposób, aby były zrozumiałe dla odbiorcy. Posłużę się przykładem z II części przygód Shreka. W wersji oryginalnej filmu w rozmowie z recepcjonistą w fabryce magicznych napojów Shrek z przyjaciólmi przedstawiają się jako reprezentacja związków zawodowych.Recepcjonista skarży się, że pracownicy nie mają ubezpieczenia pokrywającego koszty leczenia zębów. Tymczasem w wersji polskiej Shrek jest z Sanepidu, a w toalecie magicznej fabryki skończył się papier toaletowy. Związki zawodowe istnieją zarówno w polskim jak i anglojęzycznym kręgu kulturowym, jednakże z uwagi na ich rolę historycną w polskim społeczeństwie mogłoby być źle widziane, gdyby stały się obiektem żartów. Sądzę, że z tego powodu tłumacz wybrał inną dobrze znaną instytucję, która jest postrachem pracodawców. Z kolei ubezpieczenie dentystyczne stanowi w Ameryce Północnej dodatkowy element wynagrodzenia pracownika, kóry jest dodawany przez dobre firmy. Nie ma odpowiednika w polskich realiach. Brak papieru w toalecie w żaden sposób nie jest równoznaczny z brakiem ubezpieczenia dentystycznego, ale dosadnie wskazuje na brak troski o pracowników, a taka była idea tego krótkiego dialogu. Dosłowne tłumaczenie dla wielu widzów mogłoby być niezrozumiałe i pogrzebałoby cały komizm.
Gdyby jednak tekst ten miał poważny charakter, dotyczył sytuacji pracowników danego zakładu pracy, tłumacz nie mółby dokonywać oczywiście takich zmian. W zależnoiści kim jest odbiorca docelowy tekstu gwiazdka z wyjaśnieniem różnic kulturowych mogłaby się okazać potrzebna.
BlueMoon
08-02-2011, 14:46
Zastanawiam się też nad tym, czy warto czasem na siłę tworzyć polskie odpowiedniki. Lubię słowo "klikać" i nie mam wątpliwości, co oznacza. Tymczasem co pewien czas spotykam inne
odpowiedniki, np. wyrażenie "tupnij myszką" albo "stuknij". Wydaje mi się to sztuczne i niepotrzebne.
Zastanawiam się też nad tym, czy warto czasem na siłę tworzyć polskie odpowiedniki. Lubię słowo "klikać" i nie mam wątpliwości, co oznacza. Tymczasem co pewien czas spotykam inne
odpowiedniki, np. wyrażenie "tupnij myszką" albo "stuknij". Wydaje mi się to sztuczne i niepotrzebne.
Mam wrażenie, że to efekt próby przystosowania angielskich terminów do języka polskiego (od angielskiego "tap"). Mimo to, wygrało kliknąć, chociaż teraz "stuknięcia" używa się w odniesieniu do wszelkiego rodzaju paneli dotykowych, także tych, które spełniają rolę myszki w laptopach.
Co do nieprzetłumaczalnych bon-motów, to nasuwa mi się przykład "Paragrafu 22". Angielski tytuł "Catch-22", który w sumie już się zleksykalizował, mieści w sobie o wiele większe bogactwo znaczeniowe. "Catch" to pułapka, haczyk - samo słowo konotuje jakieś niebezpieczeństwo i podstęp, który w dodatku staje się usystematyzowaną i numerowaną regułą. Moim zdaniem "paragraf" jest odczuwane jako bardziej neutralne. Nie sądzę jednak, żeby dało się to wyrazić lepiej. Nie pasuje tu ani "hak", ani tym bardziej "kruczek", który jest najbliższy znaczeniowo.
Żaden przypis i gwiazdki nie są tu potrzebne, bo tak czy inaczej wytłumaczenie zawiera się w fabule.
trochę się zdziwiłem gdy doszedłem do zwrotu: sytuacje typu "Bliskie nietrafienia".
Rozumiem, ze po angielsku to brzmi fajnie, ale po polsku to już niekoniecznie.
Można się było postarać bardziej, choćby wkomponować jakoś zwrot "o włos".
Ja bym poszedł tu na łatwiznę i dał "prawie-awaria", "prawie-wypadek", itp. W moim odczuciu, brzmi podobnie humorystycznie jak "near miss".:)
Underhill jako nazwa znacząca powinno zostać przetłumaczone. Ot choćby jako pan Podgórski albo Podgórny.
100% racji! Sama się dziwiłam, że Skibniewska przeważnie tłumacząc angielskie nazwy/nazwiska, to akurat zostawiła w spokoju, kiedy nie dość, że ma znaczenie, to też znalezienie odpowiednika nie jest zbyt wielką sztuką. Chociaż znowu przypomina mi się mistrz Łoziński: Sam Gaduła (to może jeszcze by uszło w tłumie) i Bilbo Bagosz (wtf?!). Dlatego powtarzam jeszcze raz: najważniejsze nie popaść w pułapkę śmieszności.
Uważam, że to czy tłumacz zdecyduje się na jakąś zgrabną parafrazę czy gwiazdkę zależy w znacznej części od tego, z jakim rodzajem tekstu pracuje. Jeśli jest to tekst o charakterze rozrywkowym, jestem zdecydowanie za przekształceniem żartu czy gry słownej w taki sposób, aby były zrozumiałe dla odbiorcy. Posłużę się przykładem z II części przygód Shreka. W wersji oryginalnej filmu w rozmowie z recepcjonistą w fabryce magicznych napojów Shrek z przyjaciólmi przedstawiają się jako reprezentacja związków zawodowych.Recepcjonista skarży się, że pracownicy nie mają ubezpieczenia pokrywającego koszty leczenia zębów. Tymczasem w wersji polskiej Shrek jest z Sanepidu, a w toalecie magicznej fabryki skończył się papier toaletowy. Związki zawodowe istnieją zarówno w polskim jak i anglojęzycznym kręgu kulturowym, jednakże z uwagi na ich rolę historycną w polskim społeczeństwie mogłoby być źle widziane, gdyby stały się obiektem żartów. Sądzę, że z tego powodu tłumacz wybrał inną dobrze znaną instytucję, która jest postrachem pracodawców. Z kolei ubezpieczenie dentystyczne stanowi w Ameryce Północnej dodatkowy element wynagrodzenia pracownika, kóry jest dodawany przez dobre firmy. Nie ma odpowiednika w polskich realiach. Brak papieru w toalecie w żaden sposób nie jest równoznaczny z brakiem ubezpieczenia dentystycznego, ale dosadnie wskazuje na brak troski o pracowników, a taka była idea tego krótkiego dialogu. Dosłowne tłumaczenie dla wielu widzów mogłoby być niezrozumiałe i pogrzebałoby cały komizm.
Gdyby jednak tekst ten miał poważny charakter, dotyczył sytuacji pracowników danego zakładu pracy, tłumacz nie mółby dokonywać oczywiście takich zmian. W zależnoiści kim jest odbiorca docelowy tekstu gwiazdka z wyjaśnieniem różnic kulturowych mogłaby się okazać potrzebna.
Nie jest to spowodowane obawą że żąrt ze związków zawodowych byłby źle widziany. Według mnie jedyną rolę grała tu kwestia rozpoznawalności tematu
Jedyną rolę grała tu kwestia rozpoznawalności tematu związki zawodowe nie mają tu nic do tego
Przepraszam za rozległy cytat i powtórzenie posta ... zmęczenie:)
Ja bym poszedł tu na łatwiznę i dał "prawie-awaria", "prawie-wypadek", itp. W moim odczuciu, brzmi podobnie humorystycznie jak "near miss".:)
Zgadzam się, trzeba tylko jeszcze to powiedzieć tłumaczom zajmującym się przekładem takich dokumentów.
klementyna
08-02-2011, 23:23
Myślę, że w sytuacji faktycznej niemocy czy niemożności przekładu, tłumacz na niemal obowiązek wyjaśnić czetelnikom w czym rzecz, jeśli wpływać to może na rozumienie tekstu. W związku z tym wszelkie przypisy od tłumacza, etc. mają naturalną rację bytu i nie jest to żadną oznaką słabości warszatu, wręcz przeciwnie, świadczą o trosce o płynność tekstu, o świadomości językowej, o wrażliwości kulturowej.
Zresztą, nie do końca wierzę w nieprzetłumaczalne, a Wy?
Oczywiście, w pewnych sytuacjach nie można zrezygnować z przypisu, ale trzeba pamiętać, żeby nie było ich zbyt dużo, bo każdy z nich zmusza czytelnika do przeniesienia uwagi na odrębny wycinek informacji (na dole strony lub, co najgorsze, na końcu książki). Równie dobrze można tekst opatrzyć jakąś przedmową,gdzie różne niezrozumiałe dla czytelnika kwestie będą mniej więcej wyjaśnione, gdzie opisane będzie tło społeczno-kulturowe itp. Dla odbiorcy z kręgu kultury zachodniej (czy jakiejkolwiek innej) tekst należący do tej samej kultury nie będzie aż tak niezrozumiały, jak dla kogoś spoza niej. Najtrudniejsze do tłumaczenia są chyba jednak te elementy, które zasadzają się jakiejś zabawnej opozycji fonetycznej czy na innych właściwościach samego systemu języka. Różne języki posługują się zróżnicowanymi kategoriami gramatycznymi, które są w różnym stopniu nacechowane semantycznie.
BlueMoon
08-03-2011, 12:30
Niedawno miałem przyjemność ( przeogromną) czytać przekład z języka angielskiego pewnej normy.
Żeby nie zanudzać, chodziło o klasyfikację poziomu bezpieczeństwa związanego z awarią urządzeń i trochę się zdziwiłem gdy doszedłem do zwrotu: sytuacje typu "Bliskie nietrafienia".
Rozumiem, ze po angielsku to brzmi fajnie, ale po polsku to już niekoniecznie.
Inżynier (o ile zna trochę lepiej język) pewnie zrozumie choć niekoniecznie bez kłopotów, bo normy to ogólnie nie za lekkie lektury.
Można się było postarać bardziej, choćby wkomponować jakoś zwrot "o włos".[/QUOTE]
Dosłowne tłumaczenie faktycznie jest trochę dziwaczne, ale dodanie "o włos" jest mało profesjonalne w tłumaczeniu technicznym, gdzie liczy się precyzja i konkret. Myślę, że analiza kontekstu tego wyrażenia mogłaby podpowiedzieć dobór odpowiednich słów.
BlueMoon
08-03-2011, 12:47
Myślę, że problem "nieprzetłumaczalnego " dotyczy nie tylko tekstów literackich. Tłumaczyłam kiedyś techniczny artykuł, w którym powoływanio się na klasyfikację pewnych norm obowiązującą jedynie w Polsce. Autor tekstu nie miał pojęcia, że w państwach anglojęzycznych obowiązują inne normy (wiem, bo pytałam).
Myślę, że problem "nieprzetłumaczalnego " dotyczy nie tylko tekstów literackich. Tłumaczyłam kiedyś techniczny artykuł, w którym powoływanio się na klasyfikację pewnych norm obowiązującą jedynie w Polsce. Autor tekstu nie miał pojęcia, że w państwach anglojęzycznych obowiązują inne normy (wiem, bo pytałam).
Jednak tu chyba nie chodzi o nieprzetłumaczalność. Skoro otrzymałaś tekst opisujący polskie normy, to prawdopodobnie choćby w ich nazwie było zaznaczone, że są one polskie. Czytelnik tekstu w języku docelowym nie miał więc nawet prawa pomyśleć, że powołujesz się na normy angielskie ;)
Ciekawe przykłady gry słownej, zgrabnych lub tzw. nieprzekładalnych wyrażeń można znaleźć w wielu filmach, na przykład w omawianym wyżej przez użytkownika BlueMoon „Shreku”. Tłumaczenie tekstów audiowizualnych samo w sobie wiąże się oczywiście z wieloma trudnościami ze względu na to, że trzeba wziąć pod uwagę nie tylko tekst czy kulturę docelową, ale również technologię tłumaczeniową (dubbing, napisy, lektor), dźwięk, grę aktorską oraz wiele innych czynników. Wiadomo, że o stosowaniu przypisów nie ma tu mowy.
ewelina faron
08-03-2011, 15:31
:)Myślę, że w sytuacji faktycznej niemocy czy niemożności przekładu, tłumacz na niemal obowiązek wyjaśnić czetelnikom w czym rzecz, jeśli wpływać to może na rozumienie tekstu. W związku z tym wszelkie przypisy od tłumacza, etc. mają naturalną rację bytu i nie jest to żadną oznaką słabości warszatu, wręcz przeciwnie, świadczą o trosce o płynność tekstu, o świadomości językowej, o wrażliwości kulturowej.
Zresztą, nie do końca wierzę w nieprzetłumaczalne, a Wy?
mhmm.. a może należałoby mówić o nieprzrtłumaczalności "częściowej" :) zastanawiam się, czy to, że jeden tekst łatwo poddaje się przekładowi a inny nie ma jakieś specjalne uwarunkowania, np. pary języków, "pokrewieństwo" kultur, czy też zależy wyłącznie od kompetencji, warsztatu i predyspozycji tłumacza? a może to kumulacja różnych czynników powoduje, że czasami pojawiają się bariery nie do przebycia, sytuacje kiedy nie ma idelanego rozwiązania?
Tłumacz „Epoki lodowcowej 2” świetnie wybrnął z wielu przedstawionych wyżej problemów translatorskich stosując strategie asymilacyjne i adaptacyjne (szczególnie normalizację) oraz substytuty kulturowe.
Przykładem może być sytuacja, gdy jeden z bohaterów filmu, leniwiec Sid, jest wyśmiewany przez grupę dzieci. Jedno z nich w reakcji na naganę Sida odzywa się: „Make me, sloth” przełożone jako „Ugryź się w kinol!”. Sid odpowiada: „Make me, sir.” przetłumaczone jako „Ugryź się w nos.”
W innej sytuacji mamut Maniek mówi: „Right. Good one. I’m a newt. This is my friend, the badger. And my other friend, the platypus.” przełożone jako “Tak, jasne. A ja żabką. To mój przyjaciel piżmak. I mój drugi kumpel, jeleń.”
W obu przypadkach zastosowano procedury normalizacyjne. Uważam, że całkiem słusznie, ponieważ w ten sposób osiągnięto naturalne brzmienie tekstu docelowego (oparte o dostosowanie do kultury odbiorców) przy jednoczesnym zachowaniu efektu komicznego, obecnego w oryginale.
Niestety techniki normalizacyjne nie zawsze się jednak sprawdzają. Przykładem może być scena wzięta z tego samego filmu - „Epoki lodowcowej 2”, kiedy Maniek opowiada dzieciom bajkę.
Komiczne zdanie „ The wild ass boy came home to his wild ass mother.” zostało przełożone jako “Mały koniowaty wrócił do domu do koniowatej mamy.” Substytut „koniowaty” nie oddaje raczej humorystycznej gry słownej zawartej w wyrażeniu „the wild ass boy/mother”.:)
klementyna
08-03-2011, 16:43
Oczywiście, w pewnych sytuacjach nie można zrezygnować z przypisu, ale trzeba pamiętać, żeby nie było ich zbyt dużo, bo każdy z nich zmusza czytelnika do przeniesienia uwagi na odrębny wycinek informacji (na dole strony lub, co najgorsze, na końcu książki). Równie dobrze można tekst opatrzyć jakąś przedmową,gdzie różne niezrozumiałe dla czytelnika kwestie będą mniej więcej wyjaśnione, gdzie opisane będzie tło społeczno-kulturowe itp. Dla odbiorcy z kręgu kultury zachodniej (czy jakiejkolwiek innej) tekst należący do tej samej kultury nie będzie aż tak niezrozumiały, jak dla kogoś spoza niej.
W takim przypadku, równie dobrze można by wszystkie elementy świata przedstawionego oznaczać gwiazdką i odsyłać nieustannie czytelnika do przypisów...
Musimy założyć istnienie jakiejś wspólnej puli doświadczeń i wiedzy tłumacza i odbiorców. Inaczej, dać pewien kredyt zaufania inteligencji czy też wyobraźni czytelników.
klementyna
08-03-2011, 16:52
Niestety techniki normalizacyjne nie zawsze się jednak sprawdzają. Przykładem może być scena wzięta z tego samego filmu - „Epoki lodowcowej 2”, kiedy Maniek opowiada dzieciom bajkę.
Komiczne zdanie „ The wild ass boy came home to his wild ass mother.” zostało przełożone jako “Mały koniowaty wrócił do domu do koniowatej mamy.” Substytut „koniowaty” nie oddaje raczej humorystycznej gry słownej zawartej w wyrażeniu „the wild ass boy/mother”.:)
Koniowaty...! :) Aż się samo nasuwa "mułowaty".
Czytałam niedawno ciekawy artykuł nt. trudności jakich regularnie dostarczał tłumaczom Wałęsa. Zresztą sami pomyślcie, o ile w tłumaczeniu pisemnym zawsze mamy czas na wymyślenie jakiegoś ciekawego odpowiednika, o tyle tłumacz ustny, czy to konsekutywny, czy symultaniczny, nie ma kiedy się zastanowić i musi iść "na żywioł". Gdybyście chcieli rzucić okiem na artykuł, oto link: http://www.tvn24.pl/12690,1628158,0,1,dyrdymaly-lecha-walesy,wiadomosc.html
W takim przypadku, równie dobrze można by wszystkie elementy świata przedstawionego oznaczać gwiazdką i odsyłać nieustannie czytelnika do przypisów...
To zupełnie nie to, co miałem na myśli. Chodzi przecież o to, aby minimalizować potrzebę dodatkowego objaśniania świata przedstawionego. Czasem jednak, jeśli stykamy się z, powiedzmy, literaturą orientalną, nie ma wyjścia. Kiedy czytamy, że bohaterka żuła liban, to spokojnie możemy się domyślić, że jest to jakiś rodzaj używki popularny w tamtym rejonie, jakiś rodzaj tytoniu czy cokolwiek. Ale poza tym istnieje cała masa innych zagadnień, których nie da się - w sensie fabularnym - zbagatelizować. Załóżmy, hipotetycznie, że jakiś hinduski poeta ułożył wiersz na cześć księżnej, która "niezadługo chodziła w bieli / wkrótce okryła się czerwienią". Oczywiście, trywializuję, nie znam się na kulturze Indii, ale w europejskiej symbolice kolorów biel to kolor czystości, niewinności, a czerwień krwi, wstydu, gniewu itd., natomiast Hinduska w bieli, to może być wdowa, a kiedy przywdziewa czerwień, to wychodzi za mąż. Bez odpowiedniego kontekstu czy objaśnienia możemy sobie coś mylnie wyobrazić.
Bez odpowiedniego kontekstu czy objaśnienia możemy sobie coś mylnie wyobrazić.
Masz rację, ale w takim przypadku, kiedy tekst jest naszpikowany niuansami kulturowymi, ciągła konieczność czytania przypisów po prostu zniechęci czytelnika do całej książki. W takiej sytuacji chyba najlepszym wyjściem będzie opatrzenie tłumaczenia odpowiednim wstępem, w którym spróbujesz wyjaśnić czytelnikowi np. hinduską kulturę. Ewentualnie można, też umieścić coś w rodzaju słowniczka na końcu, jednak może on się okazać jeszcze bardziej irytujący niż przypisy u dołu strony.
ewelina faron
08-03-2011, 22:40
sęk w tym, że każdy przypis do gry słownej to tak naprawdę narzucanie subiektywnej interpretacji tłumacza..ups, właściwie każde tłumaczenie, a zwłaszcza tłumaczenia gier słownych jest w gruncie rzeczy taką interpretacją..jeżeli tłumacz odda w ręce czytelnika/odbiorcy tekst w którym tłumaczy się z każdej swojej decyzji, to tegoż czytelnika/odbiorce w najlepszym przypadku jedynie zniechęci..:)
jeżeli tłumacz odda w ręce czytelnika/odbiorcy tekst w którym tłumaczy się z każdej swojej decyzji, to tegoż czytelnika/odbiorce w najlepszym przypadku jedynie zniechęci..:)
Wcale bym się nie zdziwił, bo to by musiał być baaaardzo długi tekst. Mówimy o sytuacjach wyjątkowych, znacząco wpływających na odbiór tekstu.
Koniowaty...! :) Aż się samo nasuwa "mułowaty".
Świetny pomysł na oddanie podwójnego znaczenia słowa "ass".:)
Z jednej strony "mułowaty" odnosi się do osiołka. Z drugiej strony, jako "przymulony", z powodzeniem zastępuje w tym kontekście wyraz na "d" na cztery litery.
...I nie mam tu na myśli części ciała o nazwie dłoń.:)
klementyna
08-04-2011, 12:04
Świetny pomysł na oddanie podwójnego znaczenia słowa "ass".:)
Z jednej strony "mułowaty" odnosi się do osiołka. Z drugiej strony, jako "przymulony", z powodzeniem zastępuje w tym kontekście wyraz na "d" na cztery litery.
...I nie mam tu na myśli części ciała o nazwie dłoń.:)
właśnie taką interpretację miałam na myśli. :)
myślę jednocześnie, że w przypadku filmów dla dzieci (szczególnie dla małych), tłumacz może wykazać się dosyć dużą dowolnością, bo bodźce wizualne odgrywają znacznie większą rolę i są łatwiej przez dzieci odbierane. w takiej sytuacji efekt pracy tłumacza skierowany jest do towarzyszących dzieciom dorosłych. ;) "Shrek" jest doskonałym przykładem takiego przekładu.
swoją drogą, całkowicie zorientowanym na język i kulturę docelową. można by się spierać, że to już nie przekład, a interpretacja.
można by się spierać, że to już nie przekład, a interpretacja.
Anglicy się w tej sprawie wycwanili i zamiast tłumacza mają "interpretera" - w końcu dialogi w Shreku to jakby nie patrzeć tekst mówiony ;)
BlueMoon
08-04-2011, 12:46
Jednak tu chyba nie chodzi o nieprzetłumaczalność. Skoro otrzymałaś tekst opisujący polskie normy, to prawdopodobnie choćby w ich nazwie było zaznaczone, że są one polskie. Czytelnik tekstu w języku docelowym nie miał więc nawet prawa pomyśleć, że powołujesz się na normy angielskie ;)
Niestety w nazwie norm nic nie wskazywało, że są polskie. Chodziło o normy dotyczące ochrony środowiska i ogólnie mówiąc różne klasy czystości. Nie jestem specjalistą w tym temacie, a dowiedziałam się o różnicach szukając informacji do tłumaczenia. Nie mogłam się od razu skontaktować z klientem, więc wybrnęłam z tego w ten sposób, że napisałam wyraźnie w tłumaczeniu, że chodzi o normy polskie, a w nawiasie podałam ich odpowiedniki. Na koniec poinformowałam o tym klienta, który zrobił wielkie oczy. Nie muszę dodawać, że kosztowało mnie to mnóstwo dodatkowej pracy...
ewelina faron
08-04-2011, 15:08
Wcale bym się nie zdziwił, bo to by musiał być baaaardzo długi tekst. Mówimy o sytuacjach wyjątkowych, znacząco wpływających na odbiór tekstu.
:) widzę, że w niektórych przypadkach te wyjątkowe sytuacje najwyraźniej się kumulują...niektóre teksty/filmy po prostu tak mają ;) sama zdziwiłam się oglądając genialną francuską komedię Bienvenue chez les Ch'tis i jej polską wersję... z przykrością muszę stwierdzić, że to zupełnie inne filmy, tak wiele przepadło w tłumaczeniu..jedna wielka sytuacja wyjątkowa? :)
jedna wielka sytuacja wyjątkowa? :)
A miałaś w przetłumaczonych napisach przypisy i gwiazdki? Przyszedł do Ciebie tłumacz i spowiadał się ze swoich wyborów?
Po pierwsze: pisząc o „sytuacji wyjątkowej” miałem na myśli wyjątkowe, bardzo istotne dla rozumienia tekstu użycie przypisu czy objaśnienia wynikające ze zbyt wielkiej różnicy w tym, co jakieś pojęcie denotuje w kulturach nadawcy i odbiorcy oraz braku odpowiedniego kontekstu. Nie jest to, jak zakładasz, wielka kumulacja jakiegokolwiek typu.
Po drugie: tekst może być nie wiem jak przesycony lokalnym kolorytem, kulturowymi niuansami i smaczkami, ale to nie znaczy, że wszystkie trzeba objaśniać i starać się przypisać im ogromne znaczenie dla całości. Film przy tym wszystkim sam w sobie jest wyjątkowy, bo ciężko się w nim robi przypisy… Dla kogoś, kto, jak ja, nie zna francuskiego, fakt, że wiele uciekło w tłumaczeniu, nie ma żadnego znaczenia: jeśli fabuła jest spójna, a komizm jest znośny, to film i tak się spodoba. Spodobałby się zapewne bardziej, gdyby odbiorca był świadomy wszystkich niuansów, żartów, gagów itp., które w przypadku filmów dubbingowanych są zwykle adaptowane (i bardzo dobrze).
Chcę podkreślić – moja „sytuacja wyjątkowa” jest czysto hipotetyczna; nie twierdzę, że zawsze i wszędzie trzeba wstawiać asteryski i słowniczki, ba, nawet wypadałoby ich unikać. W przypadku długich tekstów/filmów (zwłaszcza filmów) kontekst jest tak obszerny, że z powodzeniem można się we wszystkim zorientować. A w poezji to niekoniecznie.
klementyna
08-04-2011, 19:31
:) widzę, że w niektórych przypadkach te wyjątkowe sytuacje najwyraźniej się kumulują...niektóre teksty/filmy po prostu tak mają ;) sama zdziwiłam się oglądając genialną francuską komedię Bienvenue chez les Ch'tis i jej polską wersję... z przykrością muszę stwierdzić, że to zupełnie inne filmy, tak wiele przepadło w tłumaczeniu..jedna wielka sytuacja wyjątkowa? :)
myślę, że wpływ na to mógł mieć również fakt, że tłumaczenia dialogów są często uproszczone/skrócone, aby umożliwić widzowi nadążenie i nad akcją, i nad tekstem,
Niestety techniki normalizacyjne nie zawsze się jednak sprawdzają. Przykładem może być scena wzięta z tego samego filmu - „Epoki lodowcowej 2”, kiedy Maniek opowiada dzieciom bajkę.
Komiczne zdanie „ The wild ass boy came home to his wild ass mother.” zostało przełożone jako “Mały koniowaty wrócił do domu do koniowatej mamy.” Substytut „koniowaty” nie oddaje raczej humorystycznej gry słownej zawartej w wyrażeniu „the wild ass boy/mother”.:)
Chciałbym zauważyć, że zwrot typu wild ass mother/boy pojawia się dość często, szczególnie w tekstach muzycznych rapu oraz filmach, aczkolwiek jak do tej pory nie spotkałem się z trafnym ekwiwalentem. Jedyną sytuacją gdzie zdanie brzmiało, dość wulgarne zresztą z filmu Get Rich or Die Tryin: That's a wild ass bitch - To głupia dziwka. Niezbyt obrazowe. W pozostałych sytuacjach zwrot bywał przemilczany.
Odnośnie nieprzetłumaczalnego, zawsze zastanawiałem się jakby brzmiał angielski odpowiednik słów Jarosława Kaczyńskiego: "oczywista oczywistość", gdybyśmy mieli, dajmy na to, przetłumaczyć sprawozdanie z tego wystąpienia dla anglojęzycznego odbiorcy? Jakie są wasze sugestie?
ewelina faron
08-04-2011, 20:07
A miałaś w przetłumaczonych napisach przypisy i gwiazdki? Przyszedł do Ciebie tłumacz i spowiadał się ze swoich wyborów?
Po pierwsze: pisząc o „sytuacji wyjątkowej” miałem na myśli wyjątkowe, bardzo istotne dla rozumienia tekstu użycie przypisu czy objaśnienia wynikające ze zbyt wielkiej różnicy w tym, co jakieś pojęcie denotuje w kulturach nadawcy i odbiorcy oraz braku odpowiedniego kontekstu. Nie jest to, jak zakładasz, wielka kumulacja jakiegokolwiek typu.
Po drugie: tekst może być nie wiem jak przesycony lokalnym kolorytem, kulturowymi niuansami i smaczkami, ale to nie znaczy, że wszystkie trzeba objaśniać i starać się przypisać im ogromne znaczenie dla całości. Film przy tym wszystkim sam w sobie jest wyjątkowy, bo ciężko się w nim robi przypisy… Dla kogoś, kto, jak ja, nie zna francuskiego, fakt, że wiele uciekło w tłumaczeniu, nie ma żadnego znaczenia: jeśli fabuła jest spójna, a komizm jest znośny, to film i tak się spodoba. Spodobałby się zapewne bardziej, gdyby odbiorca był świadomy wszystkich niuansów, żartów, gagów itp., które w przypadku filmów dubbingowanych są zwykle adaptowane (i bardzo dobrze).
Chcę podkreślić – moja „sytuacja wyjątkowa” jest czysto hipotetyczna; nie twierdzę, że zawsze i wszędzie trzeba wstawiać asteryski i słowniczki, ba, nawet wypadałoby ich unikać. W przypadku długich tekstów/filmów (zwłaszcza filmów) kontekst jest tak obszerny, że z powodzeniem można się we wszystkim zorientować. A w poezji to niekoniecznie.
no jasne...jeżeli ktoś nie zna "Twojego" języka wyjściowego, to oczywiście nie musisz z niczego się spowiadać..przecież przeciętnego odbiorcy nie obchodzi "Twoja" sytuacja wyjątkowa - np. czy to będzie jakiś niuans, który zauwazyłeś jako wytrawny koneser językowych smaczków, czy też, "hipotetycznie", bez tego niuansu tekst jest po prostu niezrozumiały dla czytelnika, któremu obca jest kultura wyjściowa .. Odbiorca sięga zazwyczaj po tekst, nie po tłumaczenie, dlatego napisałam wcześniej, że tłumacz nie musi się ze wszystkiego tłumaczyć (nie wyklucza to przecież objaśniania obcych kulturze docelowej elementów świata przedstawionego czy też znaczących różnic w znaczeniu, jakie konotuje dane pojęcie , choć i tu winno się pamiętać, że nie zawsze trzeba prowadzić czytelnika za rączkę).
I nie występuje bynajmniej z postulatem umieszczania przypisów w filmach! - podałam ten tytuł tylko dlatego, żeby pokazać, że kontekst kulturowy niekiedy jest bardzo ważny,choć w istocie są w nim sytuacje, które rozśmieszą również nie-frankofona...
"Kumulacja" zaś dotyczyła nie tylko filmów - również dzieł epickich/dramatów/poezji, w których "sytuacje wyjątkowe" - HIPOTETYCZNIE- występują dość często.
To zupełnie nie to, co miałem na myśli. Chodzi przecież o to, aby minimalizować potrzebę dodatkowego objaśniania świata przedstawionego. Czasem jednak, jeśli stykamy się z, powiedzmy, literaturą orientalną, nie ma wyjścia. Kiedy czytamy, że bohaterka żuła liban, to spokojnie możemy się domyślić, że jest to jakiś rodzaj używki popularny w tamtym rejonie, jakiś rodzaj tytoniu czy cokolwiek. Ale poza tym istnieje cała masa innych zagadnień, których nie da się - w sensie fabularnym - zbagatelizować. Załóżmy, hipotetycznie, że jakiś hinduski poeta ułożył wiersz na cześć księżnej, która "niezadługo chodziła w bieli / wkrótce okryła się czerwienią". Oczywiście, trywializuję, nie znam się na kulturze Indii, ale w europejskiej symbolice kolorów biel to kolor czystości, niewinności, a czerwień krwi, wstydu, gniewu itd., natomiast Hinduska w bieli, to może być wdowa, a kiedy przywdziewa czerwień, to wychodzi za mąż. Bez odpowiedniego kontekstu czy objaśnienia możemy sobie coś mylnie wyobrazić.
Dlatego też aby uniknąć potencjalnej pomyłki należy zorientować się co i w jaki sposób funkcjonuje w danym dyskursie kulturowym, a następnie dokonać odpowiedniego przełożenia na polskie lub inne realia. Jest to proces trudny, szczególnie w takich środkach ekspresji jak poezja czy literatura, aczkolwiek jak w szekspirowskich przekładach Barańczaka wykonalne.
ewelina faron
08-04-2011, 20:21
Dlatego też aby uniknąć potencjalnej pomyłki należy zorientować się co i w jaki sposób funkcjonuje w danym dyskursie kulturowym, a następnie dokonać odpowiedniego przełożenia na polskie lub inne realia. Jest to proces trudny, szczególnie w takich środkach ekspresji jak poezja czy literatura, aczkolwiek jak w szekspirowskich przekładach Barańczaka wykonalne.
zgadzam się, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z takim "przekładem kulturowym" na poziomie tekstu, takie tłumaczenia są według mnie najbardziej udane
;) Widzę, że nasza dyskusja to sytuacja, w której jednak przydałyby się przypisy ;)
Zgadzam się ze wszystkim, o czym piszesz, od samego początku zresztą. Moja "sytuacja wyjątkowa" to właściwie "zdarzenie" - możliwe rzeczywiste użycie przypisu w mocno wyjątkowych i konkretnych przypadkach, a nie zbiór przypadków i okazji, w których można by coś odbiorcy objaśnić. Z moich wypowiedzi nigdzie nie wynika, że równie dobrze jest objaśniać, co się tylko da.
Odbiorca sięga zazwyczaj po tekst, nie po tłumaczenie, dlatego napisałam wcześniej, że tłumacz nie musi się ze wszystkiego tłumaczyć
A ja nie stwierdziłem, że musi. Tylko po prostu czasem ma ku temu większe lub mniejsze powody.
(nie wyklucza to przecież objaśniania obcych kulturze docelowej elementów świata przedstawionego czy też znaczących różnic w znaczeniu, jakie konotuje dane pojęcie, choć i tu winno się pamiętać, że nie zawsze trzeba prowadzić czytelnika za rączkę).
Nie trzeba, to fakt, ale niekiedy tłumacz dokonuje arbitralnego wyboru, że może jednak czasem (rzadko) warto ułatwić odbiorcy spojrzenie na tekst z perspektywy tzw. odbiorcy idealnego - stąd mój przykład z kolorystyką. Nie mamy tu kontekstu żadnego, tylko dwa symbole.
I nie występuje bynajmniej z postulatem umieszczania przypisów w filmach! - podałam ten tytuł tylko dlatego, żeby pokazać, że kontekst kulturowy niekiedy jest bardzo ważny,choć w istocie są w nim sytuacje, które rozśmieszą również nie-frankofona...
Niekiedy jest, a niekiedy nie jest, a kiedy nie jest, nie trzeba go przybliżać odbiorcy w formie, w jakiej występuje w kulturze wyjściowej - od tego są adaptacje. Sytuacje śmieszne są dalej śmieszne, tylko bardziej swojsko. Czasem takie sytuacje można bez żadnej szkody dla odbioru zwyczajnie pominąć, a czasem nie.
"Kumulacja" zaś dotyczyła nie tylko filmów - również dzieł epickich/dramatów/poezji, w których "sytuacje wyjątkowe" - HIPOTETYCZNIE- występują dość często.
Tak też zrozumiałem Twoje słowa. Wedle tego jak rozumiesz "sytuacje wyjątkowe" to jak najbardziej prawda, a jeśli chodzi o poezję, to obojętnie w jakiej kulturze przeważnie będzie to megakumulacja. Zadaniem tłumacza jest wygiąć śmiało ciało i poradzić sobie z sytuacją.
Co do mojego przykładu: tłumacz mógłby zastąpić ichnią kolorystykę naszą albo zasugerować znaczenie przy pomocy naszej symboliki, ale w pozornie bogatym języku poezji niekiedy po prostu nie ma na to miejsca. I fakt, nie musiałby nic tu objaśniać, zostawić to dla czytelnika, ale przecież mógłby coś napisać, choćby w notce jakiejś.
ewelina faron
08-05-2011, 11:32
;) Widzę, że nasza dyskusja to sytuacja, w której jednak przydałyby się przypisy ;)
Zgadzam się ze wszystkim, o czym piszesz, od samego początku zresztą. Moja "sytuacja wyjątkowa" to właściwie "zdarzenie" - możliwe rzeczywiste użycie przypisu w mocno wyjątkowych i konkretnych przypadkach, a nie zbiór przypadków i okazji, w których można by coś odbiorcy objaśnić. Z moich wypowiedzi nigdzie nie wynika, że równie dobrze jest objaśniać, co się tylko da.
A ja nie stwierdziłem, że musi. Tylko po prostu czasem ma ku temu większe lub mniejsze powody.
Nie trzeba, to fakt, ale niekiedy tłumacz dokonuje arbitralnego wyboru, że może jednak czasem (rzadko) warto ułatwić odbiorcy spojrzenie na tekst z perspektywy tzw. odbiorcy idealnego - stąd mój przykład z kolorystyką. Nie mamy tu kontekstu żadnego, tylko dwa symbole.
Niekiedy jest, a niekiedy nie jest, a kiedy nie jest, nie trzeba go przybliżać odbiorcy w formie, w jakiej występuje w kulturze wyjściowej - od tego są adaptacje. Sytuacje śmieszne są dalej śmieszne, tylko bardziej swojsko. Czasem takie sytuacje można bez żadnej szkody dla odbioru zwyczajnie pominąć, a czasem nie.
Tak też zrozumiałem Twoje słowa. Wedle tego jak rozumiesz "sytuacje wyjątkowe" to jak najbardziej prawda, a jeśli chodzi o poezję, to obojętnie w jakiej kulturze przeważnie będzie to megakumulacja. Zadaniem tłumacza jest wygiąć śmiało ciało i poradzić sobie z sytuacją.
Co do mojego przykładu: tłumacz mógłby zastąpić ichnią kolorystykę naszą albo zasugerować znaczenie przy pomocy naszej symboliki, ale w pozornie bogatym języku poezji niekiedy po prostu nie ma na to miejsca. I fakt, nie musiałby nic tu objaśniać, zostawić to dla czytelnika, ale przecież mógłby coś napisać, choćby w notce jakiejś.
:) odłóżmy na razie filmy, bo to wyraźnie temet na osobny wątek ;)pochopnie dobrałam przykład, i lawina nie chce się zatrzymać
a co do przypisów w tlumaczeniu poezji, to nadal jestem ich przeciwniczką - posługując się Twoim przykładem z kolorami, to ja rozwiązałabym to tak: mam tekst hinduskiego pisarza w którym hipotetycznie pojawia się zaproponowana przez Ciebie sytuacja - dziewczyna najpierw w bieli, póżniej w czerwieni, i kontekst faktycznie wskazuje na to,że te kolory symbolizują odpowiednio żałobę i wesele...to "wyginam śmiało ciało" i zastępuję biel - żałobnymi a czerwień - weselnymi szatami (wiem, ogromne uproszczenia, zważywszy na wszelkie poetyckie "schodki" - warstwę brzmieniową itd.) i mimo wszystko nie wstawiam przypisu. Zdaję sobie sprawę, że to decyzja w dużej mierze arbitralna, ale myślę, że jeszcze w granicach licentia translatica.
Basiagut12345
08-05-2011, 13:38
Chciałabym zwrócić uwagę na inny problem.
Dla odbiorcy ważny jest tekst – treść utworu literackiego, a nie tłumaczenie, ale jeśli integralną częścią treści jest np. dialekt, którym posługują się np. bohaterowie, to trudno jest zrezygnować z tłumaczenia tych fragmentów. Chociaż spotkałam z tłumaczeniem książek Andrei Camilleriego – pochodzącego z Sycylii, który wplata w swoich książkach słowa lub całe zdania w dialekcie sycylijskim – kompletnie różnym od ogólnego języka włoskiego. Tłumacz/tłumaczka (były to tłumaczenia na język niemiecki) pozostawił te fragmenty w dialekcie sycylijskim – nie tłumacząc ich na język niemiecki. Nie dla wszystkich treści zawarte w tych wypowiedziach będą więc zrozumiałe – wydaje mi się że w ten sposób tłumacze postanowili zachować klimat – ale trochę zubożyli treści.
No niestety, takie zastąpienie to czasem jedyne wyjście z sytuacji, chociaż aż chciałoby się, żeby jednak było można zrobić to inaczej.
A z tymi dialektami sycylijskimi to faktycznie wtopa, przecież można chociaż trochę przestylizować język, żeby brzmiał inaczej niż ten główny, czytelnik by się domyślił, że tam mówią inaczej, jeśli fabuła już tego nie dopowiedziała.
Basiagut12345
08-05-2011, 16:41
no właśnie, przecież nie każdy zna włoski - a dialekty we Włoszech są trudne do zrozumienia nawet dla samych Włochów.......A czasami te nieprzetłumaczone zdania lub wyrazy mogą mieć kluczową rolę w zrozumieniu książki - zwłaszcza jeśli chodzi o kryminały :)
W ramach tego wątku była już mowa m.in. o tekstach prawniczych, technicznych, przekładzie audiowizualnym oraz literaturze.
Zastanawiam się jednak, co sądzicie o pojawianiu się bon motów w tekstach piosenek. Sytuacja w tym wypadku przypomina trochę tłumaczenie poezji - wiąże się z podobnymi trudnościami, ale w przekładzie wiersza możemy sobie pozwolić w ostateczności na przypis (nawet jeśli bardzo chcielibyśmy tego uniknąć) - w końcu to tekst pisany.
Na ciekawy przykład tłumaczenia piosenki natknęłam się kiedyś w odniesieniu do tekstu Nirvany "On a Plain". Fragment "I'm on a plain. I can't complain" przetłumaczono tak, aby zachować jedynie rym: "Jestem nad rzeką i nie narzekam".
Jakie są Wasze opinie na ten temat?:)
ewelina faron
08-05-2011, 18:31
Chciałabym zwrócić uwagę na inny problem.
Dla odbiorcy ważny jest tekst – treść utworu literackiego, a nie tłumaczenie, ale jeśli integralną częścią treści jest np. dialekt, którym posługują się np. bohaterowie, to trudno jest zrezygnować z tłumaczenia tych fragmentów. Chociaż spotkałam z tłumaczeniem książek Andrei Camilleriego – pochodzącego z Sycylii, który wplata w swoich książkach słowa lub całe zdania w dialekcie sycylijskim – kompletnie różnym od ogólnego języka włoskiego. Tłumacz/tłumaczka (były to tłumaczenia na język niemiecki) pozostawił te fragmenty w dialekcie sycylijskim – nie tłumacząc ich na język niemiecki. Nie dla wszystkich treści zawarte w tych wypowiedziach będą więc zrozumiałe – wydaje mi się że w ten sposób tłumacze postanowili zachować klimat – ale trochę zubożyli treści.
ważny problem..spotkałam się z propozycją zastąpienia takich wypowiedzi "gwarowych" jakąś gwarą lub stylizacją gwarową w języku docelowym, np. gdyby było to tłumaczone na polski - gwarą góralską lub śląską..ale pozostawienie nieprzetłumaczonych takich partii tekstu wydaje mi się wręcz nieprawdopodobne, przecież autor musiał "mieć coś na myśli" wybierając taki a nie inny sposób formułowania wypowiedzi i pomijanie go w tłumaczeniu faktycznie bardzo zubaża tekst :)
dagmara85
08-05-2011, 18:50
Jeśli pozwolicie, to dodam też coś od siebie odnośnie tłumaczenia tzw. "nieprzetłumaczalnych".
Moją przygodę z tego typu tekstami zaczęłam przy okazji pisania pracy magisterskiej na temat trudności tłumaczenia sloganów reklamowych. Tego typu przekład jest świetną zabawą połączoną z dużym wysiłkiem umysłowym. No i trzeba także sporo czasu. Jednakże muszę stwierdzić, że czasami mimo wielu przeszkód da się to wykonać, trzeba najczęściej chęci.
Jeśli pozwolicie, to dodam też coś od siebie odnośnie tłumaczenia tzw. "nieprzetłumaczalnych".
Moją przygodę z tego typu tekstami zaczęłam przy okazji pisania pracy magisterskiej na temat trudności tłumaczenia sloganów reklamowych. Tego typu przekład jest świetną zabawą połączoną z dużym wysiłkiem umysłowym. No i trzeba także sporo czasu. Jednakże muszę stwierdzić, że czasami mimo wielu przeszkód da się to wykonać, trzeba najczęściej chęci.
Jakie ciekawe przykłady tłumaczeń zaobserwowałaś w tym zakresie? :)
Basiagut12345
08-05-2011, 20:06
na pewno tłumaczenie sloganów reklamowych to ciekawe doświadczenie, tym bardziej że często jest to np. gra słów, albo jakieś bardzo charakterystyczne wyrażenie, ale masz rację, trzeba chcieć i na pewno znajdzie się rozwiązanie.
Basiagut12345
08-05-2011, 20:11
jeszcze dodam do tematu z dialektem sycylijskim - w tych samych tłumaczeniach z włoskiego tłumacze pozostawiali oryglinalne nazwy potraw. Jednak tym razem zostały one przetłumaczone - na końcu książki znalazł się "słowniczek" z krótkim objaśnieniem kulinarnych specjałów z Sycylii, tak więc czytając książkę, trzeba było często zaglądać na koniec.
Basiagut12345
08-05-2011, 20:26
Jeśli pozwolicie, to dodam też coś od siebie odnośnie tłumaczenia tzw. "nieprzetłumaczalnych".
Moją przygodę z tego typu tekstami zaczęłam przy okazji pisania pracy magisterskiej na temat trudności tłumaczenia sloganów reklamowych. Tego typu przekład jest świetną zabawą połączoną z dużym wysiłkiem umysłowym. No i trzeba także sporo czasu. Jednakże muszę stwierdzić, że czasami mimo wielu przeszkód da się to wykonać, trzeba najczęściej chęci.
w jakim języku były te slogany, na temat których pisałaś w pracy?
A mnie od dawno chodzi po głowie tłumaczenie zwrotu zaczerpniętego z 'Alicji w krainie czarów" L. Carolla. W filmie 'Ondine' zwrot 'curioser and curioser' został przetłumaczony jako 'ciekawiejsze coraz ciekawiejsze' i jest to jedno ze zgrabniejszych tłumaczeń na jakie się natknęłam, natomiast 'coraz to zdziwniej i zdziwniej' jest już dla mnie nieco przekombinowane wiadomo, że chodzi o sam fakt, że Alicja z wrażenie zapomniała jak używać poprawnego języka ale żeby od razu w tłumaczeniu tworzyć nowomowę to chyba lekka przesada jak sądzicie ? :cool:
Jeśli pozwolicie, to dodam też coś od siebie odnośnie tłumaczenia tzw. "nieprzetłumaczalnych".
Moją przygodę z tego typu tekstami zaczęłam przy okazji pisania pracy magisterskiej na temat trudności tłumaczenia sloganów reklamowych. Tego typu przekład jest świetną zabawą połączoną z dużym wysiłkiem umysłowym. No i trzeba także sporo czasu. Jednakże muszę stwierdzić, że czasami mimo wielu przeszkód da się to wykonać, trzeba najczęściej chęci.
Zgodzę się z tym wysiłkiem umysłowym :) nadal pamiętam jeden slogan przy którym nieźle się napociliśmy żeby znaleźć odpowiednik w języku polskim a była to reklama salonu jubilerskiego i slogan brzmiał on w oryginale:" if you want to give a ring give us a ring":rolleyes:
Basiagut12345
08-06-2011, 14:26
A mnie od dawno chodzi po głowie tłumaczenie zwrotu zaczerpniętego z 'Alicji w krainie czarów" L. Carolla. W filmie 'Ondine' zwrot 'curioser and curioser' został przetłumaczony jako 'ciekawiejsze coraz ciekawiejsze' i jest to jedno ze zgrabniejszych tłumaczeń na jakie się natknęłam, natomiast 'coraz to zdziwniej i zdziwniej' jest już dla mnie nieco przekombinowane wiadomo, że chodzi o sam fakt, że Alicja z wrażenie zapomniała jak używać poprawnego języka ale żeby od razu w tłumaczeniu tworzyć nowomowę to chyba lekka przesada jak sądzicie ? :cool:
mnie się natomoiast skojarzyło tłumaczenie z Harrego Pottera: Blast-Ended Skrewts - sklątki tylno wybuchowe :)
oraz Glozdogon - przydomek Petera Pettigrew - przy takich tłumaczeniach trzeba użyć wyobraźni, powstały tu wpawdzie neologizmy, ale bardzo trafne
mnie się natomoiast skojarzyło tłumaczenie z Harrego Pottera: Blast-Ended Skrewts - sklątki tylno wybuchowe :)
oraz Glozdogon - przydomek Petera Pettigrew - przy takich tłumaczeniach trzeba użyć wyobraźni, powstały tu wpawdzie neologizmy, ale bardzo trafne
Uważam owe przykłady to za bardzo trafne zabiegi translacyjne podobne do adaptacji kulturowej dla poszczególnych społeczności jak chociażby przełożenie w Shreku piosenki Osła dubbingowanego przez Jerzego Stuhra na "Śpiewać każdy może". Podobnie takiego typu tłumaczenie adaptacyjne lub tworzenie neologizmów obrazuje jednocześnie inne zjawisko językowe jakim jest kreatywny aspekt języka. Co więcej, takie wyrażenie wchodzą do uzusu, i stają się zobrazowaniem np.: cech innych osób lub mogą też być przedmiotem crack jokes. Szczególnie podoba mi się humorystyczne przełożenie rzeczownik l.mn. "ludzie" w Pingwinach z Madagaskaru na "człowieki", co jest naturalnie błędne, lecz wnosi nowy walor komediowy do całości danego dialogu, nie urągając zbytnio jednocześnie poprawności gramatycznej.
klementyna
08-06-2011, 17:42
A mnie od dawno chodzi po głowie tłumaczenie zwrotu zaczerpniętego z 'Alicji w krainie czarów" L. Carolla. W filmie 'Ondine' zwrot 'curioser and curioser' został przetłumaczony jako 'ciekawiejsze coraz ciekawiejsze' i jest to jedno ze zgrabniejszych tłumaczeń na jakie się natknęłam, natomiast 'coraz to zdziwniej i zdziwniej' jest już dla mnie nieco przekombinowane wiadomo, że chodzi o sam fakt, że Alicja z wrażenie zapomniała jak używać poprawnego języka ale żeby od razu w tłumaczeniu tworzyć nowomowę to chyba lekka przesada jak sądzicie ? :cool:
jakby nie było, Caroll na potrzeby "Alicji..." utworzył wiele neologizmów, więc aby pozostać wiernym intencjom autora i przekazać niezwykłość Krainy Czarów, nie tylko poprzez postaci w nim występujące, ale też poprzez język jakim się posługują, taka "nowomowa", jak ją określasz, jest jak najbardziej na miejscu. szczególnie, że aby oddać w języku polskim ów błąd w nieregularnej odmianie przymiotnika, należałoby użyć jakiejś formy niepoprawnej. cokolwiek by to nie było, słowo to nie będzie poprawnym wyrazem języka polskiego. na jedno wychodzi. :)
Dosłowne tłumaczenie faktycznie jest trochę dziwaczne, ale dodanie "o włos" jest mało profesjonalne w tłumaczeniu technicznym, gdzie liczy się precyzja i konkret. Myślę, że analiza kontekstu tego wyrażenia mogłaby podpowiedzieć dobór odpowiednich słów.
Angielski "close miss" się przyjął więc czemu my nie możemy rozluźnić języka.
O włos było faktyczne przykładem rzuconym naprędce, pewnie postarałbym się wymyślić coś innego gdyby przypadło mi tłumaczenie tej normy. Oddaje jednak całkiem dobrze sytuację właśnie z uwagi na precyzję.
Żeby nie cytować akapitu normy - "close miss" było użyte do opisu sytuacji, w której niewiele zabrakło do katastrofy (dotyczy systemu sterowania ruchem kolejowym więc słowo katastrofa nie jest tu przesadzone) .
Tymczasem nasze normy są przekładane tak bezsensownie, że osobiście wolę czytać je po angielsku
Jednak tu chyba nie chodzi o nieprzetłumaczalność. Skoro otrzymałaś tekst opisujący polskie normy, to prawdopodobnie choćby w ich nazwie było zaznaczone, że są one polskie. Czytelnik tekstu w języku docelowym nie miał więc nawet prawa pomyśleć, że powołujesz się na normy angielskie ;)
To prawda, polskie normy są oznaczone skrótem PN
rapariga
08-07-2011, 10:31
sęk w tym, że każdy przypis do gry słownej to tak naprawdę narzucanie subiektywnej interpretacji tłumacza..ups, właściwie każde tłumaczenie, a zwłaszcza tłumaczenia gier słownych jest w gruncie rzeczy taką interpretacją..jeżeli tłumacz odda w ręce czytelnika/odbiorcy tekst w którym tłumaczy się z każdej swojej decyzji, to tegoż czytelnika/odbiorce w najlepszym przypadku jedynie zniechęci..:)
Zgadzam się z tym, co napisałaś. W końcu pole do interpretacji, to coś, czego szukamy w utworach literackich. Różnice percepcyjne poszczególnych osób, możliwość dyskusji nad jednym tekstem przy odmiennych płaszczyznach widzenia - bezcenne. Jednoznaczność jest natomiast pożądana w tekstach naukowych - to zapewnia "intersubiektywną sprawdzalność", jeśli dobrze pamiętam.
klementyna
08-07-2011, 12:24
Zgadzam się z tym, co napisałaś. W końcu pole do interpretacji, to coś, czego szukamy w utworach literackich. Różnice percepcyjne poszczególnych osób, możliwość dyskusji nad jednym tekstem przy odmiennych płaszczyznach widzenia - bezcenne. Jednoznaczność jest natomiast pożądana w tekstach naukowych - to zapewnia "intersubiektywną sprawdzalność", jeśli dobrze pamiętam.
Pole interpretacji, tak, ale na jakim poziomie, oryginału czy przekładu? Od autorskiego pierwzoru do rozumienia odbiorcy daleka droga, prowadząca dodatkowo poprzez pośrednictwo tłumacza.
Tak więc patrzymy na to, co faktycznie "poeta miał na myśli" czy jak tłumacz to zinterpretował?
ewelina faron
08-07-2011, 12:31
wydaje mi się, że w przypadku tekstów literackich najlepsza jest interpretacja tłumacza tylko i wyłącznie w duchu tego "co autor miał na myśli" - dosłowne tłumaczenie jest absurdalne, ale zbyt swobodne tłumaczenie również jest ryzykowne, na barkach tłumacza spoczywa przede wszystkim ciężar przekazania odbiorcy tekstu autora najwierniej jak tylko się da...
Zgadzam się z tym, co napisałaś. W końcu pole do interpretacji, to coś, czego szukamy w utworach literackich. Różnice percepcyjne poszczególnych osób, możliwość dyskusji nad jednym tekstem przy odmiennych płaszczyznach widzenia - bezcenne. Jednoznaczność jest natomiast pożądana w tekstach naukowych - to zapewnia "intersubiektywną sprawdzalność", jeśli dobrze pamiętam.
Zgadzam się. Chciałbym jedynie dodać, że tłumaczenia specjalistyczne np.: techniczne, bądź też naukowe np.: medyczne oraz literackie są skrajnie rozbieżne jeżeli chodzi o spektrum stylistyczne. W tych pierwszych tłumacz praktycznie dokonuje czysto semantycznego przekładu głównie skomplikowanej terminologii przy jednoczesnym zachowaniu spójności leksykalno-gramatycznej, tak aby została zachowana wspomniana jednoznaczność i klarowność znaczeniowa. W drugim przypadku natomiast, gdzie główną rolę odgrywa pierwiastek czysto artystyczny wypowiedzi można pozwolić sobie na roszady strukturalne w celu zmaksymalizowania u odbiorcy efektu docierającego przekazu ustnego lub też pisemnego. Wtedy stosuje się zmienność szyku, odwracanie znaczenia zdań, usuwanie, dodawanie, łączenie, co może wielokrotnie prowadzić do pojawienia się dwuznaczności, aczkolwiek ukrywania podmiotu lirycznego, którym w wierszu jest miłość, pod maską przypływu oceanu i niemówienie o tym wprost nie spowoduje u pacjenta leżącego w szpitalu zażycia niewłaściwej dawki leku, a jedynie jest w stanie wpłynąć pozytywnie lub negatywnie na jego zmysł estetyczny.
Czy ktoś z was zna jakieś śmieszne wpadki tłumaczeniowe?
Ja osobiście znam przykład z hiszpańskiej mszy gdzie polski ksiądz odprawiał mszę i popełnił następującą wpadkę. Otóż w Hiszpanii do dziś mieszkańcy nie doszli do porozumienia jak czytać zapisaną głoskę "v". Jedni czytają jako "b" drudzy jako "w". Wspomniany kaznodzieja czytając swoje przemówienie chciał powiedzieć o bagażu jakim dla Chrystusa jest ciężar naszych grzechów. Bagaż w języku hiszpańskim to "baca" czyt. baka. Ksiądz natomiast uznał iż musiał się pomylić i zamiast "b" wstawił "v" i tak również przeczytał z czego wyszło, iż vaca, czyli krowa jest wielkim grzechem człowieka dla Chrystusa.
rapariga
08-07-2011, 13:31
W tym miejscu przypomina mi się utwór Tuwima (?) "Zdrada tłumacza". Oczywiście wszelkie tłumaczenia muszą bazować na stylu autora oryginału, na tym, jak mówi - czy metaforycznie, czy dosłownie. Trudno tłumaczowi też odejść od subiektywnego postrzegania. Może na tym polega właśnie cały kunszt tłumaczenia - żeby przełożyć na inny język, nie dodając jednocześnie zbyt wiele od siebie, a przybliżyć czytelnikom na tyle, na ile to możliwe usiłowania autora?
Nazwałabym to "sztuką tłumaczenia", "kunsztem tłumacza". Górnolotnie, ale może najlepiej oddaje to sedno.
Teksty naukowe powinny być nieskazitelne pod względem logicznego wywodu i nie zostawiać zbyt wiele płaszczyzn do interpretacji, bo stąd już krótka droga, by nadinterpretować słowa i wykazywać błędne rozumowanie.
Zgadzacie się?
rapariga
08-07-2011, 13:36
Jeszcze odnośnie nieprzetłumaczalności niektórych rzeczy. Slogan Volkswagena - "Volkswagen. Das Auto". Czy polskie "Volkswagen. Samochód" czy "Volkswagen. Auto" brzmiałoby tak samo? Moim zdaniem nie.
Dla urozmaicenia dodam też jeden z moich ulubionych dowcipów językowych:
Why do you rarely find mathematicians spending time at the beach?
Because they have sine and cosine to get a tan and don't need the sun.
Jeszcze odnośnie nieprzetłumaczalności niektórych rzeczy. Slogan Volkswagena - "Volkswagen. Das Auto". Czy polskie "Volkswagen. Samochód" czy "Volkswagen. Auto" brzmiałoby tak samo? Moim zdaniem nie.
Moim zdaniem trochę mylisz pojęcia, bo brak rodzajników w języku polskim można jak najbardziej zastąpić, np. przymiotnikiem "prawdziwy" (to oczywiście zależy od kontekstu).
Moim zdaniem trochę mylisz pojęcia, bo brak rodzajników w języku polskim można jak najbardziej zastąpić, np. przymiotnikiem "prawdziwy" (to oczywiście zależy od kontekstu).
Zgadzam się. Ponadto o ile się nie mylę to można to przełożyć: Volkswagen. Konkretne auto, choć może brzmieć dość kolokwialnie. Ktoś mógłby powiedzieć, iż "das" oznacza jakiś, jednak w języku niemieckim akurat zaimek "jakiś" ma swój jednozoznaczny ekwiwalent i jest tłumaczone jak: irgendein, a więc pole do tłumaczenia sloganu i dywagacji pozostaje otwarte.
rapariga
08-07-2011, 18:37
Będę bronić swojego stanowiska, nie tylko dlatego, że marketingowcy zdecydowali się na wykorzystanie go w oryginalnym brzmieniu, ale dlatego, iż zapewnia maksymalne uproszczenie. Volkswagen jest tutaj przedstawiony jako samochód dla ludu właśnie. "Prawdziwy" odnosi się raczej do branży FMCG. Tak mi przyszło na myśl "prawdziwe masło".
]Jeszcze ode mnie kilka słów….
Uważam, że gdybyśmy uznali, że tłumaczenie powinno opierać się na „dosłowności, to okazałoby się, że istnieje ogromna ilość tekstów nieprzekładalnych. Trudności wynikają nie z różnic językowych, ale z tego, że czasami trudno znaleźć jest wyrażenia ekwiwalentne. Z drugiej jednak strony, powinniśmy pamiętać o pojęciu – uniwersalia - według którego istnieje ogół pojęć, które należą do wszystkich ludzi, innymi słowy są one wspólne, niezależnie od kultury… Można wyróżnić szereg pojęć, elementów z którymi jest problem, kiedy przystępujemy do tłumaczenia (zwracają uwagę na to badacze); są to np. przysłowia, żarty językowe, gry słów, elementy emocjonalne (są zakorzenione głęboko w kulturze), slogany. Można to tłumaczyć poprzez np. rożnego rodzaju modyfikacje, poszukiwanie ekwiwalentów… a to już trudna praca ;)
Myślę, że czasem poprzez nieadekwatne tłumaczenie można zniechęcić odbior, ( o ipe odbiora się orientuje..) np. serial How I met… , który oglądam od lat bez lektora. Wystarczył jeden odcinek obejrzany w telewizji z lektorem, by mnie skutecznie do niego zniechęcić. Tłumaczenie zupełnie nie oddawało humoru, żartu, ironii, jaki ewidentnie jest w tym serialu. To spowodowało również, że narodziło się we mnie zainteresowanie teorią tłumaczenia ;)]
rapariga
08-07-2011, 19:37
Zniechęcić albo wprost przeciwnie - zmotywować do nauki języka obcego, tak, by nie trzeba już było lektora czy szukania napisów do filmu.
maryjanable
08-07-2011, 22:41
Popieram zdanie, że jednak bardziej zniechęcić, sam wolę obejrzeć film czy serial w oryginale niż z lektorem. Lektor nie przekaże emocji zawartych w głosie i wypowiedziach aktorów.
rapariga
08-07-2011, 23:54
Jeśli mam możliwość, to też tak wolę, jednak jest cały szereg produkcji w językach, a nawet akcentach, których zrozumienie nie przychodzi mi łatwo bądź wcale. Wtedy, jeśli mam czas, to oglądam rzecz dwa razy - w wersji oryginalnej, a później z napisami albo od razu z tłumaczeniem. Nie przepadam za to za dubbingiem, a już na pewno w stylu niemieckim.
Zniechęcający lektor czy napisy zwracają nas w stronę podjęcia prób zrozumienia oryginału.
ewelina faron
08-08-2011, 08:53
W tym miejscu przypomina mi się utwór Tuwima (?) "Zdrada tłumacza". Oczywiście wszelkie tłumaczenia muszą bazować na stylu autora oryginału, na tym, jak mówi - czy metaforycznie, czy dosłownie. Trudno tłumaczowi też odejść od subiektywnego postrzegania. Może na tym polega właśnie cały kunszt tłumaczenia - żeby przełożyć na inny język, nie dodając jednocześnie zbyt wiele od siebie, a przybliżyć czytelnikom na tyle, na ile to możliwe usiłowania autora?
Nazwałabym to "sztuką tłumaczenia", "kunsztem tłumacza". Górnolotnie, ale może najlepiej oddaje to sedno.
Teksty naukowe powinny być nieskazitelne pod względem logicznego wywodu i nie zostawiać zbyt wiele płaszczyzn do interpretacji, bo stąd już krótka droga, by nadinterpretować słowa i wykazywać błędne rozumowanie.
Zgadzacie się?
zgadzam się z Tobą w 100 procentach :) można powiedzieć, że tłumacz powinien być "przeźroczysty", powinien jak najrzadziej ujawniać swoją obecność, zwłaszcza w tekstach literackich
Pole interpretacji, tak, ale na jakim poziomie, oryginału czy przekładu? Od autorskiego pierwzoru do rozumienia odbiorcy daleka droga, prowadząca dodatkowo poprzez pośrednictwo tłumacza.
Tak więc patrzymy na to, co faktycznie "poeta miał na myśli" czy jak tłumacz to zinterpretował?
Tłumacze bardzo często borykają się z tym co kolokwialnie określane jest nieprzetłumaczalnością. Jeśli chodzi o tłumaczenia wyróżnić będziemy mogli cały czas powiększającą się listę słów, czy też fraz, których nie można przełożyć na język docelowy, czy też nie posiadają swoich odpowiedników w tymże języku. Z drugiej jednak strony bardzo wiele osób twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak słowa nieprzetłumaczalne, niektóre z nich będą trudne do przełożenia tylko wtedy kiedy osoba chce cały czas pozostawać w tej samej gramatycznej kategorii. Czasami ciężko jest znaleźć na przykład rzeczownik w języku w docelowym odpowiadający dokładnie temu w języku źródłowym, czasami wystarczy zastąpienie go kilkuwyrazową frazą, czy też inną częścią mowy. W niektórych przypadkach potrzebna jest także pewna wiedza i znajomość języka, gdzie w przypadku niektórych narzeczy, czy też odmian danego języka, ten sam wyraz może oznaczać coś zupełnie innego i w tym przypadku duże znaczenie jeśli chodzi właśnie o tłumaczenia mieć będzie doświadczenie tłumacza. (http://forum.mlingua.pl/archive/index.php/t-989.html)
jakby nie było, Caroll na potrzeby "Alicji..." utworzył wiele neologizmów, więc aby pozostać wiernym intencjom autora i przekazać niezwykłość Krainy Czarów, nie tylko poprzez postaci w nim występujące, ale też poprzez język jakim się posługują, taka "nowomowa", jak ją określasz, jest jak najbardziej na miejscu. szczególnie, że aby oddać w języku polskim ów błąd w nieregularnej odmianie przymiotnika, należałoby użyć jakiejś formy niepoprawnej. cokolwiek by to nie było, słowo to nie będzie poprawnym wyrazem języka polskiego. na jedno wychodzi. :)
Zgadzam się co do niepoprawnej formy bo wiem,że słowo choć niepoprawne gramatycznie a zachowujace podobna idee jest równiez czesto uznawane za poprawne w tym przypadku jednak uważam, że tłumacz za bardzo 'popłynął'
maryjanable
08-08-2011, 09:23
Wszystko zależy od tłumacza.
A pomyślmy w drugą stronę, czy wyobrażacie sobie możliwość przetłumaczenia na inny język polskiego filmu 'Sami swoi' ? I później obejrzenia go z lektorem ? Moim zdaniem dobrze zrobić tego by się nie dało. W tym (i nie tylko tym filmie) jest tylko polskości, że nie wyobrażam sobie możliwości przetłumaczenia i oglądania go w innym języku.
klementyna
08-08-2011, 09:40
Z drugiej jednak strony bardzo wiele osób twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak słowa nieprzetłumaczalne, niektóre z nich będą trudne do przełożenia tylko wtedy kiedy osoba chce cały czas pozostawać w tej samej gramatycznej kategorii. Czasami ciężko jest znaleźć na przykład rzeczownik w języku w docelowym odpowiadający dokładnie temu w języku źródłowym, czasami wystarczy zastąpienie go kilkuwyrazową frazą, czy też inną częścią mowy. W niektórych przypadkach potrzebna jest także pewna wiedza i znajomość języka, gdzie w przypadku niektórych narzeczy, czy też odmian danego języka, ten sam wyraz może oznaczać coś zupełnie innego i w tym przypadku duże znaczenie jeśli chodzi właśnie o tłumaczenia mieć będzie doświadczenie tłumacza. (http://forum.mlingua.pl/archive/index.php/t-989.html)
I tu się z Tobą zgadzam, nieprzetłumaczalne nie oznacza "niezrozumiałe" czy nieistniejące", ale może bardziej "niedokładne", "podobne", etc. Tak ja to rozumiem. Powieważ, może pewne zjawisko może istnieć w dwóch kulturach, z których jedna ma nań dokładne określenie, a druga potrzebuje użyć np. porównania czy metafory, czy czegokolwiek, aby nań wskazać.
W przypadku tłumaczenia, moim zdaniem, najważniejszy jest efekt osiągnięty u odbiorcy, tak aby był tożsamy z odbiorcą oryginału. Natomiast sposób jego osiągnięcia może być bardziej dowolny i niekoniecznie identyczny, jak w pierwzorze.
Wszystko zależy od tłumacza.
A pomyślmy w drugą stronę, czy wyobrażacie sobie możliwość przetłumaczenia na inny język polskiego filmu 'Sami swoi' ? I później obejrzenia go z lektorem ? Moim zdaniem dobrze zrobić tego by się nie dało. W tym (i nie tylko tym filmie) jest tylko polskości, że nie wyobrażam sobie możliwości przetłumaczenia i oglądania go w innym języku.Akurat tutaj trudności mogłyby wystąpić przede wszystkim w tzw. rytualizmach, które wiążą się z określonym, często uwarunkowanym kulturowo kontekstem sytuacyjnym. Ponieważ zakładamy, że bez kontekstu sytuacyjnego i kulturowego nie istnieje dobre, zrozumiałe dla odbiorcy tłumaczenie rytualizmów to wydaje mi się,że należy użyć odpowiedników funkcjonalnych .
ewelina faron
08-08-2011, 09:59
według mnie ciężko by było, zwłaszcza że trudno byłoby przekazać cały kontekst kulturowy, historyczny i jeszcze zachować ten specyficzny humor :)
maryjanable
08-08-2011, 10:03
Dokładnie o to mi chodziło co napisałaś :) z resztą z dużą częścią polskich filmów byłby taki problem, oczywiście mowa o filmach starszych a nie o tych które teraz mamy w kinach :)
Cieszę się, że się zrozumiałyśmy :)
to działa w obydwie strony .
Dokładnie o to mi chodziło co napisałaś :) z resztą z dużą częścią polskich filmów byłby taki problem, oczywiście mowa o filmach starszych a nie o tych które teraz mamy w kinach :)
Tak, zdecydowanie ;) Tłumaczenia filmów bez wątpienia nie należą do najłatwiejszych. Zdarza się, że tłumacze muszą zmienić bardzo dużo kwestii w odniesieniu do pierwowzoru, żeby film był do zrozumienia dla widza. Jednak mimo takich zmian filmu należy zachować akcje ale również znaczenie filmu.
według mnie ciężko by było, zwłaszcza że trudno byłoby przekazać cały kontekst kulturowy, historyczny i jeszcze zachować ten specyficzny humor :)
Dlatego właśnie rola tłumacza jest tak ważna. Myśle, że nie będzię przesadą, jeśli nazwiemy go "łącznikiem międzykulturowym". Tłumaczenie jest sztuką niełatwą, na pewno też nie może być rzemiosłem pasywnym ani mechanicznym. ;) Jeśli tłumaczenie ma być prawdziwe, tłumacz musi posiadać rozległą wiedzę na temat tego, co tłumaczy.
Uważam, że bardzo dużo zależy od rodzaju tłumaczonego tekstu. Jeśli mamy przetłumaczyć jakiś dokument, np. wszelkiego rodzaju instrukcje obsługi etc. to można zrobić to w miarę szybko, wręcz mechanicznie. Inaczej będzie z książką, artykułem - w tym wypadku wymagana będzie znajomość tematu, pewna wrażliwość tłumacza, nie tylko zdolności językowe. Nie każdy, kto zna świetnie język może być dobrym tłumaczem...Istotna jest także sztuka biegłego pisania... w języku ojczystym ;)
wydaje mi się, że w przypadku tekstów literackich najlepsza jest interpretacja tłumacza tylko i wyłącznie w duchu tego "co autor miał na myśli" - dosłowne tłumaczenie jest absurdalne, ale zbyt swobodne tłumaczenie również jest ryzykowne, na barkach tłumacza spoczywa przede wszystkim ciężar przekazania odbiorcy tekstu autora najwierniej jak tylko się da...
Mam podobne zdanie. Elementy, które są osadzone w kulturze, opierające się na emocjach, skojarzeniach są trudne do przełożenia. Świetnie opisuje to Lebiedziński, otóż mówi, że "nieprzetlumaczalne bywają nie słowa, ale rzeczywistość człowieka: a) jako okaz mentalności określonej zbiorowości b) jako zbiorowości".
Lebiedziński H. Elementy przekładoznstwa ogólnego, Warszawa, PWN, 2004.
maryjanable
08-08-2011, 11:27
tłumacz musi posiadać rozległą wiedzę na temat tego, co tłumaczy.
Oraz ogromną wiedzę na temat kraju, kultury, zwyczajów, świąt, obrzędów, itp. na język na który tłumaczy. Nieznajomość zwyczajów przez tłumacza może urazić widza/czytelnika któremu przyjdzie czytać dane tłumaczenie.
Oraz ogromną wiedzę na temat kraju, kultury, zwyczajów, świąt, obrzędów, itp. na język na który tłumaczy. Nieznajomość zwyczajów przez tłumacza może urazić widza/czytelnika któremu przyjdzie czytać dane tłumaczenie.
Jest dokładnie tak, jak mówisz. Rozmawiałem kiedyś ze śpiewakiem operowym, który opowiadał jak to musieli zmienić przed występem w Japonii niektóre partie tekstu, bo za dużo używało się w nich miecza. Miecz to dla Japończyków bardzo ważny symbol kulturowy, a nadużycie go w mało istotnych okolicznościach odebraliby jako niemalże świętokradztwo. Dlatego faktycznie warto pamiętać, że co kraj to obyczaj.
ewelina faron
08-08-2011, 11:55
Uważam, że bardzo dużo zależy od rodzaju tłumaczonego tekstu. Jeśli mamy przetłumaczyć jakiś dokument, np. wszelkiego rodzaju instrukcje obsługi etc. to można zrobić to w miarę szybko, wręcz mechanicznie. Inaczej będzie z książką, artykułem - w tym wypadku wymagana będzie znajomość tematu, pewna wrażliwość tłumacza, nie tylko zdolności językowe. Nie każdy, kto zna świetnie język może być dobrym tłumaczem...Istotna jest także sztuka biegłego pisania... w języku ojczystym ;)
dokładnie, ta biegłość jest konieczna:)wydaje mi się, że im większy zasób wiedzy tłumacza (i tovzarówno wiedzy językowej jak i ogólnej), wsparty solidną pracą i doświadczeniem, tym mniej problemów z "nieprzekładalnością" :)
Tłumaczenie nieprzetłumaczalnego może się powieźć pod jednym warunkiem:
osoba tłumacząca musi się wykazać:
a) znajomością niuansów nie tylko języka z którego przekłada, ale także
b) znajomością tematyki tekstu
c) wyobraźnią
d) (last but not least) chęciami.
Niedawno miałem przyjemność ( przeogromną) czytać przekład z języka angielskiego pewnej normy.
Żeby nie zanudzać, chodziło o klasyfikację poziomu bezpieczeństwa związanego z awarią urządzeń i trochę się zdziwiłem gdy doszedłem do zwrotu: sytuacje typu "Bliskie nietrafienia".
Rozumiem, ze po angielsku to brzmi fajnie, ale po polsku to już niekoniecznie.
Inżynier (o ile zna trochę lepiej język) pewnie zrozumie choć niekoniecznie bez kłopotów, bo normy to ogólnie nie za lekkie lektury.
Można się było postarać bardziej, choćby wkomponować jakoś zwrot "o włos".
Co do walorów to stawiam najbardziej na wyobraźnię i znajomość kultury języka źródłowego. Bez tego nie ma sensu i najmniejszych szans na podejmowanie się takiego tłumaczenia, bo można zrobić sobie krzywdę lub innym, w tym wypadku mam na myśli odbiorcę;)
]Jeszcze ode mnie kilka słów….
Uważam, że gdybyśmy uznali, że tłumaczenie powinno opierać się na „dosłowności, to okazałoby się, że istnieje ogromna ilość tekstów nieprzekładalnych. Trudności wynikają nie z różnic językowych, ale z tego, że czasami trudno znaleźć jest wyrażenia ekwiwalentne. Z drugiej jednak strony, powinniśmy pamiętać o pojęciu – uniwersalia - według którego istnieje ogół pojęć, które należą do wszystkich ludzi, innymi słowy są one wspólne, niezależnie od kultury… Można wyróżnić szereg pojęć, elementów z którymi jest problem, kiedy przystępujemy do tłumaczenia (zwracają uwagę na to badacze); są to np. przysłowia, żarty językowe, gry słów, elementy emocjonalne (są zakorzenione głęboko w kulturze), slogany. Można to tłumaczyć poprzez np. rożnego rodzaju modyfikacje, poszukiwanie ekwiwalentów… a to już trudna praca ;)
Myślę, że czasem poprzez nieadekwatne tłumaczenie można zniechęcić odbior, ( o ipe odbiora się orientuje..) np. serial How I met… , który oglądam od lat bez lektora. Wystarczył jeden odcinek obejrzany w telewizji z lektorem, by mnie skutecznie do niego zniechęcić. Tłumaczenie zupełnie nie oddawało humoru, żartu, ironii, jaki ewidentnie jest w tym serialu. To spowodowało również, że narodziło się we mnie zainteresowanie teorią tłumaczenia ;)]
Złotym środkiem jest przetłumaczyć to w taki sposób, aby zachować sens i przekazać go w jak najlepszy sposób. Takim wyrażeniem mogłoby być nasze polskie "Chałupy welcome to" co znalazłoby swe odzwierciedlenie w jakiej paradzie Rio de Janeiro jak to opisał Hejwowski w swej książce. To nie lada wyzwanie i jaką pomysłowościa trzeba się wykazać, żęby tak trafnie i zgrabnie to przetłumaczyć.
vBulletin v3.7.2, Copyright ©2000-2012, Jelsoft Enterprises Ltd.