PDA

View Full Version : Najlepsze tłumaczenie Szekspira


mol
07-07-2011, 19:06
Wojna chyba trwa nadal- kto jest "lepszy" Słomczyński czy Barańczak?

ir_71
07-07-2011, 19:37
Jeżeli chodzi o wierność tłumaczenia-Słomczyński, ale oddanie emocji-zdecydowanie Barańczak! Wiele osób ostro krytykuje jego tłumaczenia sonetów. Z punktu widzenia tłumaczy i specjalistów z dziedziny literatury, z pewnością nie jest to wierne tłumaczenie, ale czy zwykłemu czytelnikowi o to właśnie chodzi? Przecież Szekspir też (mam nadzieję!) nie pisał "pod krytykę" ! W poezji chodzi raczej o emocje, a nie o przesadną precyzję.

Viima
07-07-2011, 20:04
Ja ogólnie jestem zdania, że Barańczak to rewelacyjny tłumacz - ale co kto lubi. :)
Kiedyś od któregoś z wykładowców dostałam na maila interesujący tekst na temat przekładów Szekspira w wykonaniu pana Słomczyńskiego. Jeśli ktoś zainteresowany, to proszę, można przeczytać tutaj: http://serwistlumacza.com/content/view/25/32/

alekssandra
07-07-2011, 21:28
Jakiś czas temu, gdy pierwszy raz zetknęłam się z Szekspirem w polskiej wersji trafiłam na tłumaczenie Barańczaka. I to było to! Jak dla mnie Szekspir i Barańczak to doskonały duet!

mol
07-08-2011, 15:26
osobiście też jestem fanką Barańczaka i widzę, że jednak jest nas więcej :) jeżeli chcielibyście poczytać więcej o jego technice itd. polecam zbiór esejów 'Ocalone w tłumaczeniu' (poznań 1992), a zwłaszcza "Od Shakespeare's do Szekspira" w tymże tomie (s. 148-172). Najciekawsza część to chyba zarzuty stawiane Słomczyńskiemu!

agnieszka_iiid
07-18-2011, 22:56
Również dołączam się do fanklubu Barańczaka:) czytanie Shakespeare'a zaczęłam właśnie od jego przekładu i wydaje mi się że są one najbardziej wierne duchem orginałowi i dodatkowo jakoś tak lekko się je czyta (prawdopodobnie dlatego, że jest to jedno z najnowszych przekładów - o ile się nie mylę). Używa on bardziej współczesnego języka (w przeciwieństwie do Słomczyńskiego u którego pełno jest archaizmów) i dlatego bardziej mi one odpowiadają:)

Kagemusha
07-18-2011, 23:10
@Viima - dziękuję, że podzieliłaś się linkiem do tłumaczeń słomczyńskiego :)

@agnieszka_iiid - co do archaizmów w przekładzie... zależy w jakim utworze i w jakim kontekście są użyte, czasem pasują lepiej niż jezyk typowo współczesny. Oczywyście IMHO ;)

agnieszka_iiid
07-18-2011, 23:21
@Viima - dziękuję, że podzieliłaś się linkiem do tłumaczeń słomczyńskiego :)

@agnieszka_iiid - co do archaizmów w przekładzie... zależy w jakim utworze i w jakim kontekście są użyte, czasem pasują lepiej niż jezyk typowo współczesny. Oczywyście IMHO ;)

W sumie masz rację. W końcu Shakespeare pisał w XVI wieku, więc chcąc nie chcąc archaizmy są nieraz niezbędne, żeby oddać ducha tamtych czasów.

Kagemusha
07-19-2011, 00:00
Swoją drogą - jako że dyskusja jeszcze młoda - które tłumaczenie (Barańczaka czy Słomczyńskiego) przyjęlibyście za wzór do naśladowania... przy ćwiczeniu przekładu z angielskiego na polski?

Wiadomo, jeżeli tłumaczymy tekst specjalistyczny z angielskiego na polski, a nasz przekład kto inny tłumaczyłby z powrotem na angielski - to powinniśmy otrzymać taki sam, lub niemal taki sam, tekst.

A co z utworami poetyckimi? Czy, jak stwierdził przedmówca parę postów wyżej, w poezji chodzi o emocje i można nieco pofolgować sobie w wiernością przekładu? Czy jednak lepiej tłumaczyć tak wiernie, jak tylko się da i starać się przy tym nie zgubić warstwy emocjonalnej?

agnieszka_iiid
07-19-2011, 00:33
Swoją drogą - jako że dyskusja jeszcze młoda - które tłumaczenie (Barańczaka czy Słomczyńskiego) przyjęlibyście za wzór do naśladowania... przy ćwiczeniu przekładu z angielskiego na polski?

Wiadomo, jeżeli tłumaczymy tekst specjalistyczny z angielskiego na polski, a nasz przekład kto inny tłumaczyłby z powrotem na angielski - to powinniśmy otrzymać taki sam, lub niemal taki sam, tekst.

A co z utworami poetyckimi? Czy, jak stwierdził przedmówca parę postów wyżej, w poezji chodzi o emocje i można nieco pofolgować sobie w wiernością przekładu? Czy jednak lepiej tłumaczyć tak wiernie, jak tylko się da i starać się przy tym nie zgubić warstwy emocjonalnej?

Chyba pozostałabym wierna Barańczakowi:) Wydaje mi się, że w tłumaczeniu tekstu literackiego bardziej liczy się przekazanie emocji danego tekstu niż trzymanie się sztywno oryginału. Jest to ważne ponieważ tekst literacki nie może być pozbawiony tej 'warstwy emocjonalnej' o której piszesz. Poza tym właśnie w tym tkwi różnica pomiędzy tłumaczeniami tekstów technicznych, a tłumaczeniami literackimi, że w tym drugim wypadku tłumacz ma więcej swobody i może sobie trochę 'pofolgować' z wiernością przekładu. Oczywiście sytuacją idealną byłoby tłumaczyć tak wiernie jak się da, nie gubiąc przy tym warstwy emocjonalnej, co jednak w wielu przypadkach może się okazać nie lada wyzwaniem.:)

Kagemusha
07-19-2011, 12:20
Jakoś mało osób się, jak do tej pory, zdecydowało na udział w tej dyskusji :confused:
Muszę przyznać, że tłumaczenie utworów poetyckich nie jest dla mnie chlebem powszednim, więc chciałbym poznać opinię jak największej liczby użytkowników tego forum. Parę lat temu, na konkursie językowym z języka angielskiego, pojawiło się zadanie polegające na tłumaczeniu wiersza właśnie (autorem był W.B.Yeats, tytuły niestety nie pamiętam). I to zadanie przysporzyło najwięcej trudności (tak uczestnikom jak i komisji) właśnie ze względu na rozdźwięk między wiernością przekładu a oddaniem warstwy emocjonalnej, nie wspominając już o zapakowaniu całości w zgrabną formę.

I tu nie jestem w stanie przyznać palmy pierwszeństwa żadnemu rozważanych w tym temacie tłumaczeń Szekspira. Z jednej strony większe podobieństwo do oryginału, z drugiej - większy przekaz emocjonalny.

smykoo
07-19-2011, 19:06
Dla mnie Słomczyński jest rzemieślnikiem słowa, a Barańczak poetą. Słomczyński odwzorowuje, a Barańczak tworzy. Gdyby jakiś nauczyciel - figlarz postanowił mi za młodu powiedzieć, że "Sonety" zostały napisane przez Stanisława Barańczaka, z pewnością bym w to uwierzyła, bo brzmią niezwykle naturalnie i nie ma w nich wciśniętych na siłę konstrukcji, które świadczyłyby o tym, że tłumacz musiał niemal zrobić nad jakimś zdaniem szpagat, żeby znaleźć odpowiednią konstrukcję. Oczywiście jestem pełna podziwu dla tłumaczeń pana Słomczyńskiego, bo potrafi dość zgrabnie się obejść z fragmentami tekstu, których ja nie potrafiłabym ugryźć, ale zdecydowanie pozostaję wierną fanką Barańczaka.

Kagemusha
07-19-2011, 23:05
Wojna chyba trwa nadal- kto jest "lepszy" Słomczyński czy Barańczak?

Jak na razie w tym wątku zdaje się wygrywać Barańczak.
Coś czuję, że muszę poważnie odświeżyć sobie oryginały i tłumaczenia paru utworów Szekspira, poszukać różnic i rozbieżności u obu tłumaczy :o

Ewelina Telega
07-19-2011, 23:36
Jak na razie w tym wątku zdaje się wygrywać Barańczak.
Coś czuję, że muszę poważnie odświeżyć sobie oryginały i tłumaczenia paru utworów Szekspira, poszukać różnic i rozbieżności u obu tłumaczy :o

Stawiam sobie identyczne zadanie, bo podobnie jak Ty nie potrafię przyznać palmy pierwszeństwa. Słomczyński vs. Barańczak? Nie lubię pojedynków tego typu i, gdy tylko to możliwe, uchylam się od wydawania werdyktów.

Przypatrując się tej dyskusji, widzę jednak, że to spór nie tyle o wartość tłumaczeń jednego czy drugiego autora, co o wyższość/ niższość wierności przekładu nad odzwierciedleniem emocji. Tak więc naszym prawdziwym zadaniem jest zdecydowanie, która z tych rzeczy powinna stanowić priorytet dla tłumacza, ku czemu ma on zmierzać – wierności słowom czy emocjom. Moim zdaniem, w przypadku prozy odpowiedź, choć nie zawsze, jest nieco łatwiejsza – fabuła fabułą, ale ‘klimat’ utworu ponad wszystko. Ale w przypadku tekstu pisanego wierszem? Mam nad czym rozmyślać. Przekład skupiony na wierności może się wydać suchy. Natomiast ten zawładnięty emocjami zazwyczaj przewraca oryginał do góry nogami. Tłumacz jest od tego by tłumaczyć, a nie tworzyć na nowo, tak? A może niekoniecznie? Może w przypadku poezji warto trochę nagiąć zasady tu i tam? Być po trosze fachowcem, po trosze poetą?

Na razie pewna jestem tylko tego, że ogromny ładunek emocjonalny kryje się również w brzmieniu poszczególnych wersów – aliteracje, asonanse nie mogą zaginąć gdzieś po drodze z angielskiego na polski. Przepraszam za odbieganie od tematu, ale świetnym przykładem będzie tu „Raven” – niejednokrotnie przekładany na nasz język, a jednak nikt, łącznie z Barańczakiem, nie sprostał pełnemu przekazaniu grozy i tajemniczości zawartej przez Poe. Utwór nieprzetłumaczalny ;)

Wygląda na to, że w przekładach poetyckich pod pojęciem ‘wierności’ kryje się zarówno zachowanie znaczenia słów, jak i ich brzmienia, a to łączy się również z przekazaniem oryginalnego nastroju i emocji. W idealnym świecie idealny tłumacz posługując się idealnym językiem stanąłby na rzęsach i przełożył tekst tak, aby nie odbiegał on od epoki, znaczenia słów, ani ogólnego brzmienia, melodii. Ideałów nie ma, ale warto ku nim dążyć ;)

agnieszka_iiid
07-20-2011, 00:39
Stawiam sobie identyczne zadanie, bo podobnie jak Ty nie potrafię przyznać palmy pierwszeństwa. Słomczyński vs. Barańczak? Nie lubię pojedynków tego typu i, gdy tylko to możliwe, uchylam się od wydawania werdyktów.

Przypatrując się tej dyskusji, widzę jednak, że to spór nie tyle o wartość tłumaczeń jednego czy drugiego autora, co o wyższość/ niższość wierności przekładu nad odzwierciedleniem emocji. Tak więc naszym prawdziwym zadaniem jest zdecydowanie, która z tych rzeczy powinna stanowić priorytet dla tłumacza, ku czemu ma on zmierzać – wierności słowom czy emocjom. Moim zdaniem, w przypadku prozy odpowiedź, choć nie zawsze, jest nieco łatwiejsza – fabuła fabułą, ale ‘klimat’ utworu ponad wszystko. Ale w przypadku tekstu pisanego wierszem? Mam nad czym rozmyślać. Przekład skupiony na wierności może się wydać suchy. Natomiast ten zawładnięty emocjami zazwyczaj przewraca oryginał do góry nogami. Tłumacz jest od tego by tłumaczyć, a nie tworzyć na nowo, tak? A może niekoniecznie? Może w przypadku poezji warto trochę nagiąć zasady tu i tam? Być po trosze fachowcem, po trosze poetą?

Na razie pewna jestem tylko tego, że ogromny ładunek emocjonalny kryje się również w brzmieniu poszczególnych wersów – aliteracje, asonanse nie mogą zaginąć gdzieś po drodze z angielskiego na polski. Przepraszam za odbieganie od tematu, ale świetnym przykładem będzie tu „Raven” – niejednokrotnie przekładany na nasz język, a jednak nikt, łącznie z Barańczakiem, nie sprostał pełnemu przekazaniu grozy i tajemniczości zawartej przez Poe. Utwór nieprzetłumaczalny ;)

Wygląda na to, że w przekładach poetyckich pod pojęciem ‘wierności’ kryje się zarówno zachowanie znaczenia słów, jak i ich brzmienia, a to łączy się również z przekazaniem oryginalnego nastroju i emocji. W idealnym świecie idealny tłumacz posługując się idealnym językiem stanąłby na rzęsach i przełożył tekst tak, aby nie odbiegał on od epoki, znaczenia słów, ani ogólnego brzmienia, melodii. Ideałów nie ma, ale warto ku nim dążyć ;)
Zdecydowanie uważam, że w przypadku tłumaczenia tekstów literackich należy nagiąć zasady i pozostając fachowcem tłumacz powinien stać się także poetą. Co do przykładu który podałaś to jak najbardziej się z Tobą zgadzam:" Raven" jest jednym z najtrudniejszych do przetłumaczenia tekstów literackich z jakimi się spotkałam. Znalazłam stronę na której można sobie porównać różne polskie tłumaczenia tego utworu, włącznie z tłumaczeniem Barańczaka (gdyby ktoś chciał porównać - oto link: http://home.agh.edu.pl/~szymon/raven.shtml) i choć wszystkie z nich są moim zdaniem świetnymi tłumaczeniami to jednak tak jak napisałaś nikomu nie udało się stworzyć tej atmosfery grozy i tajemniczości jaką stworzył Poe w oryginale.

A wracając do tematu Barańczak vs. Słomczyński to znalazłam taki oto ciekawy artykuł na temat tłumaczenia Słomczyńskiego, w którym autorka wytyka mu kilka błędów tłumaczeniowych przy tłumaczeniu Shakespeare'a -> http://serwistlumacza.com/content/view/25/32/) . Zapraszam do przeczytania:)

kadre
07-20-2011, 02:09
Spór jest faktycznie nie do rozstrzygnięcia. Wersja Słomczyńskiego to tłummaczenie, a Barańczaka - interpretacja. To trochę jak porównywać "Kubusia Puchatka" z "Fredzią Phi-Phi". Niby ta sama historia, ale jednak inna.



Na razie pewna jestem tylko tego, że ogromny ładunek emocjonalny kryje się również w brzmieniu poszczególnych wersów – aliteracje, asonanse nie mogą zaginąć gdzieś po drodze z angielskiego na polski. Przepraszam za odbieganie od tematu, ale świetnym przykładem będzie tu „Raven” – niejednokrotnie przekładany na nasz język, a jednak nikt, łącznie z Barańczakiem, nie sprostał pełnemu przekazaniu grozy i tajemniczości zawartej przez Poe. Utwór nieprzetłumaczalny ;)

;)

Akurat bardzo nie lubię wersji "kres i krach"; niby onomatopeicznie, ale jakoś mi kaleczy uszy.
Może dlatego, że Poe predestynował M i N do bycia mrocznymi, a nie kr

Ewelina Telega
07-20-2011, 11:43
Akurat bardzo nie lubię wersji "kres i krach"; niby onomatopeicznie, ale jakoś mi kaleczy uszy.
Może dlatego, że Poe predestynował M i N do bycia mrocznymi, a nie kr

Jest przecież przekład Kasińskiego, w którym "Nevermore." zastąpiono "Nigdy więcej." – znaczeniowo idealne, ale co to wnosi za nastrój? jakie daje emocje? Żadne. Pani Koza w ogóle nie tłumaczy tego słowa i pozostawia je nietknięte – to może lepiej po prostu nauczyć się wszystkich słówek zawartych w poemacie i w ogóle nie troszczyć się o tłumaczenie? ;) Ale są też wersje Przesmyckiego czy Frońskiego z "Nigdy już!" i "Próżny trud.” – jedno zbliżone znaczeniem, oba mocne brzmieniem, a przy tym mniej rażące niż „Kres i krach.” Tylko tak właściwie gdzie kończy się interpretacja, a zaczyna nadinterpretacja? Tu wracając do tematu, Słomczyński trzyma się tekstu, więc jest wiarygodny. Barańczak niekiedy wprowadza samowolkę, ale dzięki temu czyta się go przyjemnie. Poezja ma brzmieć, płynąć, a to przemawiałoby za Barańczakiem. Ale z drugiej stronny czytelnik chce poznać słowa Szekspira, a nie swobodną interpretację tłumacza… Może wygrywa ten, który bardziej pasuje do danego kontekstu? Słomczyński świetnie nadaje się do omawiania Szekspira w szkole, można dyskutować o epoce, archaizmach. Nie wyobrażam sobie za to by ‘nowoczesny’ Hamlet mówił ze sceny innymi słowami niż tymi, jakie utkał dla niego Barańczak. Kontekst wykorzystania utworu jest ważny, ale ja nadal szukam rozwiązania ;)

Kagemusha
07-20-2011, 11:54
Jest przecież przekład Kasińskiego, w którym "Nevermore." zastąpiono "Nigdy więcej." – znaczeniowo idealne, ale co to wnosi za nastrój? jakie daje emocje? Żadne. Pani Koza w ogóle nie tłumaczy tego słowa i pozostawia je nietknięte – to może lepiej po prostu nauczyć się wszystkich słówek zawartych w poemacie i w ogóle nie troszczyć się o tłumaczenie? ;)

Dorbry pomysł, żeby opanować język w stopniu pozwalającym na czytanie oryginału ze zrozumieniem.
Tym, którzy akurat języka oryginału nie opanowali, pozostaje chyba tylko zapoznanie się ze wszystkimi dostępnymi tłumaczeniami. Wydaje mi się, że w ten sposób najbardziej zbliżą się do "tego co autor miał na myśli". Czego nie udało się ując w jednym przekładzie, mogło udać się w drugim.

kadre
07-20-2011, 12:44
Dorbry pomysł, żeby opanować język w stopniu pozwalającym na czytanie oryginału ze zrozumieniem.
Tym, którzy akurat języka oryginału nie opanowali, pozostaje chyba tylko zapoznanie się ze wszystkimi dostępnymi tłumaczeniami. Wydaje mi się, że w ten sposób najbardziej zbliżą się do "tego co autor miał na myśli". Czego nie udało się ując w jednym przekładzie, mogło udać się w drugim.

Czytelnik dwujęzyczny to czytelnik idealny, niestety niemożliwym jest wymagać znajomości obydwu języków przez potencjalnych odbiorców. Szczególnie w przypadku dzieł szekspirowskich, gdzie język jest - bądź co bądź - nieco rozbieżny ze współczesną mową potoczną.
Nie istnieje tłumaczenie idealne, prędzej czy później trafi się na przeszkodę nieprzekładalności. I tutaj już w gestii tłummacza jest czy zdecyduje się na ekwiwalencję dynamiczną, jak Barańczak, czy, jak Słomczyński, utworzy tekst korespondujący formalnie z treściami oryginału.

Ewelina Telega
07-20-2011, 13:18
Czytelnik dwujęzyczny to czytelnik idealny, niestety niemożliwym jest wymagać znajomości obydwu języków przez potencjalnych odbiorców. (...)

Racja, nie na takich dwujęzycznych czytelników powinniśmy się nastawiać. Jednak z punktu widzenia czytelnika uważam, że wydania dwujęzyczne są świetną alternatywą. Podstawia mu się pod nos gotowy przekład, ale, jeśli tylko jest zainteresowany, może zajrzeć do oryginału i porównać wersje. To zawsze wzbogaca treść i daje szanse na głębsze jej zrozumienie.

Ciekawe byłyby też wydania gromadzące różne przekłady jednego utworu. Zastanawia mnie tylko ilu czytelników, poza fanatykami Szekspira, studentami i pracownikami naukowymi, byłoby zainteresowanych czymś takim...

KubaSerce
07-20-2011, 16:11
Ja kocham Szekspira, ale nie znam się na przekładach Jego dzieł. Jednak z tego, co wnioskuję po przeczytaniu ciekawego artykułu pani Anny Staniewskiej (podany wyżej przez Viima: http://serwistlumacza.com/content/view/25/32/), to wydaje mi się, że pan Słomczyński nie czuje powagi swego zadania i ma podejście lekceważące. Przykłady podane w tym artykule jasno pokazują, że Słomczyński mija się zarówno z dosłownością, jak i poetycznością. Jeśli całe jego przekłady są takie, to chyba nawet nie warto po nie sięgać... Ale spróbuję się zapoznać i wtedy może powiem coś więcej :)
Myślę, że przy przekładaniu poezji istotna jest treść, a dosłowność nie ma tak dużego znaczenia. Dobrze jest zachować umiar i równowagę. Dla tłumacza najistotniejsze jest, żeby rozumiał dzieło i czuł jego ducha. Tego, jak mi się zdaje, brak jest u Słomczyńskiego (wnioskuję tylko na podstawie przeczytanego artykułu).

kadre
07-20-2011, 16:22
Ciekawe byłyby też wydania gromadzące różne przekłady jednego utworu. Zastanawia mnie tylko ilu czytelników, poza fanatykami Szekspira, studentami i pracownikami naukowymi, byłoby zainteresowanych czymś takim...

Może ich dzieci?
Choć takie woluminy, dodatkowo jeszcze z oryginałem, to marzenie

aurora81
07-20-2011, 19:49
Stanisław Barańczak popełnił swego czasu tekst o tym jak tłumaczyć humor w dziełach Szekspira. Pisze w nim, że intencją Mistrza było wywołanie rozbawienia/zadowolenia u odbiorców, dodając, że właśnie ten cel powinien także przyświecać tłumaczowi. Zaraz po tym stwierdzeniu zauważa jednak rzecz niezwykle ciekawą. Jego zdaniem żaden z polskich przekładów powstałych aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku nie udźwignął ciężaru zadania. Nie bez kozery mówi się, że oddanie komizmu słownego wymaga niezwykłego kunsztu, dlatego w pełni zgadzam się z tym, co sugerowaliście pisząc o dychotomii wierności/emocji. Aby tłumaczyć poezję nie wystarczy doskonała znajomość języka, a bycie tłumaczem i marnym poetą nie przyniesie pożądanych rezultatów. W moim odczuciu to sprawa absolutnie bezdyskusyjna. Moje pytanie jest jednak takie: jaki klucz należałoby zatem zastosować przy ocenie tłumaczeń dzieł poetyckich? Czy zaważą indywidualne preferencje czytelnicze – te przecież zawsze były, są i będą zróżnicowane… Czy warto sugerować się samym nazwiskiem poety-tłumacza? Wybaczcie naiwność tych pytań… Być może macie jakieś przemyślenia na ten temat, bądź nasuwa Wam się jakiś konkretny przykład, który skłonił Was do sformułowania takich a nie innych wniosków?

Również dołączam się do fanklubu Barańczaka:) czytanie Shakespeare'a zaczęłam właśnie od jego przekładu i wydaje mi się że są one najbardziej wierne duchem orginałowi i dodatkowo jakoś tak lekko się je czyta (prawdopodobnie dlatego, że jest to jedno z najnowszych przekładów - o ile się nie mylę). Używa on bardziej współczesnego języka (w przeciwieństwie do Słomczyńskiego u którego pełno jest archaizmów) i dlatego bardziej mi one odpowiadają:)

Język Paszkowskiego czy Koźmiana a nawet Słomczyńskiego bez wątpienia różni się od języka Barańczaka. Czy w tym przypadku można spojrzeć na kwestię tłumaczeń uwzględniając ewolucję samego języka czy będzie to już nadużycie?

Ewelina Telega
07-20-2011, 20:53
@KubaSerce – Zarzuty pani Anny Staniewskiej są jak gradobicie – walą pogłowie i dreszcze od nich przechodzą. Fachowiec podejmuje się tłumaczenia Szekspira i „mu się spieszy”? „Hamlet” w 20 dni? Zerknęłam na początek tego tekstu, ale pomyślałam, że bajka potoczyła się tak, że po miesiącach czy latach Słomczyński wrócił z pochyloną głową i zabrał się za poprawki. Wróciłam dziś do tego artykułu, ale tłumacz nie wrócił do swoich błędów? Dzielę słowa autorki przez cztery, jest wyraźnie wzburza, a w takiej sytuacji wyolbrzymia się błahostki. Ale jeśli błąd zostanie zauważony, wytknięty!, to tłumacz nie powinien być wobec tego obojętny. Nie może się spieszyć, ani popełniać masówki.

U Staniewskiej przewija się, że Słomczyński skupił się na powierzchni zdań. Tego właśnie się boję – tłumacz skupiony na znaczeniu słów ma klapki na oczach i nie zauważa niuansów. Nie wpadam jednak w zachwyt nad wszystkimi przekładami Barańczaka, bo mam czasem wrażenie, np. przy Sonetach, że on tylko się opierał na Szekspirze. Jego wersje są świetne, ale często tak odmienne…

@aurora81 – Zainteresowało mnie pewne rozwiązanie podpowiedziane przez Staniewską – dzieła Szekspira powinny być tłumaczone w zespole! Banalne, praktykowane, a jednak o tym nie pomyślałam ;) Zamiast tego łamałam sobie głowę jak anglista miałby ogarnąć język współczesny, dawny, historię, kulturę, humor i jeszcze do tego wiersz! Zespół tłumacz(e)-poeta/ci rokuje dużo lepiej, bo grupa wie lepiej. Może im bardziej zróżnicowane grono ekspertów lub im bardziej rozległe umiejętności językowe tłumacza (zarówno w polskim jak i angielskim, dawnym jak i współczesnym, prozie jak i poezji), tym większe szanse na zbliżenie się do ideału? W takim układzie Barańczak, tłumacz-poeta, ma nie lada przewagę. Ale nadal podtrzymuję, że powinien swoje umiejętności trzymać na wodzy i nie pozwolić im przyćmić czy zniekształcić oryginału.

aurora81
07-20-2011, 21:08
@Ewelina Telega: Tłumaczenie grupowe – pomysł rzeczywiście świetny, choć w praktyce trudny do zrealizowania, bo jak pokazuje życie dyskusja wykraczająca poza ramy jednej dziedziny wiedzy najczęściej zaczyna się i kończy na stwierdzeniem o niemożności ujednolicenia terminologii. Gronu ekspertów trudno przemówić wspólnym językiem.;)

Ewelina Telega
07-20-2011, 21:34
Niech schowają swoje ego i poświęcą się dla Wielkiego Poety i Dramaturga ;)
Chodziło mi tylko o to, że jedna osoba nie zawsze da radę tyle ogarnąć, Szekspir to wyzwanie. Więc, nawet jeśli tłumacz chce pracować sam, musi być otwarty na sugestie, poprawki. W artykule Staniewskiej wyraźnie widać, że zabrakło tego wśród cnót Słomczyńskiego. Z drugiej strony, uważam, że nie zaszkodzi, gdy tłumacz pilnuje poety, a poeta tłumacza - to z kolei Barańczak mógłby wziąć pod rozwagę.

Możesz rozwinąć kwestię ewolucji języka i nadużyć? ;)

StanLevitan
07-20-2011, 21:58
Po częściowym zapoznaniu się z sonetami w przekładzie Słomczyńskiego mogę napisać, że się postarał. Jest bardzo bliski pierwotnemu znaczeniu i trzyma się rymów. Przyczepić się mogę do nierównej liczby zgłosek. W (chyba) każdym sonecie znaleźć można wers z dziesięcioma lub dwunastoma sylabami, podczas gdy pozostała część sonetu ma ich jedenaście.

aurora81
07-20-2011, 22:28
Niech schowają swoje ego i poświęcą się dla Wielkiego Poety i Dramaturga ;)
Chodziło mi tylko o to, że jedna osoba nie zawsze da radę tyle ogarnąć, Szekspir to wyzwanie. Więc, nawet jeśli tłumacz chce pracować sam, musi być otwarty na sugestie, poprawki. W artykule Staniewskiej wyraźnie widać, że zabrakło tego wśród cnót Słomczyńskiego. Z drugiej strony, uważam, że nie zaszkodzi, gdy tłumacz pilnuje poety, a poeta tłumacza - to z kolei Barańczak mógłby wziąć pod rozwagę.

Możesz rozwinąć kwestię ewolucji języka i nadużyć? ;)


:) To pytanie nasunęło mi się po przeczytaniu wcześniejszych postów, w których podawane były argumenty "za" i "przeciw" konkretnym tłumaczeniom. O ile bowiem problem poeta/tłumacz jest dość oczywisty, o tyle chyba trudniej zestawić i poddać ocenie przekłady powstałe w różnych momentach w historii (języka). Pamiętajmy, że pierwsze "polskie" dzieło Szekspira powstało w XVIII wieku, a i Paszkowskiego, Słomczyńskiego oraz Barańczaka dzielą pewne odcinki czasu. Biorąc pod uwagę to, że podstawowe narzędzie tłumacza jakim jest język stale ewoluuje, zastanawiam się, czy w pewnym sensie nie skazuje to wcześniejszych tłumaczeń na niebyt, bo dla współczesnego czytelnika są zbyt nieprzyjazne, za bardzo hermetyczne? Nie jestem znawcą przekładów Szekspira i dlatego ciekawa jestem zdania osób, które lepiej znają się na rzeczy...:)

graza
07-20-2011, 22:31
Witam,

Poszperałam trochę w moich książkach i przejrzałam różne tłumaczenia dramatów i sonetów Szekspira. Poniżej fragment Hamleta w trzech tłumaczeniach: Józefa Paszkowskiego, Stanisława Barańczaka i Macieja Słomczyńskiego. Dla mnie "klasycznym" przekładem był przekład Paszkowskiego, dziś chyba mało kto go czyta...Warto zwrócić uwagę na rolę znaków interpunkcyjnych - u Paszkowskiego budują nastrój i ujawniają emocje osób dramatu, Barańczak i Słomczyński stosują je zgodnie z oryginałem, czytelnik musi (a może może?) sam odczytać, jakie uczucia i emocje niosą za sobą słowa.

Przełożył Józef Paszkowski
PIW, Warszawa 1970

Akt I, scena 2

HAMLET
Mój biedny ojciec!...
Zda mi się, że go widzę.

HORACJO
Gdzie?!

HAMLET
Przed duszy
Mojej oczyma.


Przełożył Stanisław Barańczak
Wyd. W drodze 1990

HAMLET
Ojciec - wydaje mi się , że go widzę.

HORACJO
Widzisz go?

HAMLET
Widzę, tak - oczyma duszy.

Przełożył Maciej Słomczyński
Wyd. Literackie 1999

HAMLET
Mój ojciec, - w myślach widzę mego ojca

HORATIO
Gdzie, panie?

HAMLET
Duszy oczyma, Horatio.

Fragmenty Hamleta również w innych tłumaczeniach można znaleźć na stronie http://web.pertus.com.pl/~mysza/hamlet/index.html


Inny problem dotyczy sonetów - tu potrzebny jest nie tylko warsztat, np. operowanie środkami poetyckimi, "wpasowanie się" w formę sonetu elżbietańskiego, czy umiejętność dostosowania form gramatycznych (przecież język polski jest językiem fleksyjnym!), ale także dusza poety. Wydaje mi się, że w tłumaczeniu poezji (i nie tylko) nie chodzi o dosłowność przekładu, ale o oddanie myśli, idei - stąd możliwe "odejście" od oryginału.

aurora81
07-20-2011, 22:31
(Na marginesie rozważań) Zastanawiam się, czy po zredefiniowaniu ról Autora i Czytelnika przez post(?)modernistów nie należałoby także zmienić sposobu rozumienia powinności Tłumacza, który jest kolejnym ogniwem tego współzależnego łańcuszka. Odkąd Autor umarł, a Czytelnik przestał być deszyfrantem Dzieła, stając się jego współtwórcą, tym ostatnim można chyba uznać także Tłumacza. Wtedy nie byłby on zobligowany do uprawiania sztuki mimesis, tylko do twórczej zabawy tekstem. Pragnę zaznaczyć, że nie jestem zwolenniczką całkowitej (do)wolności przekładu, lecz jedynie zwracam uwagę na coś, co mam wrażenie umyka nam, gdy mówimy o tłumaczeniach (niekoniecznie Szekspira). Chodzi o to, że choć nie powinien i nie może Dzieła zdominować, każdy Tłumacz odciska na nim swoje piętno. Wydaje mi się, że nazbyt często traktujemy tę twórczą interwencję nie jako wartość naddaną, lecz dowód nonszalancji i braku pokory wobec Dzieła i Autora.:)

graza
07-20-2011, 22:45
(Na marginesie rozważań) Zastanawiam się, czy po zredefiniowaniu ról Autora i Czytelnika przez post(?)modernistów nie należałoby także zmienić sposobu rozumienia powinności Tłumacza, który jest kolejnym ogniwem tego współzależnego łańcuszka. Odkąd Autor umarł, a Czytelnik przestał być deszyfrantem Dzieła, stając się jego współtwórcą, tym ostatnim można chyba uznać także Tłumacza. Wtedy nie byłby on zobligowany do uprawiania sztuki mimesis, tylko do twórczej zabawy tekstem. Pragnę zaznaczyć, że nie jestem zwolenniczką całkowitej (do)wolności przekładu, lecz jedynie zwracam uwagę na coś, co mam wrażenie umyka nam, gdy mówimy o tłumaczeniach (niekoniecznie Szekspira). Chodzi o to, że choć nie powinien i nie może Dzieła zdominować, każdy Tłumacz odciska na nim swoje piętno. Wydaje mi się, że nazbyt często traktujemy tę twórczą interwencję nie jako wartość naddaną, lecz dowód nonszalancji i braku pokory wobec Dzieła i Autora.:)

Sądzę, że tłumacz powinien zawsze pamiętać, że jego rolą jest bycie pośrednikiem między Autorem i Czytelnikiem. Zabawa z tekstem staje się już interpretacją tego tekstu. Tak naprawdę, każde tłumaczenie jest w mniejszym lub większym stopniu interpretacją tekstu oryginalnego. Jeśli jednak wizja tłumacza wysuwa się na plan pierwszy, niech czytelnik ma tego świadomość (WOLNY PRZEKŁAD Z SZEKSPIRA). Inaczej, może wyrobić sobie osąd, że tak pisał Autor:)

Anna79
07-20-2011, 22:46
Uważam, że tłumaczenia Barańczaka pozwalają czytelnikowi pokochać Szekspira już w młodym wieku. Według mojej opinii przekład powinien być dobry dla większej grupy Polaków, a archaizmy stosowane w przekładach Słomczyńskiego odstraszają młodszych czytelników.
Co o tym myślicie? Czy tłumaczenie powinno być przystępne tylko dla specjalistów danej dziedziny ( np. wykładowców, czy studentów), czy też dla szerszej grupy odbiorców?

kadre
07-20-2011, 22:46
(Na marginesie rozważań) Zastanawiam się, czy po zredefiniowaniu ról Autora i Czytelnika przez post(?)modernistów nie należałoby także zmienić sposobu rozumienia powinności Tłumacza, który jest kolejnym ogniwem tego współzależnego łańcuszka. Odkąd Autor umarł, a Czytelnik przestał być deszyfrantem Dzieła, stając się jego współtwórcą, tym ostatnim można chyba uznać także Tłumacza. Wtedy nie byłby on zobligowany do uprawiania sztuki mimesis, tylko do twórczej zabawy tekstem. Pragnę zaznaczyć, że nie jestem zwolenniczką całkowitej (do)wolności przekładu, lecz jedynie zwracam uwagę na coś, co mam wrażenie umyka nam, gdy mówimy o tłumaczeniach (niekoniecznie Szekspira). Chodzi o to, że choć nie powinien i nie może Dzieła zdominować, każdy Tłumacz odciska na nim swoje piętno. Wydaje mi się, że nazbyt często traktujemy tę twórczą interwencję nie jako wartość naddaną, lecz dowód nonszalancji i braku pokory wobec Dzieła i Autora.:)

Masz rację, jednak zwróć uwagę, że czytając "Hamleta" w przekładzie Barańczaka w dalszym ciągu czytasz Szekspira. 90% czytelników nie zwraca uwagi na nazwisko tłumacza, co sprawia, że staje się on postacią niejako transparentną, bardziej nośnikiem dzieła niż jego deszyfrantem. Jednak żeby stać się dobrym mediatorem na linii autor-czytelnik, tłumacz musi zrozumieć dzieło, a co za tym idzie je rozszyfrować.

Anna79
07-20-2011, 23:00
@ kadre

Zgadzam się z Tobą. Na zrozumienie tłumaczonego dzieła przez autora zwróciła uwagę Anna Staniewska w omawianym powyżej artykule. Krytykuje ona Słomczyńskiego za to, że nie zna angielszczyzny Szekspira, nie zastanawia się nad tym, czy to, co pisze ma sens. Twierdzi, że przekładając tylko powierzchnię słów nie wnika w ich sens, co doprowadza do groteskowych nieporozumień.

graza
07-20-2011, 23:10
Uważam, że tłumaczenia Barańczaka pozwalają czytelnikowi pokochać Szekspira już w młodym wieku. Według mojej opinii przekład powinien być dobry dla większej grupy Polaków, a archaizmy stosowane w przekładach Słomczyńskiego odstraszają młodszych czytelników.
Co o tym myślicie? Czy tłumaczenie powinno być przystępne tylko dla specjalistów danej dziedziny ( np. wykładowców, czy studentów), czy też dla szerszej grupy odbiorców?

Tłumaczenie literackie z zasady ma docierać do szerokiego kręgu odbiorców. Jego rolą jest przybliżenie czytelnikowi kultury innego kraju, otwarcie go na nowe doświadczenia, wzbogacenie emocji, uczuć... Mają temu służyć zastosowane środki poetyckie - w tym archaizmy. Wydaje mi się, że inteligentny odbiorca sięgnie do innych źródeł, jeżeli czegoś nie zrozumie - w ten sposób poszerzy swoją wiedzę i język.

agnieszka_iiid
07-20-2011, 23:34
Uważam, że tłumaczenia Barańczaka pozwalają czytelnikowi pokochać Szekspira już w młodym wieku. Według mojej opinii przekład powinien być dobry dla większej grupy Polaków, a archaizmy stosowane w przekładach Słomczyńskiego odstraszają młodszych czytelników.
Co o tym myślicie? Czy tłumaczenie powinno być przystępne tylko dla specjalistów danej dziedziny ( np. wykładowców, czy studentów), czy też dla szerszej grupy odbiorców?

Tłumaczenie nie służy czytelnikom po to, żeby wyjaśnić jakieś dzieło literackie, dlatego moim zdaniem tłumacz danego tekstu literackiego powinien próbować zbliżyć się w swoim tłumaczeniu do stylu autora oryginalnego tekstu nie zmieniając go na bardziej przystępny dla szerszej grupy czytelników. Nie powinien przekładać na bardziej przystępny język tego co autor oryginalnego utworu miał na myśli, tylko napisać to samo, używając takiego stylu jak oryginalny autor. Jeżeli ktoś sięga po dzieło Shakespeare'a to znaczy, że chce poznać jego styl pisania, a nie styl pisania tłumacza. Dlatego też, odpowiadając na Twoje pytanie, uważam że jeżeli dany tekst w języku oryginalnym jest przystępny tylko dla specjalistów danej dziedziny to tłumaczenie również powinno takie pozostać.

Ewelina Telega
07-21-2011, 12:34
Anna79 (…) Tłumaczenie nie służy czytelnikom po to, żeby wyjaśnić jakieś dzieło literackie, dlatego moim zdaniem tłumacz danego tekstu literackiego powinien próbować zbliżyć się w swoim tłumaczeniu do stylu autora oryginalnego tekstu nie zmieniając go na bardziej przystępny dla szerszej grupy czytelników. (…) Jeżeli ktoś sięga po dzieło Shakespeare'a to znaczy, że chce poznać jego styl pisania, a nie styl pisania tłumacza. (…)

Aurora81 (…) Biorąc pod uwagę to, że podstawowe narzędzie tłumacza jakim jest język stale ewoluuje, zastanawiam się, czy w pewnym sensie nie skazuje to wcześniejszych tłumaczeń na niebyt, bo dla współczesnego czytelnika są zbyt nieprzyjazne, za bardzo hermetyczne? Nie jestem znawcą przekładów Szekspira i dlatego ciekawa jestem zdania osób, które lepiej znają się na rzeczy...

Zgadzam się ze stwierdzeniem, że tłumacz jest przekaźnikiem, a czytelnik chce poznać dzieło jak najbardziej zbliżone do oryginału. Moim więc zdaniem, przy przekładzie powinniśmy jak najlepiej poznać świat autora tekstu – kulturę, język, nawet charakter i wydarzenia z życia osobistego, bo wszytko to ma wpływ na twórczość – i trzymać się pierwotnej wersji (potencjalny zarzut przeciwko Słomczyńskiemu, wg Staniewskiej nie do końca zgłębił świat Szekspira). Nie wolno też dać się ponieść swoim wizjom i zamiast tłumaczenia napisać wariacji na temat (potencjalny zarzut przeciwko Barańczakowi, którego sonety są świetne, ale czasem dalekie od oryginałów). Z drugiej strony, takie wariacje inspirowane Szekspirem wzbogacają obraz dzieła, więc wnoszą wiele dobrego. Niech czytelnik, jak pisał/a Graza, ma jednak tego świadomość, że to wolny przekład.

To skłania mnie też do wniosku, że nie można się tłumaczyć ewolucją języka. Dzieła Szekspira są XVI-wieczne, w takiej odgrywają się rzeczywistości i takim językiem powinny być napisane. Bez przesady, oczywiście, nie wolno ich naszpikować archaizmami, bo nikt tego nie zniesie. Znam głównie przekłady Paszkowskiego, ale jakoś nie miałam z nimi problemu. Unowocześnianie tych dzieł na siłę gubi ich nastrój – to trochę tak, jakby ktoś wpadł na pomysł nowszej wersji „Pana Tadeusza.” Ale taki zabieg zyskuje też dziełom Szekspira czytelników, więc może warto? Byleby zaznaczyć, że to wersja inspirowana, nie do końca wierna. Idealnie by było, gdyby osoby, które poznały przekład unowocześniony, sięgnęły też po ten bardziej wierny treści i językowi, a nawet po oryginał.

Mimo wszystko, broniłabym Barańczaka, ponieważ o odmienności i unowocześnieniu jego tłumaczeń zawsze było głośno. Chyba każdy, kto spotyka się z jego przekładami Szekspira ma świadomość, że to wersje w dużej mierze zmienione. Jeśli potrafi czerpać z nich przyjemność, a przy tym zostawić sobie odrobinę rezerwy, to poznaje Szekspira z bardzo dobrej strony. Poza tym, musimy spojrzeć na ten temat też pod kątem ilości tłumaczeń, które do tej pory powstały. Dlaczego współczesny tłumacz miałby powielać pracę swoich poprzedników? Niech wniesie coś od siebie, skoro i tak można sięgnąć po wersje dawniejsze, bardziej trzymające się słowa Szekspira. Barańczak wywiązał się z tego zadania po mistrzowsku. Będę jednak powtarzać jak mantrę – niech czytelnik nie bierze wariacji za kalkę oryginału.

Ale piszę to wszystko kierując się intuicją i sama też chętnie poznam opinię osób lepiej zaznajomionych z przekładami Słomczyńskiego czy Barańczaka...

KubaSerce
07-21-2011, 12:44
Jeżeli ktoś sięga po dzieło Shakespeare'a to znaczy, że chce poznać jego styl pisania, a nie styl pisania tłumacza. Dlatego też, odpowiadając na Twoje pytanie, uważam że jeżeli dany tekst w języku oryginalnym jest przystępny tylko dla specjalistów danej dziedziny to tłumaczenie również powinno takie pozostać.

Myślę, że jeśli ktoś sięga po dzieło Szekspira, to nie po to, żeby poznać jego styl pisania, ale przede wszystkim, żeby poznać jego myśl. Więc takie tłumaczenie powinno być raczej przystępne i przeznaczone dla szerszego kręgu odbiorców. Trzeba zwrócić uwagę także na to, z jakim zamiarem i dla kogo pisał autor. Jeśli mamy do czynienia z jakimś dziełem naukowym skierowanym do wąskiego grona specjalistów, to wtedy tłumaczenie powinno być jak najbardziej ścisłe. W innym przypadku ścisłość nie jest konieczna, zwłaszcza w przypadku poezji.
Szekspirowi zapewne zależałoby na zrozumieniu - żeby trafić do czytelnika, poruszyć serce; żeby słowa były zgrabnie dobrane i nie uwłaczały pięknu myśli. Najważniejsze moim zdaniem jest oddanie piękna myśli i wrażliwości autora.
Zdarzają się też dzieła puste, które nie mają w sobie większej wartości. Wtedy chyba nie trzeba się silić na jakieś upiększanie, czy wyszukiwanie rzekomego piękna, ale zwyczajnie oddać tekst dosłownie.

StanLevitan
07-21-2011, 15:48
Trzeba zwrócić uwagę także na to, z jakim zamiarem i dla kogo pisał autor. Jeśli mamy do czynienia z jakimś dziełem naukowym skierowanym do wąskiego grona specjalistów, to wtedy tłumaczenie powinno być jak najbardziej ścisłe. W innym przypadku ścisłość nie jest konieczna, zwłaszcza w przypadku poezji.
Szekspirowi zapewne zależałoby na zrozumieniu - żeby trafić do czytelnika, poruszyć serce; żeby słowa były zgrabnie dobrane i nie uwłaczały pięknu myśli. Najważniejsze moim zdaniem jest oddanie piękna myśli i wrażliwości autora.

Poruszanie serc, oddawanie piękna myśli czy wrażliwości autora jest ważne, ale trzymanie się oryginału może być miejscami niezbędne. Dam taki oto przykład:
Poeta opisuje zapach róży i wspomina przy tym chwile z beztroskiego dzieciństwa, gdy jadł placek różany upieczony przez jego babcię. Tłumacz mógłby użyć placka rabarbarowego zamiast różanego i nie stracić nic ze szczęśliwego dzieciństwa, mimo iż róża i rabarbar pachną inaczej. Wąchanie róży tłumacz mógłby przerobić na wąchanie bzu, konwalii czy innego jaśminu, ale placka z tych roślin nie upieczesz. Chodzi mi o to, że czasem oryginału trzeba się trzymać, bo wyjdą niejadalne ciasta lub poeta wąchający co popadnie.

agnieszka_iiid
07-21-2011, 16:30
Myślę, że jeśli ktoś sięga po dzieło Szekspira, to nie po to, żeby poznać jego styl pisania, ale przede wszystkim, żeby poznać jego myśl. Więc takie tłumaczenie powinno być raczej przystępne i przeznaczone dla szerszego kręgu odbiorców. Trzeba zwrócić uwagę także na to, z jakim zamiarem i dla kogo pisał autor. Jeśli mamy do czynienia z jakimś dziełem naukowym skierowanym do wąskiego grona specjalistów, to wtedy tłumaczenie powinno być jak najbardziej ścisłe. W innym przypadku ścisłość nie jest konieczna, zwłaszcza w przypadku poezji.
Szekspirowi zapewne zależałoby na zrozumieniu - żeby trafić do czytelnika, poruszyć serce; żeby słowa były zgrabnie dobrane i nie uwłaczały pięknu myśli. Najważniejsze moim zdaniem jest oddanie piękna myśli i wrażliwości autora.
Zdarzają się też dzieła puste, które nie mają w sobie większej wartości. Wtedy chyba nie trzeba się silić na jakieś upiększanie, czy wyszukiwanie rzekomego piękna, ale zwyczajnie oddać tekst dosłownie.

Owszem, masz rację, że sięgając po dzieło Shakespeare'a czytelnik chce poznać głównie jego myśl, ale wydaje mi się, że nie można zapominać też o tym, że styl pisania jest związany z danym autorem i czytelnik często kojarzy danego autora właśnie ze stylu jego pisania. Dlatego tłumaczenia Shakespeare'a a także wszystkie tłumaczenia literackie powinny uwzględniać styl pisania autora oryginalnego tekstu.

Ewelina Telega
07-21-2011, 16:53
@StanLevitan - Racja i pięknie ujęte!

gaja083
07-21-2011, 20:21
Owszem, masz rację, że sięgając po dzieło Shakespeare'a czytelnik chce poznać głównie jego myśl, ale wydaje mi się, że nie można zapominać też o tym, że styl pisania jest związany z danym autorem i czytelnik często kojarzy danego autora właśnie ze stylu jego pisania. Dlatego tłumaczenia Shakespeare'a a także wszystkie tłumaczenia literackie powinny uwzględniać styl pisania autora oryginalnego tekstu.

Zgadzam się w zupełności - nie tylko przekazanie "sensu" tekstu ma znaczenie. Ważny jest także sposób, w jaki tłumacz stara się oddać atmosferę dzieła literackiego. Moim zdaniem, na odbiór tekstu przez czytelnika mogą mieć wpływ nawet pojedyncze zdania (sama często zaznaczam na marginesie książki frazy, które "wpadły mi w oko" :) ). Dlatego tak ważne dla tłumacza są "lekkość pióra", umiejętność doboru słownictwa, intuicja. Wersji przetłumaczonego (poprawnie) tekstu może być kilka - sęk w tym, by wybrać tę, która ma w sobie "ducha" oryginału.

Zachowanie stylu autora tekstu jest tym trudniejsze przy poezji, gdy należy zwrócić uwagę także na wersy, sylaby, rymy. Dlatego osobiście podziwiam pana Barańczaka oraz innych tłumaczy jego pokroju właśnie za tę "lekkość" w posługiwaniu się językiem tak, aby nie zachwiać rytmem tłumaczonych dzieł. A jeśli już o Barańczaku mowa, niesamowicie urzekł mnie jego liryk - zabawa słowna:

“Ten pies... I owe forty – a lot! Much to handle, buddy! Stale pies – but I brew stale ale, no? Stare, my
windy fury, win one to ten, Sam! Stale pies... Wanna piece? A top-ten list, pal go! I won!”

:D

graza
07-21-2011, 21:04
Poruszanie serc, oddawanie piękna myśli czy wrażliwości autora jest ważne, ale trzymanie się oryginału może być miejscami niezbędne. Dam taki oto przykład:
Poeta opisuje zapach róży i wspomina przy tym chwile z beztroskiego dzieciństwa, gdy jadł placek różany upieczony przez jego babcię. Tłumacz mógłby użyć placka rabarbarowego zamiast różanego i nie stracić nic ze szczęśliwego dzieciństwa, mimo iż róża i rabarbar pachną inaczej. Wąchanie róży tłumacz mógłby przerobić na wąchanie bzu, konwalii czy innego jaśminu, ale placka z tych roślin nie upieczesz. Chodzi mi o to, że czasem oryginału trzeba się trzymać, bo wyjdą niejadalne ciasta lub poeta wąchający co popadnie.

Przykład, który podajesz, dla mnie oznacza już wykroczenie poza ramy "zwykłego" tłumaczenia. Tłumacz powinien pozostać możliwie wierny oryginałowi, pod warunkiem, że przekazywana treść jest zrozumiała dla czytelnika.

Zachowanie stylu autora tekstu jest tym trudniejsze przy poezji, gdy należy zwrócić uwagę także na wersy, sylaby, rymy. Dlatego osobiście podziwiam pana Barańczaka oraz innych tłumaczy jego pokroju właśnie za tę "lekkość" w posługiwaniu się językiem tak, aby nie zachwiać rytmem tłumaczonych dzieł.


Zgadzam się z tobą. Z moich obserwacji wynika, że najlepszymi tłumaczami poezji są poeci. Może ich wrażliwość na słowo ułatwia przekład? I może tłumaczenie poezji należałoby im zostawić?

gaja083
07-21-2011, 23:12
Zdecydowanie ludzie pióra, pisarze prozy czy poeci lepiej poradzą sobie z tłumaczeniem literatury. Jednak przypuszczam, że to już kwestia indywidualnych zainteresowań, czy "zacięcia", a dobry tłumacz po pewnym czasie pracy wybiera sobie ulubioną tematykę tekstów, tj. specjalizuje się w jednej dziedzinie i poświęca się jej bardziej niż innym.

Co do kwestii zgodności z oryginałem, również uważam, że powinna być jak najwyższa. Jako czytelnik dzieł przetłumaczonych z języka obcego (nierzadko zupełnie mi nieznanego), sama oczekuję tego, aby słowa tłumacza były niejako kalką treści autora, a nie adaptacją oryginału. Oczywiście, często niemożliwe jest przekazanie dosłownej treści (choćby dla zachowania formy, rymu, itp.), jednak wiarygodność, precyzja w doborze wyszukanych określeń, sprawność w przekazywaniu myśli autora są tym, co cenię :)

StanLevitan
07-22-2011, 01:05
@graza
Nie do końca rozumiem Twoją uwagę. Celowo przesadziłem w przykładzie z plackami. Chciałem przez to podkreślić konieczność trzymania się jak najbliżej oryginału. Ciasto z rabarbarem jest bardziej swojskie niż z nadzieniem różanym, ale tłumacz nie powinien kierować się tym podczas przekładu. Bycie bliżej czytelnika nie jest powodem do oddalania się od myśli autora.

kadre
07-22-2011, 02:55
@graza
Nie do końca rozumiem Twoją uwagę. Celowo przesadziłem w przykładzie z plackami. Chciałem przez to podkreślić konieczność trzymania się jak najbliżej oryginału. Ciasto z rabarbarem jest bardziej swojskie niż z nadzieniem różanym, ale tłumacz nie powinien kierować się tym podczas przekładu. Bycie bliżej czytelnika nie jest powodem do oddalania się od myśli autora.

Tutaj też zależy, co to za przypadek. Jeżeli chodzi np. o oddanie humoru - można czytać teoretyczne opracowanie dowcipu i gier slownych u Szekspira (jakkolwiek dobrze napisane przez Delabastitę), jednak później i tak należy oddać honor - nomen omen - Barańczakowi, który postuluje, że w przekładzie humoru należy wymyślić własny dowcip i zastąpić nim oryginalny; tłumaczenie puns and jokes, szczególnie nacechowanych kulturowo, rzadko kiedy wychodzi na poziomie.

KubaSerce
07-22-2011, 12:08
Poruszanie serc, oddawanie piękna myśli czy wrażliwości autora jest ważne, ale trzymanie się oryginału może być miejscami niezbędne. Dam taki oto przykład:
Poeta opisuje zapach róży i wspomina przy tym chwile z beztroskiego dzieciństwa, gdy jadł placek różany upieczony przez jego babcię. Tłumacz mógłby użyć placka rabarbarowego zamiast różanego i nie stracić nic ze szczęśliwego dzieciństwa, mimo iż róża i rabarbar pachną inaczej. Wąchanie róży tłumacz mógłby przerobić na wąchanie bzu, konwalii czy innego jaśminu, ale placka z tych roślin nie upieczesz. Chodzi mi o to, że czasem oryginału trzeba się trzymać, bo wyjdą niejadalne ciasta lub poeta wąchający co popadnie.

Oczywiście, nie można robić zbytnich wybiegów. Trzeba uważać, żeby nie przelewać jakiejś własnej wizji na papier. Wierność oryginałowi przede wszystkim, a upiększenia traktować jak przyprawę do głównego dania.

kari189
07-22-2011, 16:18
Witam :)
jako zwolenniczka tłumaczenia Barańczaka chciałam wspomnieć o książce przywołanej w jednym z postów
"Ocalone w tłumaczeniu".
Serdecznie ją polecam! Barańczak nie tylko odkrywa tajniki warsztatu translatorskiego, ale również mówi o własnych doświadczeniach i odczuciach związanych z jego pracą.
Co więcej autor nie "karmi" czytelnika jedynie suchymi faktami, w książce tej można znaleźć mnóstwo trafnych przykładów.
Zdanie wypowiedziane przez Barańczaka: "W ostatnim ćwierćwieczu spędziłem na tłumaczeniu wierszy prawdopodobnie więcej czasu niż na jakimkolwiek innym zajęciu, jeśli nie liczyć snu" potwierdza moje przekonanie, iż właśnie ze względu na ogromne doświadczenie jakie zdobył przez wszystkie lata pracy, jest on moim zdaniem świetnym tłumaczem.
Barańczak podkreśla, że tłumaczenie utworu literackiego to nie tylko zwykły mechaniczny proces translatorski, to coś wyjątkowego, to INTERPRETACJA...

StanLevitan
07-22-2011, 20:56
Masz rację, kadre. Dowcipy, a zwłaszcza gry słowne, to już "wyższa szkoła jazdy" i muszą być tłumaczone po mistrzowsku. Należy wziąć pod uwagę nie tylko zakres tematyczny, ale może przede wszystkim "narodowe poczucie humoru", czyli z czego śmieją się użytkownicy danego języka. W sferze humoru gust zmienia się z pokolenia na pokolenie, z innych rzeczy mogą śmiać się przedstawiciele różnych grup zawodowych czy klas społecznych. Zbyt wiele zmiennych, by przekładać słowo w słowo i liczyć na pozytywny efekt.

mwojtak
07-23-2011, 10:47
Chyba pozostałabym wierna Barańczakowi:) Wydaje mi się, że w tłumaczeniu tekstu literackiego bardziej liczy się przekazanie emocji danego tekstu niż trzymanie się sztywno oryginału. Jest to ważne ponieważ tekst literacki nie może być pozbawiony tej 'warstwy emocjonalnej' o której piszesz. Poza tym właśnie w tym tkwi różnica pomiędzy tłumaczeniami tekstów technicznych, a tłumaczeniami literackimi, że w tym drugim wypadku tłumacz ma więcej swobody i może sobie trochę 'pofolgować' z wiernością przekładu. Oczywiście sytuacją idealną byłoby tłumaczyć tak wiernie jak się da, nie gubiąc przy tym warstwy emocjonalnej, co jednak w wielu przypadkach może się okazać nie lada wyzwaniem.:)
Witam, Całkowicie się z Tobą zgadzam, "pofolgowywanie sobie" z wiernością przekładu może niekiedy doprowadzić nas do zupełnie innego tekstu niż ten źródłowy. Zadaniem tłumacza, przynajmniej moim zdaniem, jest próba odzwierciedlenia emocji jakich za najbardziej właściwe uznał autor tekstu a nie popis możliwości językowych lub wyobraźni tłumacza. Pozdrawiam

malwiz
07-23-2011, 12:04
Wracając do Słomczyńskiego, zastanawia fakt, jak udało mu się przetłumaczyć wszystkie dzieła Szekspira oraz dokonywać innych przekładów, skoro były one nieprofesjonalne i poddawane częstej krytyce. Chyba chodzi o to, aby przyszli tłumacze mieli przykład, jak NIE tłumaczyć i CZEGO NIE WOLNO tłumaczowi robić. Pan Słomczyński nie może niestety się obronić, ale niestety na krytykę zasługuje. Barańczak również należy do moich faworytów, bo dla niego ważna jest nie ilość, a jakość przekładu.

mwojtak
07-23-2011, 12:23
A może było tak, że Słomczyński, którego narodowym językiem był również angielski skłaniał się bardziej ku dosłowności w przeciwieństwie do Barańczaka, który jest typowym poetą-tłumaczem oddającym w większym stopniu to co oddać chciał Szekspir?

Aha no i jeszcze dochodzi fakt, że Słomczyńskiemu brakowało ponoć merytorycznego przygotowania do tłumaczeń Szekspira, który korzystał również (Słomczyński) z pomocy filologa w redagowaniu swoich prac.

kadre
07-23-2011, 12:49
Masz rację, kadre. Dowcipy, a zwłaszcza gry słowne, to już "wyższa szkoła jazdy" i muszą być tłumaczone po mistrzowsku. Należy wziąć pod uwagę nie tylko zakres tematyczny, ale może przede wszystkim "narodowe poczucie humoru", czyli z czego śmieją się użytkownicy danego języka. W sferze humoru gust zmienia się z pokolenia na pokolenie, z innych rzeczy mogą śmiać się przedstawiciele różnych grup zawodowych czy klas społecznych. Zbyt wiele zmiennych, by przekładać słowo w słowo i liczyć na pozytywny efekt.

Ja hołduję poglądom, że bardzo "narodowe" dowcipy lepiej tłumaczyć w miarę neutralnie; nie wyobrażam sobie Harrego Pottera dyskutującego o Michale Szpaku.

kari189
07-23-2011, 13:57
Aha no i jeszcze dochodzi fakt, że Słomczyńskiemu brakowało ponoć merytorycznego przygotowania do tłumaczeń Szekspira, który korzystał również (Słomczyński) z pomocy filologa w redagowaniu swoich prac.

Myślę, że to mógł być jeden z głównych powodów. Często zarzuca się Słomczyńskiemu brak znajomości epoki z której pochodziło dane dzieło, historii czy też samej wiedzy o literaturze.
Z drugiej strony trudno stwierdzić czy jego "nietrafione" fragmenty tłumaczeń związane były z brakiem przygotowania merytorycznego czy ze zwykłego niedbalstwa czy też z tłumaczenie pod presją czasu.
Co więcej właśnie, tak jak zostało wyżej wspomniane :) Słomczyński korzystał z porad filologa, jednakże z tego co czytałam dowiedziałam się, że naglące terminy nie pozwoliły mu wziąć ich wszystkich pod uwagę.
A może Słomczyński wychodził z założenia, że liczy się ilość a nie jakość..??? :(

mwojtak
07-23-2011, 15:05
Jeśli tak by było to pewnie dzisiaj określilibyśmy go mianem materialisty, który robił jak najwięcej by zarobić. A po co robić jak najwięcej :/ dla mnie osobiście liczyłaby się jakość moich tłumaczeń i to, że ludzie się o nich dobrze wypowiadają a nie to, że zrobiłem szekspira, miltona, chaucer'a i jeszcze paru innych :) don't you think so? :)

StanLevitan
07-23-2011, 20:51
@mwojtak
Co racja, to racja, panie kolego. Nie liczy się kogo, ale jak przekładasz. Lepiej być najlepszym tłumaczem Danielle Steel niż najgorszym tłumaczem Stephena Kinga.

graza
07-23-2011, 21:53
@graza
Nie do końca rozumiem Twoją uwagę. Celowo przesadziłem w przykładzie z plackami. Chciałem przez to podkreślić konieczność trzymania się jak najbliżej oryginału. Ciasto z rabarbarem jest bardziej swojskie niż z nadzieniem różanym, ale tłumacz nie powinien kierować się tym podczas przekładu. Bycie bliżej czytelnika nie jest powodem do oddalania się od myśli autora.

Przepraszam, może nie wyraziłam się dość jasno - chciałam powiedzieć, że wprowadzanie do przekładu elementu bliskiego odbiorcy (jak np. placek rabarbarowy), ale zbyt odległego od oryginału, stanowi dla mnie wykroczenie poza "uprawnienia" tłumacza. Czytając poezję, chcę wiedzieć, co myślał i czuł twórca, a nie tłumacz. Dla mnie tłumacz powinien być transparentny.

Sylvia24
07-23-2011, 22:38
Racja, nie na takich dwujęzycznych czytelników powinniśmy się nastawiać. Jednak z punktu widzenia czytelnika uważam, że wydania dwujęzyczne są świetną alternatywą. Podstawia mu się pod nos gotowy przekład, ale, jeśli tylko jest zainteresowany, może zajrzeć do oryginału i porównać wersje. To zawsze wzbogaca treść i daje szanse na głębsze jej zrozumienie.

Ciekawe byłyby też wydania gromadzące różne przekłady jednego utworu. Zastanawia mnie tylko ilu czytelników, poza fanatykami Szekspira, studentami i pracownikami naukowymi, byłoby zainteresowanych czymś takim...

Popieram alternatywę wydań dwujęzycznych bardzo często czytając coś przełożonego na polski zastanawiam się jakby to brzmiało w oryginale. Myślę, ze wielu czytelników dwujęzycznych woli niekiedy dotrzeć do oryginalniej wersji (gdyż to ten własnie widnieje jako bestseller) niż sięgać po przekłady. Myślę, ze jednak nie wiele osób nie mających wiele wspólnego z tłumaczeniami zainteresowanych byłoby czytaniem tej samej lektury tylko, ze innych autorów.

Jeśli chodzi o przekłady Baranczka i Słomczyńskiego wygląda na to ze zarzuty postawione Słomczyńskiemu dają tutaj punkt dla Baranczaka.
Polecam wcześniej już wspomniany artykuł Anny Staniewskiej: http://serwistlumacza.com/content/view/25/32/

bujaczm
07-23-2011, 22:45
Po części zgadzam się z opinią, że tłumacz powinien zachować bezpieczny dystans w dokonywaniu przekładu; niemniej tłumacz zwłaszcza literacki nie może pozostać wiernym odtwórcom oryginału. Rozbieżności językowe i kulturowe bardzo często zmuszają nas do stworzenia interpretacji, która nie tylko odkryje czytelnikowi znaczenie wyrazu. Jakże często musimy szukać słów dalekich od pierwowzoru, jednakże tożsamych w znaczeniu emocjonalnym.
Takie moje skromne zdanie :)

Swoją drogą - jako że dyskusja jeszcze młoda - które tłumaczenie (Barańczaka czy Słomczyńskiego) przyjęlibyście za wzór do naśladowania... przy ćwiczeniu przekładu z angielskiego na polski?

Wiadomo, jeżeli tłumaczymy tekst specjalistyczny z angielskiego na polski, a nasz przekład kto inny tłumaczyłby z powrotem na angielski - to powinniśmy otrzymać taki sam, lub niemal taki sam, tekst.

A co z utworami poetyckimi? Czy, jak stwierdził przedmówca parę postów wyżej, w poezji chodzi o emocje i można nieco pofolgować sobie w wiernością przekładu? Czy jednak lepiej tłumaczyć tak wiernie, jak tylko się da i starać się przy tym nie zgubić warstwy emocjonalnej?

Jak dla mnie umiar jest kluczem do wszystkiego. Wierność przekładu, wskazana i zalecana z uwagi na szacunek dla autora utworu; emocje - ukłon w stronę czytelnika; tłumacz w trakcie przekładu sam staje się poetą, tyle że w języku docelowego odbiorcy. :)

Stanisław Barańczak popełnił swego czasu tekst o tym jak tłumaczyć humor w dziełach Szekspira. Pisze w nim, że intencją Mistrza było wywołanie rozbawienia/zadowolenia u odbiorców, dodając, że właśnie ten cel powinien także przyświecać tłumaczowi. Zaraz po tym stwierdzeniu zauważa jednak rzecz niezwykle ciekawą. Jego zdaniem żaden z polskich przekładów powstałych aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku nie udźwignął ciężaru zadania. Nie bez kozery mówi się, że oddanie komizmu słownego wymaga niezwykłego kunsztu, dlatego w pełni zgadzam się z tym, co sugerowaliście pisząc o dychotomii wierności/emocji. Aby tłumaczyć poezję nie wystarczy doskonała znajomość języka, a bycie tłumaczem i marnym poetą nie przyniesie pożądanych rezultatów. W moim odczuciu to sprawa absolutnie bezdyskusyjna. Moje pytanie jest jednak takie: jaki klucz należałoby zatem zastosować przy ocenie tłumaczeń dzieł poetyckich? Czy zaważą indywidualne preferencje czytelnicze – te przecież zawsze były, są i będą zróżnicowane… Czy warto sugerować się samym nazwiskiem poety-tłumacza? Wybaczcie naiwność tych pytań… Być może macie jakieś przemyślenia na ten temat, bądź nasuwa Wam się jakiś konkretny przykład, który skłonił Was do sformułowania takich a nie innych wniosków?

Moja nauczycielka jęz. matematyki w podstawówce miała takie swoje powiedzonko : "ile głów, tyle wyników". :) Myślę że ta matematyczna gra słów jest idealną odpowiedzią na poruszony przez Ciebie wątek. Bez względu na to czy mówimy o wyrafinowanych utworach literackich, książce kucharskiej czy o tekście piosenki w stylu disco polo - zawsze znajdzie się wierna grupa zwolenników i przeciwników. W nawiązaniu do bitwy "ten czy ten tłumacz" moja odpowiedź jest dość dyplomatyczna - dla każdego coś miłego. ;)

gaja083
07-24-2011, 01:39
Moje pytanie jest jednak takie: jaki klucz należałoby zatem zastosować przy ocenie tłumaczeń dzieł poetyckich? Czy zaważą indywidualne preferencje czytelnicze – te przecież zawsze były, są i będą zróżnicowane… Czy warto sugerować się samym nazwiskiem poety-tłumacza?

Zdarzyło mi się natknąć na tomik poezji, w którym każdy wiersz został przedstawiony w kilku wersjach - przekładach różnych tłumaczy. Muszę przyznać, że ciekawym doświadczeniem było zobaczyć, jak ten sam sens tekstu oddany został różnymi słowami. I tu, muszę przyznać, "uroda" wersów zwyciężyła nad precyzją i dosłownością przekładu - ponieważ była to poezja, w której walory estetyczne języka grają główną rolę. Uważam też, że mimo wszystko to właśnie indywidualne preferencje warunkują ocenę takich tekstów - niekoniecznie opinia o autorze (ja sama, oceniając tłumaczenia tamtych wierszy, raz uznawałam za "najlepszy" przekład tłumacza A, ale już inny wiersz wydał mi się piękniejszy w przekładzie tłumacza B, itd.). "Dla każdego coś miłego" :)

kari189
07-24-2011, 12:41
Jeśli tak by było to pewnie dzisiaj określilibyśmy go mianem materialisty, który robił jak najwięcej by zarobić. A po co robić jak najwięcej :/ dla mnie osobiście liczyłaby się jakość moich tłumaczeń i to, że ludzie się o nich dobrze wypowiadają a nie to, że zrobiłem szekspira, miltona, chaucer'a i jeszcze paru innych :) don't you think so? :)

Poszperałam trochę i doszukałam się opinii Barańczaka na temat przekładu Szekspira (w tym przypadku sonetów)
"tłumaczymy sonet Szekspira po to, żeby podobnie złamać kręgosłup... nie, uchowaj Boże, nie Szekspirowi i nie jego poezji, ale oporowi tego, co z pozoru nieprzetłumaczalne - i żeby w tym momencie doznać podwójnego poczucia triumfu: potrafię tak samo (jak Szekspir), potrafię lepiej (niż inni tłumacze)" (Barańczak)
Bardzo motywujące prawda ?? :D
Niewątpliwie zadaniem tłumacza jest próba dosięgnięcia geniuszu autora! Szczególnie jeśli chodzi o tłumaczenie utworów literackich.
Wydaję mi się, że w przekładzie literatury chodzi głównie o to aby postawić się w pozycji autora. Należy spróbować przez chwilę myśleć tak jak on. Należy oddać uczucia/nastrój twórcy w danym miejscu i danej chwili.

mwojtak
07-24-2011, 12:57
@kari189

No właśnie, ale to może zrobić moim zdaniem tylko natchniona dusza, czyli drugi poeta. Ja osobiście miałbym z tym niezły problem, ponieważ taką duszą nie jestem. Mogę próbować tłumaczyć medycynę, prawo, ekonomię ale literatura to niezły kokos do zgryzienia :)

kari189
07-24-2011, 14:10
@kari189

No właśnie, ale to może zrobić moim zdaniem tylko natchniona dusza, czyli drugi poeta. Ja osobiście miałbym z tym niezły problem, ponieważ taką duszą nie jestem. Mogę próbować tłumaczyć medycynę, prawo, ekonomię ale literatura to niezły kokos do zgryzienia :)


Masz rację, nie każdy nadaje się na tłumacza literatury...
Jednakże istnieje wiele osób, które mają tak zwaną "lekkość pióra", która widoczna jest w tłumaczenie literackim! :D
Tak samo jest z tłumaczeniem poezji, które swoją drogą jest już wyższą szkołą jazdy!
Autor nie tylko musi zachować treść ale także formę, co jest nie lada zadaniem!

Anna79
07-24-2011, 20:59
@kari189
Zgadzam się z Tobą. Żeby dobrze przetłumaczyć poezję trzeba mieć "to coś", oprócz wiedzy pewien dar.... Można świetnie tłumaczyć teksty specjalistyczne a poezję (w tym Szekspira) niekoniecznie.

Jeśli chodzi o Szekspira warto jeszcze zwrócić uwagę na kwestię odgrywania jego sztuk na na scenie. Aktorzy nie narzekają na tłumaczenia dokonane przez Barańczaka, natomiast przez Słomczyńskiego przeciwnie. Anna Staniewska w swoim artykule cytowanym w tej dyskusji wielokrotnie napisała, że tłumaczenia Słomczyńskiego są trudne do odegrania "Nie dadzą się mówić i nie dadzą się słuchać".

bujaczm
07-24-2011, 22:14
Ja ogólnie jestem zdania, że Barańczak to rewelacyjny tłumacz - ale co kto lubi. :)
Kiedyś od któregoś z wykładowców dostałam na maila interesujący tekst na temat przekładów Szekspira w wykonaniu pana Słomczyńskiego. Jeśli ktoś zainteresowany, to proszę, można przeczytać tutaj: http://serwistlumacza.com/content/view/25/32/

Znawca Szekspira ze mnie żaden a tym bardziej tłumacz literacki, ale muszę przyznać że artykuł dość zwięźle i jednoznacznie przedstawia "talent" Słomczyńskiego ;)
Oby czas nie był dla tłumacza cenniejszy nad jakość w ich (i naszej) pracy :)
Tego życzę wyjadaczom i początkującym "młodym wilkom" w tej branży.

kari189
07-24-2011, 22:19
@Anna79
zgadzam się. Sztuki szekspirowskie, które pojawiły się w przekładach Barańczaka brzmią idealnie w ustach aktorów. Jak wiadomo w teatrze liczą się emocje i te właśnie widoczne są w jego tłumaczeniach, które z kolei trafiają w językową wrażliwość widza.
Wracając do wcześniej poruszonego wątku humoru u Szekspira, zachęcam do przeczytania "Jak tłumaczyć humor Szekspira" (Barańczaka). Autor porusza kwestię dotyczącą ewolucji językowej, a co za tym idzie problemów pojawiających się podczas przekładu szekspirowskiego komizmu słownego.
Tłumacząc humor Barańczak stara się podporządkować się trzem głównym zasadom jakimi są: "Zrozumiałość, Poetyckość i Sceniczność".

bujaczm
07-24-2011, 22:19
@kari189
Zgadzam się z Tobą. Żeby dobrze przetłumaczyć poezję trzeba mieć "to coś", oprócz wiedzy pewien dar.... Można świetnie tłumaczyć teksty specjalistyczne a poezję (w tym Szekspira) niekoniecznie.

Podpisuję się pod tym :) biegła znajomości języka obcego nie gwarantuje tłumaczeń najwyższej jakości.
Ponadto, każdy z tłumaczy ma swoją mocną dziedzinę; jak ktoś (coś) jest od wszystkiego tzn. że jest do niczego. Ambicja jest naszym najgorszym wrogiem. Warto skupić się na tym co naprawdę czujemy, bez względu na tym czy jest to instrukcja pralki Frani czy liryki Szekspira. Korzyści będą obopólne - i dla nas i dla odbiorcy :D

Anna79
07-24-2011, 22:22
W artykule serwisy.gazeta.pl/kolekcje/1,76603,3729203.html znajdziecie opis tłumaczeń M. Słomczyńskiego w samych superlatywach. Znajduje się tam również odnośnik do tłumaczenia przez niego dzieł Szekspira a także informacja dotycząca wykorzystywania tych tłumaczeń w teatrze.

Interesujące jest to, że różni ludzie inaczej odbierają przetłumaczone dzieła nie tylko Szekspira. Może lepiej zamiast krytykować tego, czy owego tłumacza dzieł literackich po prostu zapoznać się z różnego rodzaju tłumaczonymi utworami i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Ja spotkałam się z pozytywnymi jak i negatywnymi opiniami dotyczącymi tłumaczeń Szekspira dokonanymi zarówno przez Barańczaka jak i Słomczyńskiego.

Ewelina Telega
07-25-2011, 00:14
Interesujące jest to, że różni ludzie inaczej odbierają przetłumaczone dzieła nie tylko Szekspira. Może lepiej zamiast krytykować tego, czy owego tłumacza dzieł literackich po prostu zapoznać się z różnego rodzaju tłumaczonymi utworami i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.

De gustibus non est disputandum. Dlatego też zależało mi na tym, żeby toczyć dyskusję o wyższość/ niższość wierności nad interpretacją, dyskusję czysto techniczną, a nie obwiniać jednego czy drugiego tłumacza (chyba, że ktoś używał ich nazwisk jako metonimii). Słomczyński niczego już nie doda, nie sprostuje, nie poprawi. Nie powinniśmy wieszać na nim psów, ale uczyć się na jego błędach. Odnosząc się do Staniewskiej, można stwierdzić, że owe błędy czy też niedociągnięcia są niezaprzeczalne, ale nie znamy przyczyn ani intencji. Niemniej, zarówno Słomczyński jak i Barańczak dokonali rzeczy, której nie dokonało żadne z nas. Skupmy się na szukaniu metody, a nie krytykowaniu...

W tym celu sięgnęłam po wielokrotnie wpominane wyżej źródło "Ocalone w tłumaczeniu." Brnę w nie z zapałem i chyba daję się uwieść błyskotliwemu językowi Barańczaka ;) Wspaniale rozprawił się z powiedzeniem "przekłady są jak kobiety - albo piękne, albo wierne." Uświadomił mi przy tym, że wierność tekstu może być stopniowalna, ale nie trzeba z tego robić dramatu i nazywać tłumaczenia "pójściem na ustepstwa." Przekonują mnie jego słowa, że "interpretacja translatorska w ostatecznym efekcie stwarza analogiczny - analogicznie funkcjonujący - tekst w innym języku etnicznym." Tak więc mają nam przejść dreszcze po plecach! Takie same, które przeszłyby po plecach Brytyjczyka czytającego oryginał Szekspira. Jak kontynuuje, "tłumacz poezji tłumaczy nie tylko po to, aby dorównać i przewyższyć, aby oryginalnemu tekstowi złamać kręgosłup jego językowego i formalnego oporu, lecz również po to, aby poczuć dreszcz ekstazy w kręgosłupie własnym. . . . dowiedzieć się tego w sposób absolutnie pewny można tylko przez sprawdzenie, czy podobne doznanie stanie się naszym udziałem, kiedy odtworzymy utwór w naszym własnym języku." Tym samym, uspokoił mnie, że nie popisuje się swoimi umiejętnościami poetyckimi tylko dlatego, że potrafi. Nie nagina Szekspira, by pokazać, że jest od niego lepszy. W poezji po prostu najważniejsze jest doznanie, a kto ma o tym wiedzieć lepiej, jeśli nie poeta? Do tego ze znakomitym przygotowaniem językowym, literackim, historycznym i kulturowym.

Nadal twierdzę, że wierność oryginalnemu tekstowi jest niezmiernie ważna. Dostrzegam jednak różnicę między przekładem, a interpretacją i muszę przyznać, że w przypadku poezji szala przechyla się na stronę interpretacji. Dużo tekstu przede mną, ale trafia do mnie argumentacja "Ocalone w tłumaczeniu " i mój werdykt pada na prace Barańczaka.

(Choć powinien wystosować jakieś orędzie do narodu z przeprosinami za swoją wersję, a raczej próbę interpretacji "Kruka" ;) )

Anna79
07-25-2011, 12:21
Słowa Barańczaka, które zacytowałaś w powyższym poście obrazują, to w jaki sposób traktuje on tłumaczenie poezji. Podchodzi on do tego profesjonalnie, ale nie brak w jego pracy emocji, które są odzwierciedlone w jego tłumaczeniach. Nie zauważyłam w tych cytatach nawet nutki podejścia materialistycznego, nastawienia na zysk płynący z tłumaczeń utworów literackich. Odnoszę wrażenie, iż to, co robi sprawia mu ogromną przyjemność i przynosi "duchową" satysfakcję. To wszystko przekłada się na przyjemność czytania dzieł przetłumaczonych przez niego oraz satysfakcję czytelnika.:)

StanLevitan
07-25-2011, 13:18
Wiele w tej dyskusji napisano o emocjach zakodowanych niejako w tekście poetyckim i roli przekladu w pośrednictwie ich przekazu. Problem w tym, że nie ma uniwersalnej metody wywolywania oczekiwanych doznań u odbiorcy, w tym przypadku poetyckiego, tekstu. Wie o tym sam jego autor, dlatego z rozmysłem dobiera środki, jakie mu posłużą do konstrukcji jego dzieła, jednocześnie przewidując jego odbiór. Wie przecież, że spodziewany przez niego efekt osiągnie tylko na czytelniku o podobnej do jego wrażliwości oraz wiedzy. To zupełnie naturalne i dlatego do tłumaczenia poezji najlepiej nadaje się poeta, mający podobne skojarzenia i podobnie czerpiący z tradycji literackiej. Właśnie na tym polega owa symetryczność funkcji, oddziaływania danego utworu w języku oryginału i przekładu, o której pisał Barańczak w cytowanym wyżej fragmencie. Podobną zasadę należy stosować w przekładzie jakiegokolwiek tekstu "branżowo" zorientowanego. Nie zaakceptowalibyśmy przecież tłumaczenia specjalistycznej pracy naukowej, które wygląda jak publikacja popularnonaukowa, lub traktatu etycznego jako poradnika w stylu "jak ulepszyć swoje życie" tylko dlatego, że byłyby łatwiejsze w odbiorze i bliższe przeciętnemu czytelnikowi. Proponuję zatem zdjąć ze sztandarów hasło "najważniejsze są emocje", bo niewiele to mówi, a samo w sobie jest niejednoznaczne (bo o jakie emocje chodzi? dowolne czy jakieś określone? dlaczego takie a nie inne?) i omija samą problematykę warsztatu translatorskiego.