PDA

View Full Version : Czy tłumaczenie nazw własnych ma sens?


Voy
09-06-2007, 10:10
Hej :)

Tłumaczę właśnie piosenkę Nicka Cave'a pod tytułem "The Ballad of Robert Moore and Betty Coltrane". No i właśnie, już z samym tytułem mam problem. Czy spolszczać te nazwiska? Waitsowy "Uncle Vernon" z Cmentarnej Polki został zamieniony na "Wuja Zenon", moim zdaniem świetne posunięcie. Ale co zrobić z "Betty Coltrane"? Przychodzi do głowy polska "Beata", ale Beata ma tę wadę, że ma trzy sylaby, co mi potem psuje szyki :)

No i co z nazwiskami? Jak pisze jodynka w innym wątku, trzeba wziąć pod uwagę czy angielskie nazwisko nie ma jakiegoś szczególnego znaczenia (np. czy John Finn nie jest przypadkiem Janem Kowalskim...[nie, nie jest, z tego co wiem]). Nic mi też nie wiadomo o szczególnym znaczeniu nazwisk Moore (tylko z Jamesem Bondem mi się kojarzy) ani Coltrane, ale może Wy coś wiecie?


"Robert Moore" wstępnie przełożyłem na "Robert Mróz", ale z tą Betty to nie mam żadnego pomysłu.. Będę wdzięczny za podzielenie się wiedzą, radami, sugestiami albo własnymi doświadczeniami w tłumaczeniu nazw własnych.

Tom z Sopotu
09-06-2007, 10:37
Nie jestem znawcą tematu, ale czy aby "Murder ballads" Cave'a nie są oparte na jakichś autentycznych wydarzeniach? Czy to totalna fikcja, czy też poetycki zapis autentycznych zbrodni? W tym ostatnim wypadku tłumaczenie nazwisk byłoby nie dość, że niewskazane, ale wręcz całkowicie niszczyłoby sens tekstu.

Voy
09-06-2007, 11:40
Z tego co wiem, Murder Ballads nie są oparte na faktach, ale też znawcą tematu nie jestem. Ta piosenka jest jednak z innego albumu, z "The Songs for a November Night".

Tom z Sopotu
09-06-2007, 13:10
Tak czy owak, byłbym ostrożny z tłumaczeniem naziwsk i nazw własnych. Myślę, że za każdym razem trzeba indywidualnie ocenić, na ile znaczące lub z innych powodów istotne jest dane nazwisko dla treści i klimatu utworu. Łatwo można popaść w niezamierzoną śmieszność przerabiając jakiegoś tam Smitha czy Doe na Kowalskiego. Dla mnie zazwyczaj "mniej swojskie" nazwiska wydają się bardziej "klimatyczne". Co innego samo imię, jak w wypadku wspomnianego "wuja Zenona" - jeśli w treści utworu nic poza tym nie wskazuje na umiejscowienie sytuacji w czasie i przestrzeni, można sobie na taki myk pozwolić.
Wiele też zależy od tego, na jaki użytek się tłumaczy tekst. Jeśli ma to być np. piosenka dla jakiegoś tutejszego barda czy zespołu, to może warto pokusić się o uczynienie sytuacji bardziej "lokalną", natomiast kiedy w grę wchodzi np. tłumaczenie utworów wchodzących w skład jakiegoś szerszego projektu, jak spektakl (np. musical), rozgrywający się w konkretnych realiach, to oczywiście lepiej się od takich zmian powtrzymać.
A przede wszystkim - i to jest chyba najbardziej uniwersalna i ogólna reguła - należy się (może przy pomocy osób z zewnątrz) po prostu wsłuchać, jak to brzmi. Czasem trudno określić, z jakiego powodu dane nazwisko będzie pasować, dlaczego będzie "żarło", lub też czemu wyda się zupełnie od czapki. Wtedy pozostaje tylko intuicja.

Sam skłaniam się zazwyczaj do pozostawiania nazw z oryginału. Tłumaczyłem kiedyś "Scarborough fair" (gdzieś tu chyba zresztą umieściłem to tłumaczenie). Pomijając kontrowersje, czy jest w ogóle sens tłumaczyć staroangielską pieśń na polski, nie zdecydowałem się na zastąpienie tytułowego Scarborough jakąś polską miejscowością, podobnie jak oryginalna znaną od wieków z odbywających się tam targów, choć pewnie by się jakaś znalazła, gdyby poszukać. Piosenka mówi o Scarborough, nie o Pcimiu, a ja nie piszę przeciez tej piosenki od nowa. Ja tylko "jestem tłumaczem!" - że zastrzegę niczym Dobrowolski w "Hydrozagadce". ;)
Zazwyczaj irytowała mnie w montypythonowskich tłumaczeniach Beksińskiego jego nieodparta pokusa przerabiania oryginalnych nazw i nazwisk na polskie. Czasem było to konieczne, jak w wypadku nazwisk znaczących (choć Beksiński nieraz bardzo daleko odbiegał od ich pierwotnego sensu), a czasem była tylko wyrazem niepotrzebnego przystosowywania na siłę oryginału do naszych realiów, jak wpieprzanie, zamiast nazw brytyjskich zespołów muzycznych, polskiego zespołu Klosterkeller, który akurat Beksiński lubił, a co było w całym kontekście (moim zdaniem) całkiem nietrafione - ni przypiął, ni wypiął. Lepiej nie przeszarżować - wierność oryginałowi łatwiej potem obronić. Wstrzemięźliwość w tym względzie wydaje mi się z zasady lepsza.

Gosia
01-04-2008, 12:33
Czuję, że znów mogę tu wtrącić swoje trzy grosze, ale po kolei.

Jeśli chodzi o gólne tendencje tłumaczeniowe, to nazwy własne pozostawia się w oryginale, przynajmniej w większości tekstów nieliterackich.

Co do utworów artystycznych natomiast, to oczywiście należałoby się dłużej zastanowić nad tym tematem. Ja po krótkim namyśle uważam, że kluczem do podjęcia decyzji w tej kwestii są... odbiorcy, dla których tekst jest przeznaczony.

Jeśli jest to piosenka dla wyrafinowanej publiki, lepsze w moim mniemaniu wydaje się pozostawienie oryginalnych nazw (z powodów choćby przez Toma wspomnianych). Jeśli natomiast jest to serial telewizyjny przeznaczony dla szerokiej i różnorodnej publiki, często wybiera się "lokalizację" jako opcję tłumaczeniową (czyli wybranie imion czy nazw znanych w kulturze języka, na który tekst jest tłumaczony).

Brzmi to sensownie?

karolina
01-07-2008, 12:57
Bardzo sensownie!

Zgodzę się, że często tłumaczenia "komercyjne" są lepsze i bardziej naturalne jeśli tłumacz dokonuje adaptacji (czyli tego, co Gosia nazwała lokalizacją). Więc w filmach, czy piosenkach, albo tekstach prasowych są one częstym fortelem.

Zasada mówiąca, iż nazwy własne pozostawiane są w języku oryginalnym dotyczy natomiast tekstów prawniczych i biznesowych - bo tam precyzja jest bardzo ważna.

Także praca tłumacza nigdy nie jest automatyczna - zawsze trzeba się zastanowić, jakie są priorytety i czemu tekst tłumaczony ma służyć...

jovila
01-09-2008, 12:18
Mam pytanie w związku z tym, co wcześniej napisaliście - Jeśli tłumaczę tekst medyczny, w którym występują nazwy własne różnych organizacji, instytutów badawczych itp, to jak należy je tłumaczyć? Zostawiać oryginał, czy przekładać dosłownie na polski. Ja wybrałam tłumaczenie na polski. Dobrze robiłam?

Tom z Sopotu
01-09-2008, 12:35
Ha, trudno orzec, to pewnie zależy od kontekstu i ogólnego charakteru tekstu. Takie np. WHO można spokojnie tłumaczyć, bo w Polsce funkcjonuje odpowiednik. Wydaje mi się też, że dopóki w nazwie nie funkcjonuje żadna nazwa własna, tzn. nazwa mówi tylko o ogólnej funkcji instytucji, tłumaczenie jest dopuszczalne (np. nazwę Instytut Psychiatrii Akademii Medycznej w Gdańsku można chyba spokojnie przetłumaczyć na angielski). Ale z drugiej strony, pewne instytucje są na tyle znane pod swoją oryginalną nazwą, że tłumaczenie jej byłoby tylko zaciemnianiem obrazu. Nie wiem, czy da się tu znaleźć jakąś uniwersalną regułę.

Gosia
01-09-2008, 12:49
Dokładnie! Całkowicie zgadzam się z Tomem. Z mojego doświadczenia powiem, że… nie ma reguły. Często nazwy własne też podlegają różnym „modom” na tłumaczenie, bądź pozostawianie w oryginale. Tak na przykład Word Heath Organisation jest najczęściej Światową Organizacją Zdrowia, a już Massachussets Institute of Technology to po prostu MIT. Mniej znane organizacje można przetłumaczyć na polski, jeśli pełnią one podobne funkcje, jak w innych krajach (na przykład różne stowarzyszenia handlowe). Dla mnie najlepszym weryfikatorem takich nazw jest… Internet. Za każdym razem, kiedy coś tłumaczę i spotykam się z nazwą własną wpisuję ją w wyszukiwarkę w obu wersjach językowych i dopiero wtedy podejmuję decyzję.

clava
01-09-2008, 13:10
A co myślicie o tłumaczeniach imion bohaterów u Szekspira na przykład. Dlaczego we Śnie Nocy Letniej Hermia i Helena są Hermią i Heleną, a Bottom jest Spodkiem? Czy nie utrudnia to potem dyskusji w międzynarodowym towarzystwie? W końcu oczekuję, że dyskutując o Szekspirze z Włochem, Turkiem i Chińczykiem będziemy mieli takie same wyobrażenie o bohaterach sztuki, i będziemy w stanie jednoznacznie ich zidentyfikować. Tutaj artystyczny kunszt tłumacza w przekładzie imion bohaterów może być przeszkodą, prawda? Co sądzicie?

jovila
01-09-2008, 13:33
Gosia i Tom, dzięki za wskazówki, normalnie nie wiem, co bym bez was zrobiła ;) You're simply the best!

iwona
01-09-2008, 13:48
W odpowiedzi na post Clavy a propos tłumaczenia imion bohaterów literackich:

Hm, w sumie to wcześniej nie zaprzątało to moich myśli, ale muszę przyznać, że to ciekawy problem. Bo jeśli przekład ma w pełni odzwierciedlać tekst oryginalny, to tłumacz nie powinien zbyt ingerować w tożsamość bohaterów przekształcając ich imiona. Poświęciłam chwilę na zgłebienie tego tematu w necie i znalazłam ciekawą opinię członka fanklubu serialu Star Trek. Pozwolę sobie zacytować z

http://tlumok.republika.pl/b5&tng.htm

Autorem poniższej wypowiedzi jest Peter (peterp1@kki.net.pl)

<<4. Tłumaczenie nazw własnych statków i planet.
I na tym polu tłumacze się nie sprawdzili. Raz tłumaczą nazwę, raz nie.
Oczywiście nie powinno się tłumaczyć nazw własnych! Tymczasem niedawno pojawił się kwiatek w postaci przetłumaczenia nazwy statku "Renegade". Co ciekawe przetłumaczono ją poprawnie ("Renegat"), ale sam pomysł tłumaczenia nazw jest głupotą. Czy tłumaczymy na przykład nazwy amerykańskich wahadłowców kosmicznych? Czy mamy "Odkrycie" zamiast "Discovery"? Albo "Atlantydę" zamiast "Atlantis"? Nie!
Skoro nie tłumaczą nazwy "głównego" statku (USS Enterprise) czy innych pojawiających się gościnnie (np. USS Stargazer) to niech będą konsekwentni!
I proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie namawiam, broń Boże, do przetłumaczenia nazwy Enterprise. Po prostu lepiej zostawić nazwy w wersji oryginalnej.
Podobnie ma się sprawa z klasyfikacją statków kosmicznych. Klasa statku bierze swą nazwę od pierwszego statku tej serii jaki wyprodukowano. Na przykład Enterprise jest statkiem klasy Galaxy i nie wolno tego tłumaczyć jako "klasa galaktyczna" czy tym podobne bzdury!
Nazwy niektórych miejsc - planet i stacji również budzą poważne zastrzeżenia.
5. Nazewnictwo przedstawicieli innych cywilizacji.
Tłumacze mają irytujący zwyczaj stosowania polskiej deklinacji do nazywania obcych. Mamy więc: Klingończyków zamiast Klingonów, Romulańczyków zamiast Romulan... itp. Przypuszczam, że istnieje na to jakaś reguła gramatyczna. Przyznaję się bez bicia - nie znam jej, ale jak to się dzieje że jest stosowana niezmiennie do przedstawicieli wszystkich napotykanych cywilizacji? Na Ziemi są wprawdzie Chińczycy czy Koreańczycy, ale z tego co wiem nie ma Amerykańczyków, Belgijczyków, itp. Podejrzewam, że również tłumacze nie znają zasad odmiany....
Podobnie ma się sytuacja z rasą o nazwie Ferengi. Tłumacze zmienili ją na "Ferengowie". Paskudztwo. >>

Moim zdaniem ma Peter dużo racji :)

Tom z Sopotu
01-09-2008, 14:00
A co myślicie o tłumaczeniach imion bohaterów u Szekspira na przykład. Dlaczego we Śnie Nocy Letniej Hermia i Helena są Hermią i Heleną, a Bottom jest Spodkiem? Czy nie utrudnia to potem dyskusji w międzynarodowym towarzystwie? W końcu oczekuję, że dyskutując o Szekspirze z Włochem, Turkiem i Chińczykiem będziemy mieli takie same wyobrażenie o bohaterach sztuki, i będziemy w stanie jednoznacznie ich zidentyfikować. Tutaj artystyczny kunszt tłumacza w przekładzie imion bohaterów może być przeszkodą, prawda? Co sądzicie?

O dyskusję bym sie nie martwił, bo jeśli już na tak wyspecjalizowane tematy chcesz dyskutować, to pewnie zadasz też sobie trud sprawdzić, jak było w oryginale (zważywszy na wspomniane tu w innym miejscu "wolne" częstokroć tłumaczenie Szekspira, byłoby to nawet wskazane z innych względów).

Kiedyś w pewnych kręgach szeroko odbiła się dyskusja o dwóch tłumaczeniach "Władcy pierścieni" - w jednym (powszechnie uważanym za lepsze, ale jak dla mnie i tak słabym) zachowano oryginalne imiona, w drugim natomiast - mocno krytykowanym - przetłumaczono ich znaczenie. Co - jeśli się przeczyta końcowe wyjaśnienia Tolkiena, że on sam jakoby tłumaczył imiona i nazwiska z "hobbickiego" na angielski - ma jednak pewne uzasadnienie i wydaje się bardziej zgodne z intencją samego autora.

Innym przykładem jest tłumaczenie "Trainspotting" (zresztą w ogóle bardzo trudne ze względu na używany w oryginale slang regionalny) - w książce tłumacz starał się przenieść pewne znaczenia, nie jestem pewien na ile trafnie, tłumacząc ksywy bohaterów (np. Rent - od imienia Renton - na Czynś lub Begby na Żeber). W filmie natomiast olano tak dokładne tłumaczenie i występowały tam ksywy angielskie. Nie wiem, która metoda jest lepsza - jeśli tłumaczenie jest zrobione naprawdę dobrze, to nie widzę znaczących przeciwskazań, ale też nie upierałbym się, że trzeba tłumaczyć. Wszystko zależy od przyjętej konwencji.

Przypomniała mi się natomiast trzecia opcja, najgorsza. Kiedyś wydawane były takie tanie edycje książek Karola Maya, potem innych autorów. Była wśród nich książka "Kiddie, dziecię obozu". Tłumacz przyjął tam nieznośną wprost konwencję - pozostawił wprawdzie oryginalne nazwiska, ale żeby ułatwić polskiemu czytelnikowi ich wymowę, wprowadził pisownię fonetyczną. John był tam więc Dżonem, Walter - Łolterem, a sam główny bohater, Kiddie Birkenshaw - Kiddim Birkenszo. :-)))

Tom z Sopotu
01-09-2008, 14:04
Skoro nie tłumaczą nazwy "głównego" statku (USS Enterprise) czy innych pojawiających się gościnnie (np. USS Stargazer) to niech będą konsekwentni!

Hehehehe! A wyobraźcie sobie, że ja kiedyś ogladałem w polskiej telewizji któryś ze starszych pełnometrażowych "Star Treków", jeszcze przed spopularyzowaniem nowej serii i seriali satelickich, w którym bohaterowie przemierzali "kosmos - ostatnią granicę" na pokładzie statku - wyraźnie słyszałem lektora - "Przedsiębiorczość". :-)

Gosia
01-10-2008, 13:01
Co do Tolkiena, to ja zdecydowanie opowiadam się za hobbitami zamiast niziołków... Dzięki trylogii nawet osoby nie znające angielskiego wiedzą, co to jest Shire :)

Nawet w przypadku ambitnego podejścia tłumacza w kwestii przekładu imion bohaterów w "Trainspotting", wolę jednak oryginalne ksywy.

A wręcz niewiarygodne wydaje mi się to, co zrobił tłumacz we wspomnianej przez Toma książce Karola Maya. Tak to jest jak chce się przedobrzyć. Aurea Mediocritas - ciśnie się na usta ;)

Tom z Sopotu
01-10-2008, 13:54
Co do Tolkiena, to ja zdecydowanie opowiadam się za hobbitami zamiast niziołków... Dzięki trylogii nawet osoby nie znające angielskiego wiedzą, co to jest Shire :)
Nawet w przypadku ambitnego podejścia tłumacza w kwestii przekładu imion bohaterów w "Trainspotting", wolę jednak oryginalne ksywy.
A wręcz niewiarygodne wydaje mi się to, co zrobił tłumacz we wspomnianej przez Toma książce Karola Maya. Tak to jest jak chce się przedobrzyć. Aurea Mediocritas - ciśnie się na usta ;)

Zdaje się, że niziołki były akurat najmniejszym przewinieniem, zdaniem fanów, w tym drugim tłumaczeniu. Zresztą gdzieniegdzie się przyjęły - Sapkowski np. umieszcza niziołków w swoich książkach. Nie czytałem jednak "Władcy pierścieni" w tej wersji, wystarczająco mocno mnie irytowało to ponoć lepsze tłumaczenie Skibniewskiej, choć może to po prostu wina samego Tolkiena, którego jeśli chodzi o warsztat pisarski nie cenię w ogóle.

Czytałem pierwszą wersję tłumaczenia "Trainspotting", jeszcze pod tytułem "Ślepe tory", późniejsze wydania zachowywały już tytuł oryginału (swoją drogą też nieprzetłumaczalny - przedtem o trainspottingu słyszałem tylko w Latającym Cyrku Monty Pythona, choć tam chodziło o liczenie wielbłądów bodajże :-). Z tego co kojarzę, tłumacz książki zapowiadał, że będzie jeszcze pracował nad tym tłumaczeniem, więc być może obecnie funkcjonuje już całkiem inna wersja.

Natomiast co do "Kiddiego" (to nie był May, ale autora nie pamiętam, a serię wydawniczą zaczął "Winnetou"), to nie wykluczam, że tłumaczenie było stare - w tamtych wydaniach sięgano po książki zapomniane, często nawet po przedwojenne przekłady, a dawniej w ogóle więcej eskperymentowano. Czyż owocem podobnych działań nie są zakorzenione już w naszym języku Szekspiry zamiast Shakespeare'ów, Szopeny zamiast Chopinów, Kartezjusze zamiast Descartesów itd.? Nawet przywołany przeze mnie KAROL May był de facto Karlem, a ja go sobie odruchowo spolszczyłem.

Gosia
01-10-2008, 21:26
Odpowiedź Toma brzmi na tyle sensownie, że trochę czasu zajęło mi wymyślenie argumentów podtrzymujących mój niesmak do Dżonów i Łolterów.
I chyba wymyśliłam :D

Kluczem, niespodziewanie jest "brzytwa Ockhama", czyli zasada by nie mnożyć bytów ponad potrzebę (przydaje się czasem zamiłowanie do filozofii :) )

Potrzeby w przypadku Dżona nijak nie mogę się doszukać, bo jeśli chcemy spolszczyć, to weźmy rodzimego Jana. Co do Waltera to nawet Scotta nie widziałam spolszczonego, więc tym bardziej nie widzę takiej konieczności w przypadku bohatera powieści przygodowej.

A z Chopinem to już jestem w stanie zrozumieć. Dajmy masom wersję nie narażającą ich na dylematy natury fonetycznej.

Możnaby teraz polemizować ze mną i twierdzić, że dokładnie taki sam cel natury fonetycznej przyświecał tłumaczowi powieści skierowanych do dzieci. Ale tu stanę w obronie potencjału naszego intelektu w stanie rozkwitu i bronić będę prawa młodzieży do ogólnego rozwoju, a nie stawiania zaściankowych barykad...

theagata
01-11-2008, 10:25
No no no... Ale filozoficznie się tu zrobiło. Niespodziewanie zainspirował mnie ten wątek o spolszczonych wersjach imion obcojęzycznych. Ja bym go jeszcze poszerzyła o nazwy takie jak: Pekin, Paryż, czy Waszyngton. Tutaj dopatruję się tej samej zasady o której wspomina Gosia - fonetyczne ułatwienie użytkownikom języka polskiego operowania nazwami z innych środowisk kulturowych. I zgodzę się z Gosią, że w przypadku literatury nie widzę potrzeby nadmiernego ułatwiania lektury przez adaptację imion bohaterów (ani fonetyczną, ani kulturową). Przychodzi mi na myśl jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa - "Dzieci z Bullerbyn" i osobowości, które trwale odcisnęły swoje piętno w mojej wyobraźni - Lasse i Bosse. Nie wyobrażam sobie po prostu, by tłumacz miała ich "przerobić" na przykład na Ludwiczka i Barteczka... Albo Laska i Boska. A fe!!!

Tom z Sopotu
01-11-2008, 12:38
Też uważam to za pomysł beznadziejny i szczerze mówiąc, choć sam tego używam, także Szekspir z Monteskiuszem mnie mierżą nieco.

Natomiast właśnie 5 minut temu wróciłem ze spotkania z Januszem Korwin-Mikkem, które obsługiwałem dziennikarsko, a który to Mikke - jak zwróciłem uwagę przez całą tę naszą dyskusję - konsekwentnie spolszcza imiona zagraniczne. Jest więc Jerzy Bernard Shaw, Józef Goebbels i Hilaria Clinton. :-)

Gosia
01-11-2008, 13:02
Cóż, w przypadku Korwina Mikke trudno zidentyfikować pobudki, jakie nim kierują ;) Ciekawe co kryje się pod terminem "obsługa dziennikarska"? Zaintrygowało mnie to.

Tom z Sopotu
01-11-2008, 13:16
Obsługa dziennikarska oznacza, że idę na spotkanie i reprezentuję na nim redakcję, a potem ewentualnie piszę relację.

A przy okazji: Korwina-Mikke, z myślnikiem, czy Korwin Mikkego, bez myślnika? Zakładam, że nazwisko to Mikke, natomiast Korwin to herb rodowy (Janusz Mikke herbu Korwin), acz z czasem stał się on najwyraźniej integralną częścią nazwiska. Czy herb piszemy zatem z myślnikiem, czy oddzielnie? I czy go deklinujemy, czy pozostawiamy nieodmiennym? Czy jeśli moja rodzina nosi herb Nowina, to jestem Tomaszem Nowiną-Borkowskim, czy Tomaszem Nowina Borkowskim, względnie Borkowskim-Nowina?

Cholera, przepraszam - wyszła dygresja, a postulowano żeby ich nie robić... ;-)

Gosia
01-11-2008, 13:43
Dziękuję Tom za sprecyzowanie obsługi dziennikarskiej :)

Niestety nie odwdzięczę się wiedzą na temat pisowni nazwiska Mikke (Mikkego??), gdyż wiedza moja na ten temat zbyt uboga. Nie wiedziałam nawet, iż Korwin jest herbem szlacheckim.

Śledząc trendy internetowe, Korwina-Mikke wygrywa, choć ta druga wersja ma również ponad 30 tysięcy zastosowań.

Ale numer!!!

Klempicz
01-13-2008, 22:37
Witam,

z tego co pamiętam on sam (Janusz Korwin-Mikke znaczy) kiedyś o tym mówił - i wychodzi na to, że powinno się mówić "Janusza Korwin-Mikkego". A w przypadku nazwisk, jeżeli jest jakakolwiek wątpliwość, ponoć sam posiadacz (nosiciel? :D ) ma decydujące słowo. Chyba, że nazwiskiem jest rzeczownik własny bądź rzeczownik pospolity, które wtedy - dla odróżnienia - odmienia się inaczej. Trochę zamotałem chyba... Mam na przykład kolegę, który nazywa się Radek Radom i zawsze "idę do Radoma", "spotykam się z Radomem" (nie "Radomia", "Radomiem") itd. Teraz chyba wszystko jasne...

Pozdrawiam!

Klempicz
01-13-2008, 22:39
Tak na przykład Word Heath Organisation jest najczęściej Światową Organizacją Zdrowia

Eee, ja bym to przetłumaczył jako "Organizacja słownego wrzosowiska" :D:D:D

PS. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać...

Gosia
01-14-2008, 08:30
Eee, ja bym to przetłumaczył jako "Organizacja słownego wrzosowiska" :D


Piękne tłumaczenie;) Szczerze pisząc to wrzosowiska byłam świadoma i nie wysyłałam sprostowania, bo sądziłam, iż literówka była zbyt banalna. Ale dopiero Klempicz mi uświadomił, że błędów było więcej. Cóż, chyba przebadam się na dysortografię ;)

Tom z Sopotu
01-14-2008, 13:47
z tego co pamiętam on sam (Janusz Korwin-Mikke znaczy) kiedyś o tym mówił - i wychodzi na to, że powinno się mówić "Janusza Korwin-Mikkego".

A pisać z myślnikiem czy bez? :-)

A w przypadku nazwisk, jeżeli jest jakakolwiek wątpliwość, ponoć sam posiadacz (nosiciel? :D ) ma decydujące słowo.

Nie jestem przekonany, czy zawsze. Są ludzie, którzy np. z czystego snobizmu każą nie odmieniać swojego nazwiska. Pamiętacie ministra nazwiskiem Boni? Żądał, żeby mówić o Michale Boni, a nie Bonim. Potem go zresztą jakiś felietonista obśmiał, że Verdiego się odmienia, Gaudiego się odmienia, Vivaldiego się odmienia, tylko Boni jest nazwiskiem zbyt szlachetnym, żeby podlegać tej samej regule. :-)
Ale Boni to jeszcze pół biedy, bo kończy się na samogłoskę i to jeszcze od biedy by uszło. Kiedyś jednak w swej dziennikarskiej praktyce przeprowadziłem rozmowę z gościem nazwiskiem Theisebach. Posłałem mu tekst do autoryzacji, a on mi się przyczepił do nagłówka: "z Bogdanem Theisebachem rozmawia Tomasz Borkowski" - i mówi, że ma być "z Bogdanem Theisebach". No nijak mi to nie brzmi, a korekta w naszej gazecie, po dłuższych dyskusjach, postawiła na swoim, uznając że to nazwisko podlega tak jak inne regułom języka - zostało więc "z Theisebachem".

jacek
01-06-2009, 20:56
[QUOTE=Voy;168]Hej :)

Tłumaczę właśnie piosenkę Nicka Cave'a pod tytułem "The Ballad of Robert Moore and Betty Coltrane". No i właśnie, już z samym tytułem mam problem. Czy spolszczać te nazwiska? Waitsowy "Uncle Vernon" z Cmentarnej Polki został zamieniony na "Wuja Zenon", moim zdaniem świetne posunięcie. Ale co zrobić z "Betty Coltrane"? Przychodzi do głowy polska "Beata", ale Beata ma tę wadę, że ma trzy sylaby, co mi potem psuje szyki :)

witaj, jeśli mogę Tobie coś zasugerować. Dla mnie świetny w tym temacie jest przekład utworów Tolkiena Marii Skibniewskiej. większość imion własnych pozostawiła oryginalnych i właśnie świetnie. ale niektóre, naprawdę tylko niektóre zostały przetłumaczone. myślę i zawsze czułem że to przykład świetnie zachowanej równowagi. ciekawą sprawą jest koń Gandalfa. w oryginale Shadowfax, przetłumaczono na Gryf. naprawdę niezwykłe. a Bilbo Baggins pozostał Bilbo Baggins i właśnie świetnie, znakomicie. pozdr

Tom z Sopotu
01-06-2009, 21:59
Dla mnie świetny w tym temacie jest przekład utworów Tolkiena Marii Skibniewskiej. większość imion własnych pozostawiła oryginalnych i właśnie świetnie. ale niektóre, naprawdę tylko niektóre zostały przetłumaczone. myślę i zawsze czułem że to przykład świetnie zachowanej równowagi. ciekawą sprawą jest koń Gandalfa. w oryginale Shadowfax, przetłumaczono na Gryf. naprawdę niezwykłe. a Bilbo Baggins pozostał Bilbo Baggins i właśnie świetnie, znakomicie. pozdr

No ale dlaczego to niby takie świetne i niezwykłe? Dlaczego np. uznajesz przetłumaczenie "Shadowfax" jako "Gryf" za dobre (tak wyczuwam)? Dla mnie to sromotna ucieczka od problemu, a więc klęska tłumacza. Mnie tam tłumaczenie Skibniewskiej nie zachwyca wcale. Ale to może po trosze wina oryginału, który też nie jest wybitny stylistycznie.

michalina
01-10-2009, 20:33
No tak,ale co w takim razie z nawiskami znaczącymi i przezwiskami...? Nie każdy musi znać język oryginału.

Tom z Sopotu
01-10-2009, 21:05
No tak,ale co w takim razie z nawiskami znaczącymi i przezwiskami...? Nie każdy musi znać język oryginału.

Odpowiedź daje końcówka "Władcy pierścieni", w której Tolkien wyjaśnia, jak to się starał rzekomo przełożyć na angielski oryginalne znaczące imiona i przezwiska Hobbitów na przykład, albo coś tam tłumaczył z elfiego języka. Dla mnie to jakaś piętrowa bzdura (tłumaczyć, niby to dla dobra czytelnika, z wymyślonego przez siebie języka, którego się zresztą wcale w książce nie używa, na ludzki) i dowód na paranoję autora, ale pokazuje to tez kierunek, w jakim powinien - zapewne zdaniem samego Tolkiena - iść tłumacz. I choć nie czytałem tego odsądzanego od czci i wiary drugiego tłumaczenia, to słyszałem o nim tyle, by podejrzewać, że ów tłumacz (niestety, nazwiska nie pomnę) starał się pójść tym właśnie tropem - przekładał znaczące imiona na nasze, również znacząco. Cóż, sądząc z pełnej gniewu reakcji fanów, nie powiodło mu się, zapewne dlatego, że nie dość dobrze załapał klimat książki, a może dlatego, że brak mu było wyczucia językowego, by zrobić rzecz dobrze i pobłądził robiąc np. z krasnoludów krasnoludki, ale to nie dyskredytuje trafności metody samej w sobie. Skibniewska natomiast sprawę olała, jest niekonsekwentna - raz coś tłumaczy, innym razem nie, nie wiadmo według jakiej reguły. Jestem jak najdalszy od tych typowych ocen, które gloryfikują przekład Skibniewskiej tylko dlatego, że jest lepszy od tego drugiego. Jest bowiem też taka możliwość, że oba są kiepskie. Albo średnie.

adam
01-12-2009, 17:16
Mam pytanie w związku z tym, co wcześniej napisaliście - Jeśli tłumaczę tekst medyczny, w którym występują nazwy własne różnych organizacji, instytutów badawczych itp, to jak należy je tłumaczyć? Zostawiać oryginał, czy przekładać dosłownie na polski. Ja wybrałam tłumaczenie na polski. Dobrze robiłam?

A ja bym zostawił oryginalne (zawsze może być jednak przypis tłumacza) :)

nataje
05-23-2011, 19:07
Zastanawia mnie jakie jest Wasze podejście do tłumaczenia nazw własnych, które niosą ze sobą jakieś znaczenie, które w sposób bezpośredni bądź pośredni, wiąże się z fabuła utworu. Czy należy wymyślić odpowiednik, który ma podobne zabarwienie czy zostawić tak jak jest w oryginale, gubiąc tym samym cechy, które ze sobą niesie ? A może posłużyć się przykładem tłumacza sagi o Potterze, Andrzeja Polkowskiego, który nie szuka polskich odpowiedników, ale dodaje coś w stylu słownika, na końcu książki, w którym przybliża charakterystykę danej postaci? Tłumacze podchodzą do tego różnie, niektórzy piszą, że jeśli jest to imię powinno pozostać takie samo a jeśli np. pseudonim lub ksywka, powinno się to przetłumaczyć? A co Wy o tym myślicie ?

x_Jiro_x
05-23-2011, 19:42
Wydaje mi się, że wszystko zależy od grupy odbiorców, a także od tego czy świat przedstawiony jest realistyczny czy nie. Osobiście uważam, że w książkach dla dzieci należałoby tłumaczyć pseudonimy, jeżeli mają jakiś związek z fabułą, charakterem danej postaci, etc. Dzieciom z pewnością łatwiej byłoby czytać w pełni polskie 'telling names'. W książkach przeznaczonych dla starszych czytelników zawsze można zostawić pseudonim, dodając przypis albo spis na końcu książki. Tak samo jeśli chodzi o rodzaj świata w książce. Tłumaczenie imion nie jest tak rażące, jeżeli jest ono przeprowadzone w książce, gdzie świat jest w całości fikcyjny (patrz: Świat Dysku Pratchetta, w którym telling names jest bardzo dużo). Przeszkadzałyby mi natomiast polskie tłumaczenia imion postaci (ludzkich) w, dajmy na to, wspomnianej sadze o Potterze, w której mimo elementów fantastycznych jest też sporo realizmu.

Samisa
05-23-2011, 21:16
Zgadzam się z moim poprzednikiem co to tłumaczenia dzieł dla dzieci. Mimo,iż są to młodzi ludzie,są niezwykle wymagający,a tłumaczenie telling names z myślą o odbiorcy,którym jest dziecko, może być prawdziwą frajdą:). Mamy duże pole do popisu w tej sferze.
Według mnie tłumaczenie telling names w literaturze skierowanej do starszych odbiorców nie powinno mieć miejsca. Przypisy, słowniczki - jak najbardziej. Jednak tłumaczenie zawsze niesie ryzyko utraty znaczenia, co w kwestii telling names jest wyjątkowo fragile :) W końcu nie chcemy aby cokolwiek umknęło czytelnikowi.

nataje
05-23-2011, 21:24
Zgadzam się z Wami, tłumaczenie telling names wymaga dużej kreatywności od tłumacza, ale czasami bywa ryzykowne i może otrzeć się o nienaturalność, bardzo łatwo tutaj też o przesadę. Wracając do Polkowskiego, który bardzo dobrze, wg mnie, poradził sobie z tym problemem, mimo tego, że zostawił imiona czy nazwy nieprzetłumaczone, nie utracił żadnego ze znaczeń poprzez dodanie słowniczka. Bardzo pomysłowe rozwiązanie.

nensha
05-23-2011, 21:30
Jeśli chodzi o Andrzeja Polkowskiego (którego swoją drogą bardzo cenię jako tłumacza :)) powiem tyle - jako brzdąc, zaczytując się serią o Harrym Potterze i nieszczególnie znając język oryginału, bawiły mnie wszystkie nazwy, które przetłumaczył, idealnie współgrały z książką, nie były "nachalne". A gdy dorosłam, poznałam język i wczytałam się lepiej w słowniczek, w którym słowa obce przestały być obce, doceniłam geniusz tego pana w całości :)

aga/stycz
05-27-2011, 12:50
Proper names sprawiają tłumaczom sen z powiek, dlatego dobrze jest znać różne techniki, dzięki którym nasze tłumaczenia będą bardzo bliskie oryginałowi i będą odgrywały podobne funkcje jak zawarte w oryginale imiona i nazwy własne. Proponuję zwrócic uwagę na angielskojęzycznych autorów, których prace naszpikowane są trudnymi do "ugryzienia" proper names. J. K. Rowling, Terry Pratchett?? Ktoś jeszcze? Macie jakies pomysły?

A poniżej kilka linków z artykułami na temat tłumaczenia proper names. Moze któś również znalazł jakieś materiały na ten temat??

http://www.articlesbase.com/science-articles/translation-of-proper-names-2032210.html
http://translationjournal.net/journal//45proper.htm

kathe1987
06-07-2011, 16:41
Tutaj jest fajny artykuł o tłumaczeniu nazw właśnie w Harrym Potterze: http://translationjournal.net/journal/49potter.htm

Polkowski najczęściej stosuje chyba polonizację imion (Minerwa, Syriusz) ale ciekawie przetłumaczone jest też słowo mugol.

aga/stycz
06-07-2011, 18:07
Właśnie, w Harrym Potterze możemy znaleźć mnóstwo proper names, które są moim zdaniem świetnie przetłumaczone...
Aczkolwiek wiele imion pozostawionych zostało w formie oryginalnej (Ronald Weasley, Voldemort, Albus Dumbledore, Severus Snape, Dedalus Diggle, Neville Longbottom, Argus Filch, czy Draco Malfoy). Niestety, niektóre nazwy własne z powyższej grupy zawierają w sobie pewne informacje na temat postaci do których się odnoszą, a informacje te nie są jasne dla polskiego czytelnika: imię "Severus" (wzmocnione nazwiskiem "Snape" które w polskim tłumaczeniu brzmi "wąż") nie powoduje u polskiego czytelnika skojarzeń z surowością nauczyciela (angielskie severe to polskie „surowy").

Polkowski znalazł jednak wyjście z tej trudnej sytuacji - na końcu książki zawarł słownik. Może więc to jest jakieś wyjście...

monix
06-07-2011, 18:58
Faktycznie, jest to może i jakieś rozwiązanie. Nie można tez popadać ze skrajności w skrajność. Swoją drogą takie imię Voldemort same w sobie wywołuje dosyć niemiłe skojarzenia ; )

aga/stycz
06-07-2011, 19:02
Co do Voldemorta to znalazłam coś ciekawego, drugie dno:
"W końcu fakt, że francuskie "vol de mort" oznacza w dosłownym tłumaczeniu „ucieczkę przed śmiercią" wydaje się być kluczowym dla całego procesu narracji gdyż sugeruje to na czym najbardziej zależy opisywanej w tym miejscu postaci. Co więcej, w polskim tekście nazwa traci swoje semiotyczne znaczenie, związane w oryginale z niechęcią jaką Anglicy darzą Francuzów i faktem że angielskie nazwiska o francuskim pochodzeniu należą często do arystokratów (w przeciwieństwie do tych pochodzenia anglosaskiego), co wydaje się istotne jeśli chodzi o problem rasizmu i „czystości krwi" poruszany przez Rowling."

Czyli to nieuniknione, ze w tłumaczeniu tracimy ważną część, tego co autor miał na myśli...

x_Jiro_x
06-07-2011, 19:41
Dokładnie. Czasami po prostu nie da się zachować wszystkiego. W przypadku Voldemorta największy dylemat polega na tym czy zachować wierność oryginałowi i nie tłumaczyć w ogóle nazwy własnej, czy może odwrotnie, przetłumaczyć stawiając głównie na znaczenie tego jak się nazywa.

aga/stycz
06-07-2011, 20:02
W większości przypadków Polkowskiemu udaje się odzwierciedlić znaczenie danej nazwy własnej... Na przykład w tłumaczeniu nazw czterech domów w Howardzie. Tłumacz zdecydował się na zachowanie angielskich nazw ale używa spolszczeń: Gryfoni, Ślizgoni, Krukoni oraz Puchoni. Odpowiedniki te zręcznie oddają znaczenie oraz charakter poszczególnych domów i ich mieszkańców.

kathe1987
06-07-2011, 20:53
Polkowski w ogóle zastosował fajne chwyty, trochę zostawiajac wersji angielskich a trochę tłumacząc na polski. Jednak jak by nie patrzeć angielski czytelnik wyciagnie z tekstu więcej treści niż polski (np takie nazwiska jak Longbottom ;) albo Dumbledore - niby trzmiel a może i powinien kojarzyć się ze złotem..?). Myslę, też, że tak jak monix zauważyła, niektóre proper names budzą już skojarzenia, a to dlatego, że nawiązują też do łaciny, a ta pojawia się i w polskim języku.

aga/stycz
06-07-2011, 21:26
Tak, tak, jednak polski czytelnik (w wieku gimnazjalnym najczęściej), nie zna łaciny do tego stopnia aby skojarzyć te nazwiska z czymkolwiek więc w rezultacie nic mu one nie mówią...

x_Jiro_x
06-08-2011, 14:41
Uważam, że jeśli nazwa własna nie jest wymyślona przez autora, a funkcjonuje w prawdziwym świecie, to o ile nie ma przyjętego przez społeczeństwo odpowiednika, powinna być pozostawiona w języku oryginału. Nazwy wymyślone, jak w Harrym Potterze, mogłyby zostać przetłumaczone, o ile nie są to nazwiska. Myślę, że tłumacząc nazwisko tłumacz może trochę za bardzo wejść w rolę autora.

hanabi25
06-08-2011, 15:59
Zgadzam się, że jeśli chodzi o nazwiska, tłumacz nie powinien szukać na siłę odpowiednika tylko pozostawić oryginał. Często tłumacząc nazwy własne, jak zauważyliście wcześniej, tracą one "to coś". Stają się zwykłymi nazwami, z którymi ciężko cokolwiek skojarzyć, nie mówiąc już o łacinie..:D

x_Jiro_x
06-08-2011, 16:22
Hm, a co jeśli mówimy o pseudonimach? Czy również dobrze jest zostawić je tak jak są w oryginale, podobnie jak z nazwiskami, czy może tłumacz może sobie tutaj pozwolić na nieco większą wolność?

Kajutka
06-08-2011, 20:00
Jeśli chodzi o Polskowskiego to moim zdaniem nie trzymał się on pierwotnego założenia. Dziwne, że cześć nazw własnych zostawił, a część przetłumaczył jak np. nazwisko magistra magii "Knot", w oryginale te nazwisko brzmiało inaczej. W takim razie powinien zamienić również nazwisko nauczyciela od eliksirów "Snape" oraz nazwiska innych postaci, których imiona często odpowiadały charakterom bohaterów.

aga/stycz
06-08-2011, 20:34
hmmm, co do Snape'a to nie wydaje mi się zeby tłumaczenie tego nazwiska było jakos bardzo istotne, wystarczy że przeczytamy nawet początke ksiązki i od razu mamy obraz tej postaci.... dlatego sądzę, ze Polkowski przetłumczył tylko te nazwiska, które dają czytelnikowi jakąs wiedzę (jakiej nie mógłby wyciągnąc podczas lektury) a drugi powód moze byc taki, ze po prostu niektóre są trudne do wymówienia czy nawet przeczytania i dlatego łatwiej i przyjemniej jest gdy są przetłumaczone. sądzę ze lepiej czyta się o Korneliuszu Knocie a nie o Corneliusie Fudge'u... ;p właśnie nawet nie wiem jak to odmienić.. kolejny powód do tłumaczenia tego nazwiska;p

climhazzard
06-08-2011, 20:49
Ja z kolei uważam, że idealnie byłoby trzymać się jednej wersji, tj. albo wszystkim nazwiskom nadać elementy obcości (zostawić jak jest w oryginale), albo wszystkie udomawiać. Po podjętej raz decyzji, reszta powinna odbywać się konsekwentnie, nawet kiedy nazwisko jest trudne w wymowie ; ) Pozostaje tylko kwestia, która opcja jest lepsza? Osobiście obstaję przy zostawianiu nazw pierwotnie użytych.

Hm, a co jeśli mówimy o pseudonimach? Czy również dobrze jest zostawić je tak jak są w oryginale, podobnie jak z nazwiskami, czy może tłumacz może sobie tutaj pozwolić na nieco większą wolność?
Zależy, jak wszystko ; ) Znowu opowiem się za pozostawianiem ich takimi, jakie są. Jeśli jednak jakiś pseudonim ma kluczowy wpływ na to, jak postać powinniśmy postrzegać, chyba można wykazać się twórczością. Grunt, żeby nie przedobrzyć.

Kajutka
06-08-2011, 22:49
Zgadzam się z climhazzard... Ciekawy przypadek "Kubuś Puchatek" i "Fredzia Phi Phi" to dopiero.... chociaż tłumacznie drugie było wierniejsze niż tłumaczenie Ireny Tuwim... Jednak jakoś tak "Kubuś" bardziej do mnie przemawia, ale to może dlatego, iż jest to już "zakodowane" w naszej kulturze.

A jeszcze ciekawy temat to tłumaczenia imion królewskich i książęcych, jeśli jest odpowiednik powinno się je tłumaczyć na język polski, ale czy wyobrażacie sobie księcia Wilhelma zamiast Wiliama? Myślę, że w dobie globalizacji i popkultury nie jest to już możliwe....

Queen Of The Horizon
06-09-2011, 17:32
Ja z kolei uważam, że idealnie byłoby trzymać się jednej wersji, tj. albo wszystkim nazwiskom nadać elementy obcości (zostawić jak jest w oryginale), albo wszystkie udomawiać. Po podjętej raz decyzji, reszta powinna odbywać się konsekwentnie, nawet kiedy nazwisko jest trudne w wymowie ; ) Pozostaje tylko kwestia, która opcja jest lepsza?

Czytasz w moich myślach : ) Jako małolata miałam kiedyś w ręku książkę, nie pomnę tytułu, w której część imion i nazwisk była przetłumaczona "całkowicie", tzn. (o ile dobrze pamiętam z później czytanego oryginału)Glitz był w książce Powabem(człowiek rodem z Niemiec!). Było to dla mnie dość mylące, ponieważ miałam wrażenie, że niektóre postaci zza granicy są z Polski, inne z Anglii czy Niemiec. Bywa, że w takiej sytuacji ciężko się połapać. Z tego też względu jestem za trzymaniem się jednej konwencji. Zresztą, o ile dobrze się orientuję, obecnie"w modzie" jest zostawianie nazw oryginalnych.

Świetnym pomysłem jest słowniczek proper names na końcu książki. Osoba zainteresowana znaczeniem danej nazwy własnej może ją w dowolnym momencie sprawdzić. Można tam też umieszczać dane kulturowe, jak w wypadku wspominanego przez Was skojarzenia z nazwiskiem Voldemort.

A jeszcze ciekawy temat to tłumaczenia imion królewskich i książęcych, jeśli jest odpowiednik powinno się je tłumaczyć na język polski, ale czy wyobrażacie sobie księcia Wilhelma zamiast Wiliama? Myślę, że w dobie globalizacji i popkultury nie jest to już możliwe....

Książę Wilhelm kojarzy mi się z podstarzałym arystokratą austriackim z zaznaczającą się tuszą, nie wiem dlaczego : D Z drugiej jednak strony, mamy Wilhelma Zdobywcę . Może zależy to od tego, na ile dane imię i postać są zakorzenione w historii. Nawiązując do Twojego przykładu, Wilhelm jest bardzo starym, dostojnym i rzadko używanym imieniem w Polsce, nie pasowało by do młodego i nowoczesnego mężczyzny. Do Zdobywcy owszem, nie odmawiając niczego księciu. Obecnie rośnie świadomość językowa ludzi i nie wszystko trzeba im tłumaczyć, w wielu przypadkach narobiło by to więcej zamieszania niż pożytku.

climhazzard
06-09-2011, 17:55
Świetnym pomysłem jest słowniczek proper names na końcu książki. Osoba zainteresowana znaczeniem danej nazwy własnej może ją w dowolnym momencie sprawdzić. Można tam też umieszczać dane kulturowe, jak w wypadku wspominanego przez Was skojarzenia z nazwiskiem Voldemort.

Prawda, prawda. Znowu tylko kwestia tego, żeby z ilością haseł i odniesień nie przesadzić, bo z autopsji wiem, że jeśli jest tego za dużo, zwyczajnie nie chce się wszystkiego sprawdzać ; ) Umieszczane być powinny tylko te, które z różnych przyczyn naprawdę mogą sprawić kłopot odbiorcy. Jeśli ktoś jest zainteresowany, znajdzie dane na temat we własnym zakresie. Znowu odwołam się do teorii przekładu, gdzie wspomniane było, że (jako tłumacze) nie możemy zakładać, jakoby czytelnik był...no...idiotą, a co za tym idzie, nie możemy zwalniać go z jakiejkolwiek pracy, czy wysiłku intelektualnego przez podawanie wszystkiego na tacy.

Co do książąt, królów i królowych - jestem podobnego zdania, zostawiamy jak w oryginale. Z drugiej jednak strony, nie wyobrażam sobie, żeby o królowej Elżbiecie mówiono w polskiej literaturze czy prasie jako o Elizabeth. Hmm, dziwna sprawa.

kathe1987
06-09-2011, 19:55
Jeśli chodzi o imiona królewskie to rzeczywiście - jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu spolszczało się wszystkie imiona - Elżbieta, Karol, Andrzej. Ale już teraz mamy Williama i Kate (Catherine w zasadzie juz ;) ) i nikt nie powie Wilhelm i Katarzyna.
Ja myślę, że to po prostu efekt globalizacji i tego, że język angielski jest coraz bardziej powszechny, obecny na co dzień także w naszym języku.
Wracając do proper names w literaturze - raczej nie byłabym tak radykalna i stawiała sprawę albo-albo. Przede wszystkim kontekst i wyczucie :)

climhazzard
06-09-2011, 20:15
Z jednej strony tak, owszem, najlepiej jest raz używać jednej techniki, raz drugiej. Zauważ jednak, że jedną z cech dobrego stylu pisania (ogólnie) jest właśnie bycie konsekwentnym w tym, co się robi. W pracy tłumacza mamy nie tylko prawa, ale i czasem jakieś obowiązki ; )

Alain928
06-09-2011, 20:34
Hallo! Czy można podyskutować na tym FORUM wyłącznie o ANGOLU? Z tego co wiem istnieją jeszcze inne ciekawe języki, nie tylko w UE...Pozdrawiam....A928

Kajutka
06-09-2011, 20:45
Dokładnie... Wilhelm kojarzy mi się z takim starszym panem :) Dobrze podam jeszcze jeden przykład, który nie jest angielski : król Juan Carlos, z tego co wiem istnieje polski odpowiednik Jan Karol I, ale zauważyłam, że obie formy są używane przez mass media. Myślę, że warto byłoby przyjąć jedną formę, tak aby nikt nie poczuł się skonfundowany.

aga/stycz
06-10-2011, 12:59
Z jednej strony tak, owszem, najlepiej jest raz używać jednej techniki, raz drugiej. Zauważ jednak, że jedną z cech dobrego stylu pisania (ogólnie) jest właśnie bycie konsekwentnym w tym, co się robi. W pracy tłumacza mamy nie tylko prawa, ale i czasem jakieś obowiązki ; )

hehehe, jak tak się w to zagłębić to głównie obowiązki:P

a co do proper names, to musimy tez wziac pod uwagę dla jakiej grupy społecznej jest dana ksiązka (małe dzieci zapewne wolą czytać o przygodach bohaterów, których imiona mogą przynajmniej wymówic) oraz do jakiego rodzaju literatury należy... CONTROVERSIAL ISSUE :P

Queen Of The Horizon
06-10-2011, 14:28
a co do proper names, to musimy tez wziac pod uwagę dla jakiej grupy społecznej jest dana ksiązka (małe dzieci zapewne wolą czytać o przygodach bohaterów, których imiona mogą przynajmniej wymówic) oraz do jakiego rodzaju literatury należy... CONTROVERSIAL ISSUE :P

Z uwagi na nasz wspólny background, rozbawiłaś mnie tekstem "controversial issue":P

Grupa społeczna jest na pewno ważnym czynnikiem wpływającym na przekład, ale często wspominana globalizacja zdaje się być coraz silniejsza. Z książkami dla dzieci jest sytuacja taka, jak z Kubusiem i Fredzią- jedno wierniejsze, drugie bardziej polskie. Ciężka sytuacja, moim zdaniem efekt końcowy zależy od wyboru i przekonań tłumacza.

Hallo! Czy można podyskutować na tym FORUM wyłącznie o ANGOLU? Z tego co wiem istnieją jeszcze inne ciekawe języki, nie tylko w UE...Pozdrawiam....A928

Rozmawiamy o tym języku, jaki znamy. Nie będę tworzyć teorii na temat języków, w których nie jestem wystarczająco dobra. Ale jeśli Ty, czy ktokolwiek inny, ma przykład z innego kręgu kulturowego czy językowego, jest mile widziany. Miło jest się nauczyć czegoś nowego i ciekawego:)

kathe1987
06-10-2011, 18:31
Dokładnie... Wilhelm kojarzy mi się z takim starszym panem :) Dobrze podam jeszcze jeden przykład, który nie jest angielski : król Juan Carlos, z tego co wiem istnieje polski odpowiednik Jan Karol I, ale zauważyłam, że obie formy są używane przez mass media. Myślę, że warto byłoby przyjąć jedną formę, tak aby nikt nie poczuł się skonfundowany.

Przyznam, że nie słyszałam nigdy w mediach formy Jan Karol :confused: Ale może funkcjonuje, nie wiem. Za to o królowej Zofii owszem ;)
Zresztą spolszczanie zagranicznych nazwisk było kiedyś dużo bardziej powszechne a teraz się tego po prostu nie robi (Kolumb, Szekspir, Waszyngton, Morus, Kartezjusz etc). Dlaczego? W sumie to ciekawe. Ja bym to jednak zrzuciła na fakt, iż świat staje się globalną wioską ;) I obce nazwy wcale nie są już takie obce.

monix
06-11-2011, 10:01
tak, Kathe myślę, że powód jest dokładnie taki, jaki podałaś. Codziennie bombardują nas zagranicznymi nazwiskami telewizja, radio, internet, gdyby wszystkie miały być spolszczane byłoby to co najmniej śmieszne. Nazwisko to nazwisko - coś wyróżniającego nas z tłumu, myślę, że nie powinno być upraszczane, szczególnie w przypadku, kiedy można je wymówić bez problemu w oryginalnej wersji.

Queen Of The Horizon
06-11-2011, 15:08
Zabawnie by było usłyszeć w mediach o scjentologicznych wyczynach Tomasza Rejs, tudzież o atrakcyjności Jaśka Głupka( Depp to po niemiecku głupek, zwaliło mnie z nóg). Starsze pokolenie miało by niesamowity problem w odnalezieniu się w takiej sytuacji, że Tomasz Rejs=Tom Cruise, etc. Odnoszę wrażenie, że jeśli chodzi o osoby publiczne, tłumaczenie ich imion i nazwisk było by nieco nacjonalistyczne i snobistyczne z naszej strony.

monix
06-11-2011, 17:43
genialne przykłady! ;d ciężko się z Tobą nie zgodzić : )

climhazzard
06-12-2011, 20:41
tłumaczenie ich imion i nazwisk było by nieco nacjonalistyczne i snobistyczne z naszej strony.
Delikatnie ujęte ; ) Takie tłumaczenie brzmi pretensjonalnie i zwyczajnie brzydko. Nie tylko w Polsce ale i na całym świecie nie tłumaczy się imion ani w taki sposób, więc i my chyba też nie powinniśmy. Konwencja, wydawałoby się, przejrzysta i jak najbardziej odpowiednia, więc po co ją zmieniać ? ; )

Queen Of The Horizon
06-15-2011, 10:30
Delikatnie ujęte ; ) Takie tłumaczenie brzmi pretensjonalnie i zwyczajnie brzydko. Nie tylko w Polsce ale i na całym świecie nie tłumaczy się imion ani w taki sposób, więc i my chyba też nie powinniśmy. Konwencja, wydawałoby się, przejrzysta i jak najbardziej odpowiednia, więc po co ją zmieniać ? ; )

Na forum nie powinno się używać brzydkich słów:P

Nie rozumiem, po co miało by się tłumaczyć imiona l"prawdziwych" udzi z innych krajów. BTW, nie do wszystkiego znajdzie się odpowiednik albo tłumaczenie, które jakoś brzmi. Tyle się mówi o kolorycie kulturowym, o zachowaniu unikatowości, więc nie ma sensu podporządkowywać wszystkiego jednej konwencji, na dodatek zupełnie niepraktycznej.

isabelle
07-06-2011, 19:54
w teorii tłumaczenia można sporo poczytać na ten temat, ale jakie jest wasze zdanie na temat tłumaczenia nazw własnych? warto? trzeba? czy raczej się za to nie brać?

HannaKaloka
08-14-2011, 00:14
Jak Waszym zdaniem najlepiej tłumaczyć nazwy własne? Czy zmieniać je niewiele np. poprzez nadanie tym nazwom polskiej fonetyki, czy może tłumaczyć je dosłownie?

Tłumaczenie nazw własnych stanowi nie lada wyzwanie. Można przyjąć taką strategię przekładu, w której imion męskich się nie zmienia, a do imion żeńskich dodaje się „a”. W ten sposób zachowuje się brzmienie imienia oryginalnego, a jednocześnie czytelnicy mogą od razu rozpoznać płeć postaci literackiej.

Można także zastosować zabieg fonetycznego spolszczenia i przełożyć przykładowo „Shivan” na „Sziwana” lub całkowicie przetłumaczyć nazwy miejsc geograficznych, zwłaszcza tzw. telling names (Sprechender Name): „Zamyślona Kraina” na „Pensive Land”.

katwid3
08-15-2011, 20:44
Wiem, że wątek ten był już poruszany na forum, jednak chciałabym zebrać jak najwięcej opinii na ten temat, gdyż jest to bardzo złożony problem. Pytanie brzmi: Czy powinno tłumaczyć się nazwy własne? Osobiście uważam, że tłumaczenie takie jest jak najbardziej uzasadnione w literaturze dla dzieci, np." Kubuś Puchatek", czy "Ania z Zielonego Wzgórza" straciłyby bardzo dużo bez tłumaczenia nazw własnych. Czy jednak jest to konieczne w przypadku literatury dla dorosłych, np. kryminałów?

Kell-Raa
08-19-2011, 10:48
Moim zdaniem nazwy własne w 99% nie powinny być tłumaczone. Nie żyjemy dzisiaj w średniowieczu. Dzięki mediom mamy dostęp do różnych informacji i różnych języków. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że nawet w literaturze dziecięcej nie powinno dochodzić do takich tłumaczeń. Jeżeli dzisiaj dzieci od przedszkola(a czasem nawet od żłobka) mają kontakt z językami obcymi to nie będzie dla nich wielkim problemem, że zamiast Kasi przeczytają w książeczce, że bohaterką jest Kate.

mikia
08-19-2011, 12:41
Zdecydowanie zgadzam się z Kell-Raa, jestem przeciwna tłumaczeniu nazw własnych. Literaturę dziecięcą jestem jeszcze w stanie zrozumieć, chociaż w dzisiejszy czasach nie sądzę aby dzieci czytając imię angielskie będą mieć z nim problem. Nie widzę jednak sensu tego zabiegu w książkach dla dorosłych. Przetłumaczenie nazw własnych zmienia charakter postaci i tego jak ją odbieramy, a przy tym całą książkę. Jeśli czytam książkę chińskiego autora, oczekuję nazw chiński, a nie Uli, Oli, czy Karoliny.

kamorrra
08-20-2011, 07:22
Zgadzam się z przedmówcami, jeśli czytam coś tłumaczonego z francuskiego lub hiszpańskiego, liczę na imiona i nazwy własne francuskie i hiszpańskie. Przecież autor po to używał takich nazw, żebyśmy my-czytelnicy mogli poczuć klimat książki. Zresztą, jak napisał Kell- Raa, nie żyjemy w średniowieczu.

NightMonkey
08-20-2011, 11:13
Mam trochę inne podejście do tej kwestii: nie tłumaczymy nazw własnych, z wyjątkiem nazw, które mają znaczenie dla fabuły.

Przykład z "Ania z Zielonego Wzgórza" jest dość ciekawy: Zielone Wzgórze (Green Gable) to nazwa domu, a nie wzgórza.Zawsze zastanawiałem się czy to nie błąd tłumacza. Chociaż istnieje coś takiego: http://en.wikipedia.org/wiki/Green_Gable

Może jakimś cudem było to źródłem inspiracji, kto wie...

Przykład trochę bliższy temu czym sam się zajmuje: w mojej magisterce tłumaczyłem występ Carlina "It's Bad for Ya". Był tam fragment omawiania planów wakacyjnych i rodziny w której każdy chciał jechać w inne miejsce (tematem było zawracanie ludziom głowy przez telefon; tak przy okazji). W każdym razie, babcia chciała odwiedzić swoją siostrę w "Frog Balls, Arkansas". Wg. przedmówców, nie tłumaczymy tego, bo to praktyki średniowieczne:p IMHO nazwa pełni funkcję - nazwa sugeruje, że jej siostra mieszka w "miejscu niezbyt uczęszczanym" (eufemizm). Pozostawienie oryginalnej nazwy spowodowałoby zubożenie przekładu, ponieważ tracimy insynuacje. Sugerowane tłumaczenia: 1) dosłowne: "Ropusze Jądra albo 2)funkcjonalne: "Pcin Dolny"

Co wy na to?

feran
08-21-2011, 02:46
Bardziej pasuje :Jaja Zaby. Pamietam wystepowal zwrot Jaja Ko byly.

Ropucha =Toad

Moze tez byc Zabie Jajce. W Arkansas frag legs czyli zabie udka sa dosc popularne i czesto w menu w restauracjach zwlaszcza tych rodzinnych.Arkansas graniczy z Lousiana gdzi zaby sa podawane w kazdej restauracji.

Kv4r
08-21-2011, 11:22
Ja również skłaniam się ku nie tłumaczeniu nazw własnych. Ewentualnie celem wyjaśnienia można by dać przypis i w krótkiej notce wyjaśnić "o co chodzi". Jeśli nazwa własna użyta jest w kontekście pewnej anegdoty - można by wyjaśnić całą sytuację w przypisie tak, by czytelnikowi było łatwo zrozumieć sens a tym samym uniknąć pewnego zakłopotania w odbiorze.

nozickbuble
08-21-2011, 11:45
Według mnie NightMokey ma sporo racji. Trzeba zawsze patrzeć na nazwy własne w kontekście całości utworu. Zwłaszcza kiedy mamy do czynienia z aluzjami bądź grami językowymi. Zajmuję się ostatnio Stoppardem i w jednym dramacie jest postać krytyka teatralnego - Moon(nie jest to jednak Mr Moon). Przetłumaczenie tego nazwiska jako Księżyc ma sens, gdyż wtedy można wydobyć intertekstualne gry z Szekspirem oraz tłumaczyć metaforykę, której używa Stoppard(fazy, przypływy, odpływy itd...)

Z drugiej strony postać Mrs Drudge z tego samego utworu już nie powinna być tłumaczona, gdyż brzmiałoby to niezgrabnie.

Jakie jest Wasze zdanie?

bo2joan
08-24-2011, 11:14
Z tego co wiem, czasami się też zdarza, że ogólnie w literaturze imiona postaci zostają nie tyle przetłumaczone, co zamienione na inne obcojęzyczne (podobne, najlepiej na tą samą literę), które lepiej brzmią w odmianie po polsku, żeby nie obciążać tekstu (np. w powieściach francuskich). Natomiast toponimy na ogół się tłumaczy, oprócz rzeczywistych nazw geograficznych nie mających odpowiedników, a przekład tych nazw staje się charakterystyczny dla danej powieści.

Kell-Raa
08-25-2011, 09:01
Można przyjąć taką strategię przekładu, w której imion męskich się nie zmienia, a do imion żeńskich dodaje się „a”. W ten sposób zachowuje się brzmienie imienia oryginalnego, a jednocześnie czytelnicy mogą od razu rozpoznać płeć postaci literackiej.


Moim zdaniem to jedyne idealne rozwiązanie, gdyż według mnie nazw własnych nie powinno się tłumaczyć.

katarzynaszypka
08-25-2011, 22:06
A co robić z nazwami ulic? Wiadomo, że tych charakterystycznych dla danego miasta, lub takich, których nazwy brzmią obco, zsię nie tłumaczy, ale są też takie, jak np. Bethowenstraße Wydaje mi się, że Betowena brzmij lepiej.

kasia_p
08-26-2011, 13:49
Z tego co wiem, czasami się też zdarza, że ogólnie w literaturze imiona postaci zostają nie tyle przetłumaczone, co zamienione na inne obcojęzyczne (podobne, najlepiej na tą samą literę), które lepiej brzmią w odmianie po polsku, żeby nie obciążać tekstu (np. w powieściach francuskich). Natomiast toponimy na ogół się tłumaczy, oprócz rzeczywistych nazw geograficznych nie mających odpowiedników, a przekład tych nazw staje się charakterystyczny dla danej powieści.

Nie do końca zgodzę się, że zamienianie oryginalnych imion na inne obcojęzyczne jest dobrym rozwiązaniem. Moim zdaniem taki zabieg ujmuje książce wiarygodności. Przyjmijmy, że akcja powieści rozgrywa się w Paryżu a jej bohaterami są rodowici Francuzi. Zamienianie ich imion na polskiego Józka, Franka, czy inną Zosię nie jest najlepszym pomysłem. Czytając takie tłumaczenie pomyślałabym, że tłumacz miał swoich odbiorców za nie dokońca rozgarniętych :P O ile spolszczenia jestem w stanie jeszcze zaakceptować, żeby jak wspomniałeś/aś nie obciążać tekstu, to polskim zamiennikom mówię stanowcze NIE :)

JustynaL
09-25-2011, 18:06
Przypomnijcie sobie Harry'ego Pottera... z tego co pamiętam to niektóre nazwy własne zostały zamienione na polski odpowiednik, ale inne zostały te same. Czyta się dobrze, więc efekt jest ok. Dlaczego nie zastosować tego w innych książkach?

aga/stycz
01-11-2012, 23:33
król Juan Carlos, z tego co wiem istnieje polski odpowiednik Jan Karol I, ale zauważyłam, że obie formy są używane przez mass media. Myślę, że warto byłoby przyjąć jedną formę, tak aby nikt nie poczuł się skonfundowany.

a ja myśle, że jeśli chodzi o imiona własne powinniśmy zostać wierni oryginałom, skoro z powodzeniem funkcjonują na cłąym świecie, po co to zmieniać... dodatkowo Polacy, którzy wyjeżdzają za granicę cz czytają zagraniczną prasę czy nie wiem przegladają internet, spotykają się z oryginalnymi nazwami więc mogą mieć problemy z utożsamieniem osoby z jej nazwiskiem, ja nie wiedziałam ze Jak Karol to Juan Carlos... w dobie kosmopolityzmu chyba ma to znaczenie... nie wiem czy w zrozumiały sposób przekaząłm swoje zdanie, starałam się w kżdym razie :P

melisska7
01-14-2012, 14:13
Witam!
Chciałabym wrócić do trochę wcześniejszego momentu w rozmowie. Każde z nas zapewne usłyszało kiedyś na jakimś kursie, że ważnym jest żeby trzymać się zasady, że jak już tłumaczymy proper names to tłumaczymy wszystkie a jak zostawiamy to też wszystkie. Moim zdnaiem rzecz ma się trochę inaczej. Tłumacząc nie możemy się trzymać sztywnych zasad i jeśli będzie nam dane, przekonamy się o tym nie raz. Odwołując się do wcześniejszego przykładu Harry'ego Potter'a i tłumaczenia Polkowskiego (moim zdaniem, znakomitego), zastanówmy się co by lepiej brzmiało : SNARGALUFFS I SEVERUS SNAPE czy może WNYKOPIEŃKI I SUROWIUSZ WĄŻ? Czy w tym wypadku nie lepiej pomóc czytelnikowi zrozumieć niektóre aspekty jeśli chodzi o wnykopieńki i pozostawić mu pole do własnych przemyśleń jeśli chodzi o Severus'a Snape'a , szczególnie, że (jak zostało już wspomniane) znamy jego "cudowny" charakter od samego początku?

Jeśli chodzi zaś o imiona i nazwiska to pozostałabym przy oryginałach. Zastanówmy się czy sami chcialibyśmy aby nasze były tłumaczone. Jan Kwiatkowski = John Flower?

redbox
01-14-2012, 14:28
Witam!
Chciałabym wrócić do trochę wcześniejszego momentu w rozmowie. Każde z nas zapewne usłyszało kiedyś na jakimś kursie, że ważnym jest żeby trzymać się zasady, że jak już tłumaczymy proper names to tłumaczymy wszystkie a jak zostawiamy to też wszystkie. Moim zdnaiem rzecz ma się trochę inaczej. Tłumacząc nie możemy się trzymać sztywnych zasad i jeśli będzie nam dane, przekonamy się o tym nie raz. Odwołując się do wcześniejszego przykładu Harry'ego Potter'a i tłumaczenia Polkowskiego (moim zdaniem, znakomitego), zastanówmy się co by lepiej brzmiało : SNARGALUFFS I SEVERUS SNAPE czy może WNYKOPIEŃKI I SUROWIUSZ WĄŻ? Czy w tym wypadku nie lepiej pomóc czytelnikowi zrozumieć niektóre aspekty jeśli chodzi o wnykopieńki i pozostawić mu pole do własnych przemyśleń jeśli chodzi o Severus'a Snape'a , szczególnie, że (jak zostało już wspomniane) znamy jego "cudowny" charakter od samego początku?

Jeśli chodzi zaś o imiona i nazwiska to pozostałabym przy oryginałach. Zastanówmy się czy sami chcialibyśmy aby nasze były tłumaczone. Jan Kwiatkowski = John Flower?


Oj John Flower to byłoby zdecydowanie bolesne przeżycie. Nie wyobrażam sobie po co komu tłumaczenie nazwisk i imion, przecież mamy XXI wiek i nawet osoby 70letnie są w stanie rozpoznać z kontekstu, że John to imię męskie kiedy film w oryginale jest po angielsku:)

pelle_kb
04-02-2012, 15:07
Zależy to w głównej mierze od tego, dla kogo tłumaczymy dane dzieło - bo jeżeli dla dzieci i nazwy te nacechowane są znaczeniami, to oczywiście należy tłumaczyć. Należy jednak zachować umiar i zastanowić się nad tym, co może mieć znaczenie dla czytelnika i fabuły, a co należy zostawić w spokoju. Poza wymienianym już tutaj "Władcą pierścieni" dobrymi przykładami na takie "dogłębne" tłumaczenia są np. "Diuna" (w tłum. Łozińskiego i Marszała) albo omawiany już tutaj "Harry Potter" w tłum. A. Polkowskiego. ;) W tym pierwszym przypadku obaj tłumacze w zupełnie różny sposób podeszli do sprawy i zastosowali inne strategie tłumaczeniowe - pierwszy (tak samo zresztą jak w wypadku tłumaczenia "Władcy pierścieni) zastosował metodę domestykacji, drugi tymczasem foregnizacji - i zdaniem czytelników temu drugiemu poszło o wiele lepiej. W wypadku "Harry'ego Pottera" trudno wymagać od dzieci (bo to jest przecież "target audience" tej serii książek) znajomości angielskiego, która pozwalałaby zrozumieć wiele zwrotów i dwuznaczności zawartych w tej książce. Nie dziwi więc chyba fakt, że przetłumaczono nazwy takie jak "Diagon Alley", "The Order of the Phoenix", "Deatheaters" czy "Huncwoci". ;) Polskie i nie znające świetne j. angielskiego dziecko może nie będzie rozumiało, skąd wzięła się nazwa "Slytherins", ale polskie tłumaczenie - "Ślizgoni" - znakomicie to znaczenie oddaje.

Jestem natomiast przeciwko zmienianiu większości nazw własnych w książkach dla starszych czytelników - np. nie wyobrażam sobie, żeby w sadze "Pieśń Lodu i Ognia" George'a R.R. Martina "Winterfell" przetłumaczyć jako "Upadek Zimy" czy coś w tym stylu. :D Chociaż w tej samej sadze nie przeszkadza mi wcale "Królewska Przystań".

trojo
04-02-2012, 17:06
Dorzuciłbym kilka uwag, które przyszły mi do głowy na przykłądzie literatury iberoamerykańskiej. Zgadzam się, że "target audience" jest zawsze ważne przy tłumaczeniu nazw własnych i Kubuś Puchatek jest tu świetnym przykładem. Dla mnie ważny jest kontekst tradycji tłumaczeniowej (o ile istnieje). Dobrym przykładem jest seria, która stworzyła tzw. "literaturę boomu". Genralanie nie zmieniano tych nieco egzotycznie brzmiących nazw. I wydaje mi się, że dzisiaj jest to w tym przypadku na tyle utrwalone, że próby przekładania hiszapńskich imion na polski od razu brzmią dziwnie.

Ostatnio zwróciło moją uwagę, że w przekładzie "O bohaterach i grobach" Sabato, zmieniono imiona głównych bohaterów z Martin i Alejandra na Marcina i Aleksandrę. Dla mnie brzmi to dziwnie, chociaż oczywiście pozwala to z drugiej strony na uniwersalizację historii...

Trudno rozstrzygnąć czysto teoretycznie.

picadilly
04-03-2012, 10:40
W pozycjach takich jak bajki, literatura fantasy itp proper names mogą być w oryginale, spolszczone bądź przetłumaczone - w końcu mamy do czynienia ze światem nierzeczywistym, a nazwy własne są w zasadzie wymyślone. Jedynym kryterium powinna być ewentualna korzyść, jaką dla odbiorcy przyniesie przetłumaczenie nazwy.

Przy tekstach bliższych naszej rzeczywistości lepiej zostawiać oryginalne nazwy - jak ktoś słusznie zauważył, żyjemy w globalnej wiosce i nie dziwią nas obco brzmiące nazwy. Z drugiej strony mamy wiele historycznie zakodowanych nazw (szczególnie geograficznych), które po polsku brzmią całkiem inaczej niż w oryginale ( francuskie Anjou to polska Andegawenia). Mamy też nazwy spolszczone (Ireland = Irlandia), albo takie które pozostawiamy w oryginale (Hong Kong, Los Angeles)

W takich przypadkach myślę, że najlepiej kierować się tym, w jakiej formie (jeśli w ogóle) nazwa funkcjonuje w języku docelowym.

malgorzatarabie
04-03-2012, 12:30
Ciekawa sprawa z tymi proper names. Ja nie wiem do końca co o tym myślę, bo często proper names i ich znaczenie dają wątkom i bohaterom jakieś specyficzne cechy, myślę że w takim przypadku powinny zostać przetłumaczone albo chociaż wyjaśnione w jakimś glosariuszu :). Zawsze przypomina mi się tłumaczenie Władcy Pierścieni przez Jerzego Łozińskiego, pierwsza wersja jaką przeczytałam mając 11 lat. Wiem, że jest ono zupełnie krytykowane i w większości przypadków słusznie, ale ja naprawdę czuję ogromny sentyment do tego tłumaczenia :). Czasem się zastanawiam nad tą kwestią tłumacz/pisarz i wydaje mi się, że jeżeli chodzi o gatunki takie jak fantasy to trzeba umieć pisać, żeby oddać klimat książek.

poppywitch
04-03-2012, 23:16
Ahh, Łoziński, do tej pory mam to jego tłumaczenie w domu, chociaż chyba jakąś poprawioną wersję, bo nie uświadczyłam Tajaru ani Bagoszowa. Ostatecznie to tłumaczenie pokochałam i do Skibiniewskiej mimo jej poprawności się nie mogę przekonać.
Co mnie zastanawia odnośnie proper names, to jest właśnie ten nieszczęsny Martin i "pieśń lodu i ognia", jako, że od grudnia intensywnie nadrabiam zaległości w tym zakresie i wciąż jestem w trakcie. Od pierwszego tomu intensywnie rozmyślam nad tłumaczeniem głównie nazw geograficznych i zastanawiam się, według jakiego klucza tłumacz te nazwy tłumaczy. Bo z jednej strony mamy Winterfell (ok, upadek zimy' to nie jest najładniej brzmiąca opcja), Riverrun czy Casterly Rock, z drugiej właśnie Wysogród (Highgarden), Solanki (Saltpans) czy właśnie Królewska Przystań. I nijak nie mogę rozgryźć, czy tłumacz ma tu jakiś głębszy zamysł, czy po prostu przekłada to, co się da i co jego zdaniem 'powinno' brzmieć swojsko (Solanki są mało znaczącym portem), a te trudniejsze do przetłumaczenia nazwy pozostawia w oryginale, żeby dodać im splendoru, wyniosłości albo czegoś w tym stylu (większość rodowych siedzib jest w oryginale. Oprócz tego nieszczęsnego Wysogrodu). Im dłużej nad tym myślę tym bardziej nie wiem i tym bardziej próbuję to rozgryźć.

pelle_kb
04-06-2012, 17:06
Też zastanawia mnie jak to jest z tymi tłumaczeniami Martina (pomijając, że są momentami koszmarnie złe :P), ale te wszystkie nazwy własne? Dlaczego np. Casterly Rock nie przetłumaczono jako "Skała Casterly" czy coś w tym stylu, a Highgarden zmieniono? Jasne, że taka Sunspear aż się prosi o przetłumaczenie, ale dlaczego Winterfell już nie? Tyle pytań i brak odpowiedzi... :P

poppywitch
04-08-2012, 17:30
A właśnie się dowiedziałam, że tłumacz pieśni lodu i ognia, pan Jakuszewski był w zeszłym tygodniu na jakimś spotkaniu z fanami w związku z drugim sezonem serialu. Gdyby nie to, że Warszawa daleko ode mnie, to pewnie bym pojechała tam, stanęła przed jego obliczem i spytała: "why?!".
Aczkolwiek muszę przyznać, że to tłumaczenie Highgarden mi się bardzo podoba, sprytne takie i wcakle dźwięcznie brzmi.

pelle_kb
04-10-2012, 16:01
Oo, szkoda, że też nie wiedziałam o panu Jakuszewskim... popełnił sporo błędów w swoim tłumaczeniu (miałam nawet pisac o tym licencjat, ale w końcu piszę o Diunie ;)), ale i tak jest lepszy od tłumacza "Gry o tron", Pawła Kruka, który w pierwszym wydaniu popełnił takie cuda jak "rękawiczki z molowej" (haha) skóry i "emeraldowy miecz"... :P

anna2506
04-11-2012, 17:04
Nie wiedziałam o spotkaniu w Warszawie, a szkoda, bo akurat piszę pracę licencjacką na temat tłumaczenia nazw własnych. Ach, o ile bogatsza mogłaby być praca, gdybym miała jakieś informacje z pierwszej ręki! :)

Z tejże racji (licencjatu) ostatnie kilka miesięcy intensywnie "wgryzam się" w "Pieśń Lodu i Ognia", tak oryginał, jak i tłumaczenie. Póki co doszłam do wniosku, że Jakuszewski chyba tłumaczy troszkę "na czuja" ;) Nie chodzi tylko o wspomniane niedawno Casterly Rock, ale również o takie nazwy jak Mole's Town (w jednej z części pojawia się wyjaśnienie etymologii: "Na górze pozostały tylko stosy poczerniałych belek i osmalone kamienie... ale krypty, tunele i głębokie piwnice ukryte pod zamarzniętą ziemią ocalały. W nich właśnie skryli się wolni ludzie. Tulili się do siebie w ciemności jak krety, od których pochodziła nazwa osady.") Widocznie założył, że każdy czytelnik bez wyjątku wie, jak jest "kret" po angielsku. Nie wiem, dlaczego nie pokusił się np. o "Krecie miasteczko".

Nieprzetłumaczone zostały nie tylko nazwy geograficzne, ale i co niektóre nazwiska. Myślę, że nazwa "Winterfell" nie została przetłumaczona z tego samego powodu, dla którego Jakuszewski nie tknął nazwiska "Greyjoy". Morfemy w obu mają swoje znaczenie, ale po przetłumaczeniu ich cała nazwa straciłaby fason ;)

poppywitch
04-12-2012, 11:56
No też mi się wydaje, że w wielu przypadkach idzie na "czuja" i jak mu brzmi i jak mu się wydaje, tak tłumaczy. Zakłada chyba też, że czytelnicy są z językiem obeznani i jakoś wyczują te znaczenia w nazwach typu Winterfell czy Riverrun, więc po prostu daje sobie spokój z tłumaczeniem ich.
Licencjat na temat "Pieśni Lodu i Ognia"? Ambitnie. A masz zamiar omawiać serię jako całość, czy skupiasz się na jednej konkretnej pozycji?

Azariah
04-14-2012, 21:04
Z reguły jestem za nietłumaczeniem nazw własnych, tak jak w codziennym życiu, jak ktoś już wcześniej zauważył, nie spolszczamy imion i nazwisk sławnych ludzi z zagranicy. Gdyby ktoś się o to pokusił, to pewnie nie od razu zostałby zrozumiany.
Przy tłumaczeniu nazw własnych powstają takie kwiatki jak w tłumaczeniu Władcy Pierścieni przez J. Łozińskiego, np. Bilbo Bagosz itd.

Z drugiej strony istotnie w książeczkach dla dzieci takie tłumaczenie jest uzasadnione, skoro one wciąż jeszcze ledwo radzą sobie z czytaniem w języku ojczystym.

anna2506
04-17-2012, 19:41
Licencjat na temat "Pieśni Lodu i Ognia"? Ambitnie. A masz zamiar omawiać serię jako całość, czy skupiasz się na jednej konkretnej pozycji?
Skupiłam się na "Starciu królów" ("Grę o tron" w przekładzie Kruka sobie odpuściłam) - miałam co prawda ambitny plan analizy wszystkich wydanych już części, ale stwierdziłam, że to będzie zbyt wiele materiału. Acz czasem żałuję, bo imiona typu Damon Dance-for-Me (przetłumaczony jako "Zatańcz ze mną", chyba po to, by bardziej rozbawić czytelnika) czy Spare Shoe (Zapasowy But) są wybitnie ciekawe:)

poppywitch
04-17-2012, 20:39
"Starcie królów" było moja bodaj najmniej lubianą częścią cyklu i prawdę mówiąc po nim miałam wątpliwości czy w ogóle kontynuować czytanie, ale na szczęście " nawałnica mieczy" mnie nieco rozruszała i gdybym się w jakiejś pracy miała skupiać na jednej konkretnej części to chyba właśnie na tej.

joannabojda
07-02-2012, 13:47
Co uważacie na temat tumaczenia nazw własnych? Czy tłumaczenie takich nazw jest zawsze błędem czy są wyjątki od reguły i mimo wszystko można przetłumaczyć niektóre słowa jeśli oddadzą one treść, chodzi mi tu głównie o nazwy zespołów , filmów, firm itp. Macie jakieś doświadczenie na ten temat?:):)

catchmebaby
07-04-2012, 12:51
Doświadczenia niestety nie mam, ale uważam, że w większości przypadków nazwy własne nie powinny być tłumaczone (najlepiej wyjaśnić w przypisach albo przedmowie) albo przynajmniej tłumaczenie powinno być bliskie znaczeniowo... Doskonałym przykładem są polskie tłumaczenia tytułów filmów, które często wołają o pomste do nieba :)
Oczywiście zdarza się, że lepiej przetłumaczyć, ale każdy przypadek jest inny, więc niestety trzymam się obrzydliwej generalizacji...

annalapinska
07-04-2012, 18:18
Według książki "Successful Polish-English translation" nazw własnych nie powinno się tłumaczyć, chyba że te nazwy mają już swoje ekwiwalenty w językach obcych, np. Warsaw, Cracow itp.

Elle Lissitzka
07-05-2012, 13:00
Ja mam problem z nazwami własnymi. Ale uważam, że nie powinno się tłumaczyć imion, nazwisk i pseudonimów, przynajmniej większości z nich. Weźmy takiego Garou - Wilkołak już tak nie brzmi;) Co do nazw miast, czy regionów - tak jak już tu napisano, powinno się je przekładać tylko wtedy, jeśli ich odpowiedniki funkcjonują już w języku docelowym. A jeśli taka nazwa nie ma odpowiednika w naszym języku, powinno się ją zostawić w oryginalnym brzmieniu, to w końcu część kultury, z której pochodzi oryginał tekstu. W nazwach mogą się ukrywać całe legendy, tak jak w naszej Warszawie. Uważam, że odbierając im ich oryginalne brzmienie pozbawiamy je kontekstu kulturowego.

Natomiast w przypadkach, kiedy takie tłumaczenie jest konieczne, by z kolei ułatwić zrozumienie kontekstu czytelnikom języka docelowego, wystarczające jest chyba wyjaśnienie nazwy w odnośniku.

Nie znoszę polskich wersji tytułów filmowych. Przygnębia mnie to. Od razu widać, że tytuł został dobrany nie do treści, ale "pod publiczkę". Dziwny zabieg promujący - dlaczego niby film, który odniósł sukces w jakimś kraju nie miałby odnieść go i u nas pod dobrze przetłumaczonym tytułem?

Co do firm - zwykle taka zagraniczna firma przenosi swoją markę do innego kraju wtedy, gdy jest znana pod taką a nie inną nazwą. Tłumaczenie takiej nazwy nie miałoby chyba większego sensu, a wręcz mogłoby zaszkodzić.

catchmebaby
07-06-2012, 12:06
Tak, jeśli chodzi o nazwiska i pseudonimy zgadzam się z Elle Lissitzka... Po to tłumacz ma prawo operować przypisem, żeby przekazać jak najwięcej treści i odniesień. Nie powinno się okrajać treści dla tłumaczenia.

raccoonstars
07-06-2012, 15:09
Co do zasady zgadzam się z opiniami że nazw własnych nie należy tłumaczyć o ile nie jest to konieczne. " A teraz na scenę wkraczają legendarni: Toczące się kamienie" - Kuriozum. Ale spotkałem się też z propozycją żeby zamienić element obcy, zagraniczny na rodzimy żeby oddać sens żartu czy sytuacji. Np "Jest to piosenka w stylu Big Cyca" Zamiast tłumaczyć na angielski nazwę zespołu Big Cyc lub wyjaśniać w przypisie co to za styl trzeba znaleźć angielską kapele o podobnym jajcarskim charakterze i podać w tłumaczeniu jej nazwę.

Elle Lissitzka
07-07-2012, 19:54
Co do zasady zgadzam się z opiniami że nazw własnych nie należy tłumaczyć o ile nie jest to konieczne. " A teraz na scenę wkraczają legendarni: Toczące się kamienie" - Kuriozum.

To prawda czy tylko przykład?;) Oby to był tylko przykład.

Ale spotkałem się też z propozycją żeby zamienić element obcy, zagraniczny na rodzimy żeby oddać sens żartu czy sytuacji. Np "Jest to piosenka w stylu Big Cyca" Zamiast tłumaczyć na angielski nazwę zespołu Big Cyc lub wyjaśniać w przypisie co to za styl trzeba znaleźć angielską kapele o podobnym jajcarskim charakterze i podać w tłumaczeniu jej nazwę.

Zgadzam się z tym. Czasami taka zamiana jest konieczna. Chociaż w takim przypadku jak z tym Big Cycem w niektórych sytuacjach można zostawić nazwę własną i dopisać w nawiasie, że jest to "zespoł w stylu X", czy coś podobnego.
No ale rzeczywiście - w żartach lepiej użyć znajomego zamiennika.

Marliv
07-07-2012, 22:21
Całym sercem popieram nietłumaczenie nazw własnych. Wszelkie 'Bagosze ' zamiast 'Bagginsów' doprowadzają mnie do szału, podobnie jak takie kwiatki, jak tłumaczenie Johnów na Janów... z pozostawieniem angielskiego nazwiska. Nazwy własne, z wyjątkiem wyjątków (bo wszystkie zasady bez wyjątku mają wyjątki...), powinny być nietykalne.

Co do powyższego przykładu z Big Cycem; przypomina mi się manga 'Great Teacher Onizuka'. Pełno w niej nawiązań do współczesnej japońskiej pop kultury. Ponieważ jednak trudno się spodziewać, ze polski czytelnik będzie obeznany z japońskimi gwiazdeczkami na jeden sezon, tłumacze zdecydowali sie na zastosowanie polskich odpowiedników kulturalnych. Było to dobre posunięcie, gdyż GTO jest przede wszystkim komedią, a nie encyklopedią współczesnej japońskiej popkultury. W tym wypadku humor był najważniejszy.

jan.klajbor
07-08-2012, 18:44
Przypisy, odwołania i odnośniki to najgorsze z możliwych rozwiązań. Tłumacz powinien znaleźć odpowiednik albo zostawić nazwę własną w spokoju. Jeśli chodzi o filmy - jestem podobnego zdania co reszta, jednak z małym wyjątkiem, podtytuły można tłumaczyć, a i zdarza się, że tłumaczenia samego tytułu są dobre np. "Kacvegas". Wszystko zależy od samego tłumacza, jeśli potrafi odnaleźć ciekawe zależności językowe i w kreatywny sposób przekazać treść filmu w polskim tytule - proszę bardzo, ale nic na siłę.

Checinaa
07-08-2012, 18:57
Bagosz a Baggins - biorąc pod uwagę, że tłumaczenie Łozińskiego jest bodajże 1996 roku, gdzie domestykacja w tłumaczeniach literackich była jeszcze normą, nie ma się co pana Jerzego tak czepiać.

AgataW
07-08-2012, 22:30
odwieczny problem tłumaczy :) sama wciąż się zastanawiam i nie mogę się nigdy zdecydować tłumaczyć czy nie..jak jeszcze tłumaczenie miast których nazwy mają odpowiedniki w języku obcym wydaje mi się uzasadnione, tak mam problem z nazwami regionów. Ile szkół tyle opinii

paweltutka
07-09-2012, 09:06
Nasz nauczyciel od tłumaczenia literackiego powtarzał, żeby tłumaczyć nazwy własne, mimo że mogą śmiesznie brzmieć w języku polskim, ale właśnie o to chodzi, żeby bawić się językiem :) natomiast jeżeli chcemy zachować bardziej "egzotyczną" atmosferę w książce to należy zostawić. Tak jak napisała koleżanka AgataW: ile szkół tyle opinii nt. tłumaczeń :) wiem, że mój nauczyciel był zwolennikiem tego, że jak się tłumaczy książkę to należy utrzymać jak najlepszy kontakt z autorem, żeby tłumaczenie było jak najbardziej wierne. Z kolei byłem na warsztatach tłumaczeniowych pana Marka Kaźmierskiego i ten mówił, żeby właśnie utrzymywać z autorem jak najmniejszy kontakt, bo tłumaczenie książki to jak pisanie jej na nowo. I powiedział, że dzięki temu może się sprzedać jeszcze lepiej, więc tym lepiej dla nas. Choć z tą sprzedażą, moim zdaniem, różnie bywa, możemy pogorszyć sprzedaż poprzez napisanie jakiegoś szmelcu :P

raccoonstars
07-12-2012, 20:06
To prawda czy tylko przykład?;) Oby to był tylko przykład.

Z tymi legendarnymi "Toczącymi się kamieniami" to tylko przykład :) ufff, ale jako gorący fan serii Resident Evil (gry) miałem ochotę wyrzucić monitor, komputer i klawiaturę gdy oglądając film kręcony na motywach tejże gry potraktowano mnie "Korporacją Parasol" zamiast doskonale znaną wszystkim fanom złowieszczą Umbrellą. Tłumaczenie w zasadzie dobre (bo i w grze często potwierdzano, że nazwa korporacji ma ścisły związek z zakrywaniem i chronieniem pewnych badań biologicznych przed opinią publiczną), ale i tak w moim przekonaniu całkowicie zbędne a wręcz irytujące.

jan.klajbor
07-15-2012, 15:49
Chyba nie przetłumaczono w ten sposób dubbingu/napisów w oficjalnej kinowej wersji Resident'a? Jeśli tak, to skandal, jeśli była to wersja amatorska - pół biedy, ktoś mógł nie być zaznajomiony z uniwersum, bądź po prostu nie mieć wyczucia. Niestety jest tak, że angielskie nazwy/teksty tłumaczone na polski często nabierają zabarwienia wręcz satyrycznego, jeśli chodzi o parasol, ciekawe czy ta sama osoba równie chętnie słuchałaby polskiego covera "Umbrella" Rihanny - "pod moim para-solem-solem-solem". Sorry za niefortunne zestawienie Rihanny z Resident'em, ale od razu przyszło mi to do głowy.

annagolas1
07-15-2012, 22:44
Problem cytatu, ktory zostal zamieszczony w ksiazce anglojezycznej moze byc szczegolnie zlozony jesli autor decyduje sie na uzycie innego jezyka niz angielski. Roland Barthes uwielbia na przyklad wlasne okreslenia w celu opisu wybranych zjawisk kulturowych. I tu powstaje pytanie- jak potraktowac odautorski neologizm? Czy mamy prawo go tłumaczyc? Drugi problem to cytat w jezyku np francuskim w tekscie angielskim. Pozostawic go w oryginale czy tlumaczyc?

raccoonstars
07-22-2012, 18:08
Chyba nie przetłumaczono w ten sposób dubbingu/napisów w oficjalnej kinowej wersji Resident'a? Jeśli tak, to skandal, jeśli była to wersja amatorska - pół biedy, ktoś mógł nie być zaznajomiony z uniwersum, bądź po prostu nie mieć wyczucia. Niestety jest tak, że angielskie nazwy/teksty tłumaczone na polski często nabierają zabarwienia wręcz satyrycznego, jeśli chodzi o parasol, ciekawe czy ta sama osoba równie chętnie słuchałaby polskiego covera "Umbrella" Rihanny - "pod moim para-solem-solem-solem". Sorry za niefortunne zestawienie Rihanny z Resident'em, ale od razu przyszło mi to do głowy.

Na miecz Pana! Ciężko grzeszysz tym porównaniem. Ale w zasadzie jest ono bardzo trafne. Film oglądałem u kumpla więc nie wiem jak było z .... oficjalnością dubbingu ale wydaje mi się, że i tak należy je napiętnować.

Problem cytatu, ktory zostal zamieszczony w ksiazce anglojezycznej moze byc szczegolnie zlozony jesli autor decyduje sie na uzycie innego jezyka niz angielski. Roland Barthes uwielbia na przyklad wlasne okreslenia w celu opisu wybranych zjawisk kulturowych. I tu powstaje pytanie- jak potraktowac odautorski neologizm? Czy mamy prawo go tłumaczyc? Drugi problem to cytat w jezyku np francuskim w tekscie angielskim. Pozostawic go w oryginale czy tlumaczyc?

Takie odautorskie neologizmy potraktowałbym jak nazwy własne i nie tłumaczył. Myślę że ich celem jest bardziej podkreślenie charakterystycznego stylu autora lub cech bohatera literackiego niż przekazanie treści (to można dać w krótkim opisie w tekście lub ostatecznie w przypisie ) Co do cytatu w innym języku to raczej trzeba zadecydować w oparciu o tekst tłumaczony. Jeśli bohater literacki ma zrozumieć ten cytat to trzeba go tez przetłumaczyć dla czytelnika a jeśli nie to pozostawić w oryginale dodając co najwyżej przypis.

paweltutka
07-22-2012, 19:22
Problem cytatu, ktory zostal zamieszczony w ksiazce anglojezycznej moze byc szczegolnie zlozony jesli autor decyduje sie na uzycie innego jezyka niz angielski. Roland Barthes uwielbia na przyklad wlasne okreslenia w celu opisu wybranych zjawisk kulturowych. I tu powstaje pytanie- jak potraktowac odautorski neologizm? Czy mamy prawo go tłumaczyc? Drugi problem to cytat w jezyku np francuskim w tekscie angielskim. Pozostawic go w oryginale czy tlumaczyc?

Jest taka praktyka, żeby tłumaczyć wszystko - ale jak ktoś dał cytat w innym języku to też możemy przetłumaczyć (o ile znamy ten język), a potem napisać w przypisie, że to jest oryginal cytatu i wstawiamy oryginał z książki - problem rozwiązany. A jeśli chodzi o neologizmy to zmora... ale też można tłumaczyć, wydaje mi się, że taka praktyka nie jest zabroniona.

karlahunter0
07-23-2012, 13:20
Bagosze i Łaziki - mimo wszystko mam wrażenie, że dobrze, że zostały przetłumaczone. Zawsze to taki polski akcent. Nigdy nie czytałam "Harrego Pottera", ale znajomi i uczniowie mnie zmusili. Przeczytałam po angielsku. I wtedy okazało się, że dalej nie mamy o czym gadać. Ja mówię - Daigonal Street, a oni - Ulica Pokątna. Ja - Crookshanks - oni - nie pamiętam, ale kot Hermiony.

p.s. kiedyś na wyprzedaży napisy "SALE -70%" - a jedna z moich 70letnich uczennic weszła się zapytac, w jakiej cenie te sale, bo jej wnuczka chce wesele urządzić, a ona chętnie by wynajęła :D a gdzie swojsko brzmiące słowo "wyprzedaż"?

AgataW
08-13-2012, 11:31
Chyba zależy..jeśli nazwa własna ma swoje znaczenie, istotne również dla treści, wydaje mi się, że powinno się ją przetłumaczyć

ślepekiszki
11-29-2012, 19:19
@anna2506

Dobrze, że to nie Ty przekładałaś Martina, bo mielibyśmy tam takie potworki, jak "Krecie Miasteczko". Jeśli już przekładać, to jakoś z polotem, niedosłownie. Mole's Town mówi coś o krecie, czyli wymyślmy coś, co się kojarzy z kretem lub ma w sobie cząstkę słow "kret". Może Kreciska, Kretowiska... (najlepiej byłoby poszperać w staropolskich nazwach miejsc z cząstką "kret/krec"). Tylko litości, nie Krecie Miasteczko:p

Saga Martina jest w ogóle licho przełożona, drętwe gadki, język bez polotu, eech, szkoda gadać, bo po prostu po polsku nie da się tego czytać...

A co do nazw własnych w cyklu Martina, to jest to twardy orzech do zgryzienia: jakkolwiek się ruszyć, zły wybór. Jeśli bowiem przyjmiemy strategię przekładania, to konsekwentnie, wszystkich, bo nie zrobimy przecież miszmaszu nazewniczego angielsko-polskiego.

I) Przyjmijmy więc wersję, że przekładamy. Jeśli tak, to trzeba też przełożyć wszystkie imiona, nazwiska, nie tylko miejsca. Trzeba by więc 'Snow' oddać jako... "Śnieg", bez żadnego słowa, które by podobnie brzmiało lub się kojarzyło, gdyż w jednej z części czytamy:

"Snow was falling. He could feel tears freezing to his cheeks. It isn't fair, he wanted to scream. Snow would ruin everything he'd worked for, all his careful plans. (...). The snow's taken it from me (...) the bloody snow. Snow had ruined him once before".

Sama jednak przyznasz, że po polsku nazwanie kogoś Śnieg brzmi nieco nieporadnie. Z drugiej strony, mamy w języku polskim różne różniste nazwiska (np. niedawno spotkałem się z nazwiskiem Aksamit, a jest też nazwisko polskie Ojczenasz), więc w sumie czemu by nie?

Ta strategia wymagałaby jednak niesamowitej inwencji twórczej i ucha, bo co zrobiłby tłumacz z takim fragmentem w Nawałnicy mieczy, gdzie w obecnej polskiej wersji czytamy:

"Karstarkowie pochodzili od Karlona Starka (...). Zamek, który wybudował, nazywał się Karl's Hold, lecz wkrótce stał się Karlholdem, a Starkowie z Karlholdu przerodzili się w Karstarków".

II) Wersja z pozostawianiem w oryginale. Znów czytelnik nie dostrzegałby nawiązań, aluzji itp. albo musiałby sięgać do słowniczka na końcu książki, co też wygodne nie jest.

Osobiście jestem za strategią pierwszą, czyli przekładaniem, jednak wymaga ona niemal geniuszu translatorskiego, bo inaczej będziemy mieć takie "perełki" jak Władca Pierścieni w wydaniu Łozińskiego. Tłumacze jednak idą na łatwiznę i nic nie przekładają, wtedy czytelnik siedzi jak na tureckim kazaniu (Marszał tak trochę sknocił Diunę, wstawiając jakieś pustych semantycznie Fremenów). Jeszcze gorzej jest, gdy przekładają tylko część nazw i robi się chaos polsko-angielski, przez co tekst jest niespójny i tym samym niewiarygodny (tak zrobiono z sagą Martina, tak sknociła Władcę Pierścieni Skibniewska).

kejlij
03-17-2013, 19:31
Chodził mi ostatnio po głowie sławetny przykład Bilbo Bagginsa, który w jednym z przekładów stał się Bilbo Bagoszem. Warto wysilać się i wymyślać spolszczone wersje imion?
Co o tym myślicie?

kamesenin
03-18-2013, 12:00
Wszystko zalezy od nastawienia tłumacza, czy chce byc blizej oryginału czy tez chce bardziej pójść w strone udomowienia tekstu źródłowego... Także odbiorca docelowy jest istotny. Dla czytelników młodszych warto się pokusic o tłumaczenie imion, zeby brzmiały troche bardziej znajomo.
Osobiscie jestem temu przeciwny, za wyjątkiem sytuacji, gdzie imie bądź nazwisko jest jakąś grą słowną, która straci sens (dla osób nie znających języka źródłowego) jeśli nie zostanie przetłumaczona.

mariapluta
04-04-2013, 20:45
Znam trylogię Tolkiena w przekładzie Marii Skibniewskiej i tak jak wiele osób, uważam, że jest to dobry przekład. Tłumaczka pozostawiła nazwy własne w oryginale i jest to bardzo ważne, ponieważ oddaje specyficzny charakter krajobrazu, który przedstawia nam autor. Dzięki temu Shire, z którego pochodzi Bilbo Baggins ma prawdziwie anglosaską atmosferę. Dlatego też nie rozumiem, dlaczego w kolejnym wydaniu tłumacz zdecydował się na spolszczenie nazw własnych. Nie było to najlepsze posunięcie, o czym świadczy też negatywny odbiór tego tłumaczenia. Uważam, że w powieściach fantasy nie powinno się tłumaczyć nazw własnych.

Aithne
04-05-2013, 18:17
Ja również jestem przeciw. Chyba nawet jeśli imię miałoby jakieś istotne dla odbioru powieści znaczenie, nie zdecydowałabym się na przetłumaczenie go... Raczej wyjaśniłabym znaczenie imienia w przypisie. Denerwuje mnie takie spolszczanie na siłę, zwłaszcza, jeżeli spolszcza się tylko część imion (vide Jane i Elżbieta Bennett, ta druga w dodatku zdrabniana jako Lizzie). Czasem efekt końcowy ma zupełnie inny wydźwięk niż oryginał i np. Lucy staje się Łusią... Nie, za skomplikowane to. Jestem za zostawianiem imion w oryginale :)

Dejmon
04-06-2013, 22:59
Uważam, że najważniejsza jest konsekwencja - nie można przetłumaczyć imienia a nazwiska i zdrobnienia już nie. I jeśli już decydujemy się na tłumaczenie nawz własnych to przełóżmy wszystkie. Jednak nie mam nic przeciwko zostawianiu nazw własnych w tłumaczeniu, szczególnie w powieściach fantasy.
Popieram kamesenin jeśli chodzi o czytelników najłodszych - tutaj należy się postarać i unikać zostawiania obcych nazw i imion.

monikaforum
04-07-2013, 16:32
Kiedyś słyszałam, że tłumaczenie powinno być takie, aby odbiorca nie rozpoznał że jest to tekst przetłumaczony. Ala osobiście jestem za zostawianiem nazw własnych w przekładzie, ponieważ w ten sposób poznajemy też kulturę danego kraju. Jeśli jednak chodzi o literaturę dziecięcą, to w tym przypadku warto stosować udomowienie, aby tekst był jasny dla młodszych odbiorców.

Dejmon
04-07-2013, 21:15
Dokładnie! Dziś tak jeszcze myślałem o tym tłumaczeniu nazw własnych i w sumie to poza literaturą dziecięcą nie widzę sensu przekładania nazw własnych. Trudno mi sobie wyobrazić powieść, której akcja toczy się gdzieś w Anglii czy Niemczech a bohaterowie noszą polskie imiona, nie będąc jednocześnie Polakami. Co innego, jeśli chodzi o nazwy miast i krain geograficznych - tutaj tłumaczenie uważam za obowiązkowe.

aninha.19
04-07-2013, 21:21
Jestem przeciwna tłumaczeniu nazw własnych, chyba nawet w przypadku literatury dziecięcej... Klasycznym przykładem jest dla mnie "Mary Poppins", w pierwszych polskich przekładach tłumaczona jako... Agnieszka. Na szczęście szybko wrócono do oryginału :)

manila87
10-12-2013, 19:00
Tłumaczenie nazw własnych jest jedną z decyzji należących do tłumacza. Którą technikę tłumaczenia nazw własnych preferujecie - foreignisation czy domestication? Specjaliści zajmujący się teorią tłumaczeń są podzieleni. Niektórzy np. Shavit czy Yamazaki uważają technikę adaptacji (domestication) za brak szacunku do czytelnika a nawet obcej kultury. Co o tym myślicie? Która technika wg was jest lepsza? na jakie czynniki zwracacie uwagę?

Katarzyna Panfil
10-14-2013, 11:58
Wydaje mi się, że nie powinno się sztywno trzymać reguł i obstawać wyłącznie przy jednej zasadzie. Wszystko zależy od tłumaczonego tekstu- trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jakie znaczenie ma nazwa własna dla tekstu. Np. przetłumaczenie nazwiska Bilba Bagginsa w Hobbicie ma, o ile dobrze pamiętam, znaczenie, gdy chcemy zrozumieć zagadkę, którą zadaje smokowi. Jednak poza tym nie jest chyba specjalnie istotne ani w tej książce, ani we Władcy Pierścieni. Natomiast np. przy tłumaczeniu utworu satyrycznego (właśnie się tym zabawiam) często imię, nazwisko, nazwa miejsca stanowi źródło gry słownej, jest podstawą żartu. I tutaj zazwyczaj jednak byłabym za takim przyswojeniem tej nazwy, która pozwoli na zrozumienie żartu bez przypisu- to przecież jest celem tekstu...
Problem pojawia się wtedy, gdy dwa cele tekstu wydają się równie istotne i ciężko wybrać, np. zdarzają się teksty, gdzie imiona i nazwisak postaci drugoplanowych są znaczące (bohaterowie są wtedy takimi chodzącymi cechami charakteru), natomiast główni bohaterowie są ściśle związani z realiami, w jakich powstała książka. Trudna decyzja wtedy. Widziałam nawet, bodaj w "Niektórych ze stu żalów" P. Claudela (jeśli to nie tam było, z góry przepraszam tłumacza ;) i jeszcze na marginesie, b.polecam tę ksiązkę :)), część nazwisk tłumaczoną, część - pozostawioną w oryginalnej formie.

ufaflunic
10-28-2013, 04:55
Zdecydowanie w wiekszości przypadków decyduję się na foreignization - ten dylemat coraz częściej zresztą rozwiewa globalizacja współczesnej kultury. Muszę jednak zgodzić się z poprzedniczką - niektóre słowne żarty, które powiązane są z nazwami własnymi przepadłyby w tłumaczeniu, gdyby nie postarać się o ich pewną modyfikację i takie ich faktyczne przetłumaczenie (domestyzację) na język polski, by żart czy pomysł językowy miał sens. Ale znowu - widziałam też przypadki, gdzie tłumacz był albo zrezygnowany, albo też nie chciał za wszelką cenę niczego zmieniać i albo zupełnie zignorował żart, pozostawiając czytelnika nieświadomym jego istnienia, albo tłumaczył żart w przypisie, co jednak pozbawiało ów żart wszelkiego czaru. A z drugiej strony... :D Niekiedy żart jest rzeczywiście tak elokwentny, że aż kusi, by wytłumaczyć jego wszystkie niuanse w przypisie. Najlepiej zatem by było, gdyby tłumacz zaproponował w tekście własne rozwiązanie, a przypis wyjaśniałby zawiłości oryginału (ale coś takiego mogłoby przejść tylko w przypadku utworów skierowanych do bardzo wąskiego grona odbiorców, rozsmakowanych w detalach, a poza tym wystawia tłumacza na wręcz bezpośrednią krytykę czytelnika, który nie musi już szukać tego "jak to było w oryginale, a jak przetłumaczył tłumacz", tylko ma wszystko pod ręką, podane na srebrnej tacy).

Janarutkowska
12-15-2013, 19:35
Zdecydowanie w wiekszości przypadków decyduję się na foreignization - ten dylemat coraz częściej zresztą rozwiewa globalizacja współczesnej kultury. Muszę jednak zgodzić się z poprzedniczką - niektóre słowne żarty, które powiązane są z nazwami własnymi przepadłyby w tłumaczeniu, gdyby nie postarać się o ich pewną modyfikację i takie ich faktyczne przetłumaczenie (domestyzację) na język polski, by żart czy pomysł językowy miał sens. Ale znowu - widziałam też przypadki, gdzie tłumacz był albo zrezygnowany, albo też nie chciał za wszelką cenę niczego zmieniać i albo zupełnie zignorował żart, pozostawiając czytelnika nieświadomym jego istnienia, albo tłumaczył żart w przypisie, co jednak pozbawiało ów żart wszelkiego czaru. A z drugiej strony... :D Niekiedy żart jest rzeczywiście tak elokwentny, że aż kusi, by wytłumaczyć jego wszystkie niuanse w przypisie. Najlepiej zatem by było, gdyby tłumacz zaproponował w tekście własne rozwiązanie, a przypis wyjaśniałby zawiłości oryginału (ale coś takiego mogłoby przejść tylko w przypadku utworów skierowanych do bardzo wąskiego grona odbiorców, rozsmakowanych w detalach, a poza tym wystawia tłumacza na wręcz bezpośrednią krytykę czytelnika, który nie musi już szukać tego "jak to było w oryginale, a jak przetłumaczył tłumacz", tylko ma wszystko pod ręką, podane na srebrnej tacy).

Zgadzam się co do foreignization - jest zdecydowanie lepszą opcją, i to, moim zdaniem, nie tylko ze względu na globalizację kultury. Osobiście dla mnie to właśnie nazwy własne tworzą to unikalne wrażenie kontaktu z inną kulturą - tej, w której utwór jest osadzony. Zawsze staram się czytać, oglądać i (ewentualnie?) słuchać interesujących mnie rzeczy w oryginale, a po tłumaczenie sięgam tylko w takich przypadkach, kiedy poziom języka zupełnie mi uniemożliwia czytanie, albo uprzykrza lekturę (ciągłe sięganie do słownika bywa męczące, ale czasami może być też fajną zabawą), np. nie wyobrażam sobie, abym musiała uczyć się japońskiego, bo tak bardzo mnie kusi przeczytanie "Wyznań gejszy" w oryginale. Posłużę się przykładem Harrego Pottera - odłożyłam polskie tłumaczenie i sięgnęłam po oryginał właśnie ze względu na nazwy własne. I nie żałuję.
A co do tego "podania na srebrnej tacy", to uważam, że to właśnie jest szacunek dla czytelnika - oszczędza się w ten sposób jego czas :). W końcu jak ktoś chce samodzielnie zgłębić temat, nie musi sięgać do przypisów. Ja jestem zdecydowanie za przypisami przy tłumaczeniu gier słownych i nazw własnych, i ogólnie za maksymalnym zachowaniem w utworze tego, co da się zachować. W przypadkach, w których tłumacz przesadza z poziomem własnej inwencji, mamy do czynienia z interpretacją danego utworu, a nie z utworem jako takim.

ninano
06-30-2014, 12:55
Ja jestem zdania, żeby przed tłumaczeniem sporządzić spis wszystkich nazw własnych i zastanowić się czy przełożenie ich będzie w ogóle możliwe, jeśli nie to radziłabym zostawić je w wersji oryginalnej

Luspea
07-01-2014, 12:42
Ja jestem za tym żeby nazw własnych nie tłumaczyć, chyba że w książkach dla dzieci, lub gdy mają one jakiś kluczowy sens który trzeba zrozumieć (chociaż w tym drugim wypadku też raczej jestem za przypisami). Dla mnie tłumaczenie ich psuje charakter dzieła na siłe starając się je zrobić bardziej polskim. Pytanie tylko po co.

Katja
07-01-2014, 17:02
Hmmm... zależy co, zależy kiedy.
Utrwalone w języku polskim nazwy własne zdecydowanie tłumaczyć. Przecież nie zostawimy w tekście "Paris".
Imiona zostawiłabym w spokoju (choć, jeśliby była to powieść, Sarah zdecydowanie spolszczyłabym na Sarę) , zastanowiłabym się nad tłumaczeniem nazwisk znaczących. Oczywiście, zawsze jednak można podeprzeć się przypisami.

niewiem
07-01-2014, 19:02
Witam.
Ostatnio dostałam do tłumaczenia krótkie opowiadanie. Doświadczenie w tej kwestii mam niewielkie, dlatego postanowiłam założyć tutaj konto, może ktoś mi pomoże

Otóż wiem, że z reguły imion się nie tłumaczy z języka na język, jednak ja mam do czynienia z imieniem dosyć nietypowym dla polskiego czytelnika. Chciałabym się więc zapytać czy w przypadku "trudniejszych", np. Mircea [wym. 'meer-cha'], można je jakoś "spolszczyć", np. zapisać tak jak się czyta? Czy zapis typu "odpowiedział Mircea'owi(...)" nie będzie kłopotliwy?

Katja
07-01-2014, 19:43
Witam.
Ostatnio dostałam do tłumaczenia krótkie opowiadanie. Doświadczenie w tej kwestii mam niewielkie, dlatego postanowiłam założyć tutaj konto, może ktoś mi pomoże

Otóż wiem, że z reguły imion się nie tłumaczy z języka na język, jednak ja mam do czynienia z imieniem dosyć nietypowym dla polskiego czytelnika. Chciałabym się więc zapytać czy w przypadku "trudniejszych", np. Mircea [wym. 'meer-cha'], można je jakoś "spolszczyć", np. zapisać tak jak się czyta? Czy zapis typu "odpowiedział Mircea'owi(...)" nie będzie kłopotliwy?

Ale przecież to imię się odmienia. Raz, że imiona męskie zakończone na "-a" się odmienia, a dwa można posłużyć się tu tym przykładem (odpowiada Mirosław Bańko):
Słowniki zalecają następującą odmianę: Mircei Eliadego, Mircei Eliademu, Mirceę Eliadego, Mirceą Eliadem, (o) Mircei Eliadem. Gdy imię jest odmienione, dopuszcza się nieodmienianie nazwiska: Mircei Eliade (tak w Nowym słowniku poprawnej polszczyzny PWN).

Na pewno nie spolszczać. I oczywiście odmieniać bez apostrofu.

niewiem
07-01-2014, 19:53
Ale przecież to imię się odmienia. Raz, że imiona męskie zakończone na "-a" się odmienia, a dwa można posłużyć się tu tym przykładem (odpowiada Mirosław Bańko):


Na pewno nie spolszczać. I oczywiście odmieniać bez apostrofu.


Dziękuję za pomoc, szukałam czegoś na temat odmiany tego imienia, ale nie znalazłam nic konkretnego, dlatego miałam z tym taki kłopot. :)

nten
07-14-2014, 01:56
Mnie się nie podobały spolszczone nazwy u Łozińskiego, ale spolszczanie nazw nie uważam za wadę samą w sobie. Wadą w tłumaczeniu Łozińskiego to było tylko dlatego, że jego tłumaczenie było drugie, i czytelnicy zdążyli się już przyzwyczaić do innego nazewnictwa. Gdyby Łoziński jako pierwszy tę książkę przetłumaczył, to wtedy krytykowana byłaby Skibiniewska (tym bardziej, że talent pisarski jest u niej znacznie mniejszy niż u Łozińskiego; jej tłumaczenie jest ok pod względem leksykalno-gramatycznym, ale stylistycznie – kompletnie bez polotu).

GRodewald
07-15-2014, 19:04
Przede wszystkim przystępnie dla odbiorcy danego języka. Jeśli spolszczenie ma sens,a treść w żaden sposób na tym nie traci, warto to zrobić. Czy zawsze? Zapewne nie, (pomijając już wszelką formę gier słownych w danym języku) niektóre rzeczy mimo spolszczeń będą brzmieć dla nas dziwnie i obco. Optowałbym tu za pozostawieniem formy oryginalnej z dodaniem opisu dla czytelnika.

NatiGaby
07-16-2014, 12:48
Odnośnie przystępności, podczas tłumaczenia fragmentów książki (utrzymanej w stylistyce wywiadów) zawierających imiona i nazwiska z polskiego na hiszpański, zajęłam się tylko imionami/pseudonimami/zdrobnieniami, nazwiska pozostały.

Czasem wygląda nawet zabawnie :o Taki eksperymencik :D

paulinagesta
07-17-2014, 15:59
Myślę że nie powinno się tłumaczyć nazw własnych, imion, nazwisk czy tytułów filmów. Najbardziej denerwującą rzecz to zły przekład tytułu filmu jeśli ten tytuł ma znaczenie w zrozumieniu to bardzo irytuje.

Katja
07-17-2014, 20:38
Myślę że nie powinno się tłumaczyć nazw własnych, imion, nazwisk czy tytułów filmów. Najbardziej denerwującą rzecz to zły przekład tytułu filmu jeśli ten tytuł ma znaczenie w zrozumieniu to bardzo irytuje.

Taaa... I zostajemy z takimi kwiatkami jak "Vanity fair".

JakubS89
07-19-2014, 23:14
Jeśli o mnie chodzi, to zależy to od sytuacji. Takie nazwy organizacji jak ONZ zamiast UN czy UE zamiast EU można spokojnie tłumaczyć, a w wypadku artykułów specjalistycznych, organizacji naukowych itp. zazwyczaj je tłumaczę i daję wersję oryginalną w nawiasie lub odnośniku, by łatwiej było znaleźć dodatkowe informacje na jej temat. Natomiast imona, nazwiska, nazwy statków itp. wolę zostawić w oryginalnym języku.

Tytuły filmów... to trudna sprawa. Problem tkwi w tym, że czasem dokładne tłumaczenie po prostu będzie brzmiało głupio, bo to, co dobrze brzmi w np. j. angielskim wcale nie musi brzmieć dobrze w innych. A wtedy trzeba zmieniać, i dostajemy w rezultacie całą garść dość dziwnych tytułów.

Lokalizacja/adaptacja zamiast tylko i wyłącznie tłumaczenia może dać bardzo dobre rezultaty, ale to trudna sztuka i łatwo skończyć z katastrofą, więc wolę co do niej być ostrożny. W mojej opinii ważniejsze jest w takich wypadkach oddanie odpowiedniego tonu tekstu, upewnienie się, że użyte idiomy mają sens itp. niż tłumaczenie imion itp.

BLitwin
08-13-2014, 14:35
Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć - tłumaczyć czy nie. Raczej zależy to od sytuacji. Trzeba wziąć pod uwagę, że pozostawienie oryginalnej nazwy własnej nie pozbawia tłumaczenia tzw. kolorytu lokalnego, który utracimy, jeśli np. z Iwana i Jekateriny zrobimy Jana i Katarzynę. Z drugiej strony, pozostając w kwestii imion, możemy podać ich ekwiwalenty, opierając się na słowniku imion (np. przy tłumaczeniu aktu urodzenia, gdy klient prosi o spolszczenie). Wszystko zależy od sytuacji, rodzaju tłumaczonego dokumentu oraz jego odbiorcy. :)

priczmond
08-16-2014, 10:26
Ja jestem zdania, żeby przed tłumaczeniem sporządzić spis wszystkich nazw własnych i zastanowić się czy przełożenie ich będzie w ogóle możliwe, jeśli nie to radziłabym zostawić je w wersji oryginalnej

Zdecydowanie jest to bardzo dobre rozwiązanie. Minusem może być długi czas przygotowania takiej listy w przypadku długiego tekstu do tłumaczenia, ale w ten sposób na pewno można stwierdzić, czy nazwy są do przetłumaczenia, czy nie.
Ewentualnie można spróbować połączyć dwa podejścia i poeksperymentować, jak zasugerowała NatiGaby.

Odnośnie przystępności, podczas tłumaczenia fragmentów książki (utrzymanej w stylistyce wywiadów) zawierających imiona i nazwiska z polskiego na hiszpański, zajęłam się tylko imionami/pseudonimami/zdrobnieniami, nazwiska pozostały.

Czasem wygląda nawet zabawnie :o Taki eksperymencik :D

angelika90
08-16-2014, 16:38
Kwestia tłumaczenia imion w tekstach literackich jest wydaje mi się decyzją tłumacza. Ogólna zasada tłumaczeń polega na znalezieniu złotego środka, tzn. przetłumaczeniu wszystkich istotny dla zrozumienia tekstu słów, rzeczy nazwy itd. ale powinno się starać również zachować charakter tekstu oraz jego szczególne cechy. Wydaje mi się, że ogólna tendencja w przypadku imion polega na pozostawianiu ich w oryginale, aby tekst wydawał się bardziej autentyczny, aby imiona pasowały do opowiadanej historii.
Jeżeli jednak tłumacz decyduje się przetłumaczyć imiona, ważne aby pozostawał konsekwentny w swoim tłumaczeniu, ponieważ spotkałam się już z tłumaczonymi książkami,i w których Peter był tłumaczony jako Piotr, lecz na następnej stronie widniał jako oryginalny Peter, po czym na kolejnej stronie pojawiało się znowu Piotr. Było to strasznie irytujące w czasie lektury.

BLitwin
08-17-2014, 14:50
Jeżeli jednak tłumacz decyduje się przetłumaczyć imiona, ważne aby pozostawał konsekwentny w swoim tłumaczeniu, ponieważ spotkałam się już z tłumaczonymi książkami,i w których Peter był tłumaczony jako Piotr, lecz na następnej stronie widniał jako oryginalny Peter, po czym na kolejnej stronie pojawiało się znowu Piotr. Było to strasznie irytujące w czasie lektury.

Dokładnie. Poruszyłaś chyba to, co najważniejsze - kwestię konsekwencji w tłumaczeniu. I tak jak zaznaczyłaś, tłumaczenie jednego imienia oraz pozostawienie go w oryginale w tym samym tekście wprowadza jedynie chaos. Jeśli tłumacz decyduje się na jeden wariant, to powinien się go trzymać do końca, nawet, gdy nie do końca się z tym wariantem (imieniem oryginalnym czy jego odpowiednikiem) zgadzamy. Grunt to konsekwencja.

aprzewozna
09-03-2014, 17:13
Zgadzam się z jednym z postów powyżej, że imiona i nazwiska pozostawione w oryginalnym brzmieniu pozwalają nam lepiej odnaleźć się w akcji powieści. Z kolei uważam, że dobrym posunięciem jest tłumaczenie nazwisk lub przydomków, jeśli mogą one nabrać konkretnego znaczenia w języku polskim po przetłumaczeniu, przykład pierwszy z brzegu: potterowski Nearly Headless Nick brzmi dobrze jako Prawie Bezgłowy Nick i w życiu nie pokusiłabym się ani o pozostawienie całości w języku angielskim, ani nazwanie go (o zgrozo) Mikołajem.

BLitwin
09-03-2014, 18:34
Z kolei uważam, że dobrym posunięciem jest tłumaczenie nazwisk lub przydomków, jeśli mogą one nabrać konkretnego znaczenia w języku polskim po przetłumaczeniu, przykład pierwszy z brzegu: potterowski Nearly Headless Nick brzmi dobrze jako Prawie Bezgłowy Nick i w życiu nie pokusiłabym się ani o pozostawienie całości w języku angielskim, ani nazwanie go (o zgrozo) Mikołajem.

Prawie Bezgłowy Mikołaj byłby czymś strasznym :D Zgodzę się w 100%, że w tym przypadku tłumaczenie całości, albo też pozostawienie całości w oryginale nie byłoby zbyt trafne. Świetny przykład! :)

kluivert114
09-06-2014, 22:41
Może się przydać:
http://tłumaczenie.net.pl/o-tlumaczeniach/kilka-slow-o-tlumaczeniu-nazw-wlasnych/
http://engleash.net/jak-tlumaczyc-nazwy-wlasne

kluivert114
09-19-2014, 17:35
Kilka słów o tłumaczeniu nazw własnych:
http://engleash.net/jak-tlumaczyc-nazwy-wlasne

triniti
09-19-2014, 21:45
Również jestem za tym, żeby nie tłumaczyć nazw własnych. Czasami takie tłumaczenie trochę psuje całą historię :)

kluivert114
09-26-2014, 17:34
Może się przydać:
http://engleash.net/jak-tlumaczyc-nazwy-wlasne

wilqouak
09-28-2014, 12:17
Stosowanie tylko forenizacji albo tylko domestykacji nie wydaje się zbyt rozsądnym pomysłem. Uważam, że do tego problemu należy podejść kontekstowo. Oczywiście, w pewnych sytuacjach domestykacja będzie wymagała trochę więcej główkowania (gdzie forenizacja zaowocuje przypisem, na przykład), ale warto się tego wysiłku podjąć, żeby czytelnikowi trochę ułatwić życie.

Posłużę się przykładem Harrego Pottera - odłożyłam polskie tłumaczenie i sięgnęłam po oryginał właśnie ze względu na nazwy własne. I nie żałuję.

Mi się akurat polskie nazwy podobały i zawsze z ogromną ciekawością czytałem najpierw przypis od tłumacza. Wiele osób narzeka na metody Andrzeja Polkowskiego - trudno mi porównać tłumaczenie do oryginału, bo wersję rodzimą czytałem na bieżąco jak tylko się pojawiała, a za oryginał zabrałem się dopiero ostatnio, także nie wiem jak się sprawy mają stylistycznie, natomiast jeżeli chodzi o nazewnictwo właśnie, to nie mam żadnych zastrzeżeń, a wręcz podziwiam. :)

Barbara92
12-27-2014, 13:32
Drugi tłumacz Tolkiena to Łoziński. Z krasnoludów zrobił bodajże krzaty. Niestety, u niego chyba największym problemem jest nie przekład imion i nazw własnych (choć to najbardziej rzuca się w oczy), a to, że narobił zwyczajnych byków.
Przy okazji znalazłam artykuł o tłumaczeniu Łozińskiego: http://home.agh.edu.pl/~evermind/tlumaczenia_TAO.htm

A u Skibniewskiej naprawdę Shadowfax to Gryf? Trochę bez sensu, imho. Nie jestem specjalistką, ale czy to "fax" na końcu to nie z jakiegoś germańskiego "faxi" - był chyba w mitologii jakiś boski rumak Gulfaxi, czyli Złotogrzywy. W tłumaczeniu do filmu jest chyba Cienistogrzywy, czyli bliżej oryginału?

Szypulka
01-26-2015, 08:49
Imiona i nazwiska powinny pozostać oryginalne. Nie zgodzę się jednak z nietłumaczeniem tytułów filmów. Np. Film pt. Eternal Sunshine of the Spotless Mind Został przetłumaczony jako Zakochany bez pamięci. Na pierwszy rzut oka - badziew. Ale z drugiej strony, jeśli zna się już fabułę tego filmu (której tytuł nie zdradza) to można zauważyć dwuznaczność tytułu. I oba te znaczenia fantastycznie pasują do filmu. Dlatego uważam, że tytuły filmów powinno się tłumaczyć, bo jak ktoś ma pomysł, to może zrobić to naprawdę dobrze.

juliazet
01-26-2015, 14:29
Mam pytanie w związku z tym, co wcześniej napisaliście - Jeśli tłumaczę tekst medyczny, w którym występują nazwy własne różnych organizacji, instytutów badawczych itp, to jak należy je tłumaczyć? Zostawiać oryginał, czy przekładać dosłownie na polski. Ja wybrałam tłumaczenie na polski. Dobrze robiłam?

Sprawdziałbym czy w polskim funkcjonują przetłumaczone nazwy organizacji itp. Nieoceniony w tej kwestii jest internet. Jeśli nie ma polskich nazw zostawiłabym oryginalne.

pelargoni
01-31-2015, 21:12
Imiona i nazwiska powinny pozostać bez zmian, chyba, że są to nazwiska znaczące. Tak jak w "Płaszczu" Gogola w tłumaczeniu Jerzego Wyszomirskiego: oryginalny "Baszmaczkin" zastąpiony został "Kamaszkinem". (Inna sprawa, że zostawiłabym w tytule "Szynel", "płaszcz" jest pozbawiony lokalnego kolorytu.)
Tak samo słuszną decyzją jest tłumaczenie przydomków.

jachu93
02-04-2015, 23:25
Bardzo ważna jest poruszona już przez kogoś kwestia odbiorcy tekstu - np. w broszurach powinno zachować się, przynajmniej w nawiasie/przypisie, oryginalne nazwy instytucji, które pozwolą na łatwe ich odszukanie w internecie bądź innych źródłach. W tłumaczeniach literackich kwestia ta jest bardziej skomplikowana, ale to już zależy od kontekstu.

Astrid
02-16-2015, 10:58
Sprawdziałbym czy w polskim funkcjonują przetłumaczone nazwy organizacji itp. Nieoceniony w tej kwestii jest internet. Jeśli nie ma polskich nazw zostawiłabym oryginalne.

Czasem warto po prostu dodać przypis, który w skrócie wyjaśni, czym dana np. organizacja się zajmuje.

Karolina92
02-16-2015, 11:22
Uważam, że imiona i nazwiska powinny pozostać w oryginale a do różnych innych nazw własnych można dodać przypis, jak ktoś wyżej zasugerował.

Mylene03
03-02-2015, 19:25
Dużo nazw wasnych ma oficjalne tlumaczenie, w szczególności nazwy organizacji. W tym przypadku należy użyć tych oficjalnych nazw. Jeżeli chodzi o imiona i nazwiska to jestem zwolenniczką pozostawiania ich w oryginalnej formie.

pacynka
03-02-2015, 20:49
Jeżeli w naszym języku funkcjonuje oficjalne tłumaczenie danej nazwy - jasne; jeśli nie - sugerowałabym pozostawienie i opatrzenie przypisem. To samo w przypadku nazwisk. Jeśli bardzo zależy nam na uświadomieniu czytelnikom znaczenia danego imienia czy nazwiska - przypis :)

Shuwar
04-06-2015, 18:12
Dla mnie sprawa jest prosta - tłumaczymy wtedy, gdy imię/nazwa jest znacząca czy symboliczna (np. odzwierciedla charakter danej postaci), jak to ma miejsce np. w bajkach dla dzieci. W pozostałych przypadkach zdecydowanie preferuję oryginalne nazwy. Na pewno niebagatelne znaczenie ma też wiedza/znajomość języka u docelowego odbiorcy - co innego tłumacz, który doskonale wie co i jak, a co innego osoba kompletnie "zielona". Każdy z nas świetnie zrozumie głębię "50 shades of Grey", z kolei polskie "50 twarzy Greya" jest jednak trochę uboższe znaczeniowo. Ale dzięki temu tłumacze wciąż są potrzebni :)

raff
04-15-2015, 14:33
Uważam, że nie można jednoznacznie stwierdzić, że nazw własnych, imion i nazwisk się nie tłumaczy. W przypadku prawdziwych ludzi oczywiście najlepiej jest pozostawić formę oryginalną. Istniejące organizacje o międzynarodowym zasięgu często mają oficjalne tłumaczenie i tego dobrze się trzymać. Jeśli chodzi o mniejsze organizacje najlepiej sprawdzać na ich stronach internetowych czy wymyślili sobie oficjalne odpowiedniki. W przypadku, gdy oficjalnych odpowiedników brak wydaje mi się , że najlepiej byłoby pozostawiać nazwy w oryginalnej formie, żeby odbiorca wiedział o co dokładnie chodzi i mógł sobie poszukać informacji w innych źródłach.
Sprawa trochę się komplikuje w przypadku tłumaczenia fikcji. Gdy akcja tej wymyślonej historii toczy się w określonym miejscu w prawdziwym świecie - dajmy na to w USA - John Smith nie powinien, moim zdaniem, stawać się Janem Kowalskim (mogłoby to nawet budzić niepotrzebne skojarzenia, że jest on Polakiem). Ale to jest dość oczywiste i chyba większość tłumaczy się z tym zgadza. Inaczej sprawa się ma, gdy akcja historii toczy się w świecie całkowicie fantastycznym (jak wspomniany "Władca Pierścieni"). Moim zdaniem wtedy powinno się tłumaczyć tyle nazw ile tylko się da. Szczególnie nazwy charakterystyczne. Czemu Twofoot nie miałby stać się Dwustopym? Nie ma za to sensu zmieniać naz, które są po prostu ładnie brzmiącym zbitkiem liter pochodzącym z języka elfów (co, jak czytałem, miało miejsce w znienawidzonym przekładzie "Władcy Pierścieni").

djur90
04-18-2015, 17:01
Wydaje mi się, że jeżeli nazwy własne i imiona są nośnikami pewnych cech, to należy je przetłumaczyć, ponieważ czytelnik może nie zrozumieć komiki lub ironii jeżeli tego nie zrobimy, najlepszym przykładem jest tu chyba sławny "Don Kichot", gdzie w wielu wersjach nie przetłumaczono imion i nazw własnych. W najnowszym przekładzie tłumacz przetłumaczył np. Sancho Pansa na Sancho Brzuchacza, a Dulcyneę na Cudenię. Myślę, że taki zabieg ułatwi, a może nawet uprzyjemni lekturę.

DagmaraBS
05-15-2015, 09:28
Zgadzam się, myślę że to zależy od przypadku. Włosi maja absolutna skłonność do tłumaczenia wszystkiego i na przykład nigdy chyba nie pojmę dlaczego Scarlett O'Hara z Przeminęło z Wiatrem stała się tam Rosellą O'Hara. W Harrym Potterze z kolei prof. Snape, który u nas jest tez po prostu Snape'm, we włoskiej wersji stał się prof. Pitone, co powoduje u mnie wybuch śmiechu zawsze jak oglądam Pottera po włosku :)

Madrak
06-06-2015, 17:42
Myślę, że trzeba tu polegać na własnej intuicji. Czasem nazwę oryginalną należy wręcz zastąpić nazwą w języku docelowym, jednak czasem warto być kreatywnym i utworzyć nowe wyrażenie, które odda charakter oryginału.

Nerrei
06-07-2015, 11:33
Dla mnie sprawa jest prosta - tłumaczymy wtedy, gdy imię/nazwa jest znacząca czy symboliczna (np. odzwierciedla charakter danej postaci), jak to ma miejsce np. w bajkach dla dzieci. W pozostałych przypadkach zdecydowanie preferuję oryginalne nazwy. Na pewno niebagatelne znaczenie ma też wiedza/znajomość języka u docelowego odbiorcy - co innego tłumacz, który doskonale wie co i jak, a co innego osoba kompletnie "zielona". Każdy z nas świetnie zrozumie głębię "50 shades of Grey", z kolei polskie "50 twarzy Greya" jest jednak trochę uboższe znaczeniowo. Ale dzięki temu tłumacze wciąż są potrzebni :)

Również uważam, że warto pokusić się o tłumaczenie imion/nazw, które mają nam sugerować pewne cechy danej postaci/miejsca. Zastanawia mnie natomiast, jak postąpić z imionami bardziej opisowymi. Na przykład, czytałam niedawno cykl Wojen Magów Mercedes Lackey, pierwszy tom w języku polskim, drugi już w języku angielskim. Bardzo się zdziwiłam, gdy okazało się, że główny bohater, Bursztynowy Żuraw, w oryginale to "Amber Drake", czyli Bursztynowy Kaczor. Zastanawia mnie, czy tłumacz chciał po prostu, by imię bohatera brzmiało bardziej dostojnie (rzeczywiście, śmieszyłoby mnie czytanie przygód Kaczora, Żuraw brzmi lepiej)? Czy można pozwolić sobie na takie zmiany?

Amadeus2093
06-07-2015, 11:38
No właśnie, odwieczna odpowiedź: to zależy ;) Wydaje mi się, że możemy tłumaczyć, jak np. tłumaczymy dla dzieci, albo wybraliśmy sobie konwencję, żeby wszystko tłumaczyć i "udomowić" przekład albo gdy nazwa własna jest istotna w zrozumieniu tekstu. Czasem nazwa własna jest tak zakorzeniona w kulturze, że dziwnie jest ją przetłumaczyć, a czasem po prostu lepiej wygląda w oryginale ;)

Amadeus2093
06-07-2015, 11:52
Jeśli chodzi i piosenki to, jak dla mnie, w ogóle nie powinno się tłumaczyć imion czy innych - no, chyba że to piosenka dla dzieci. Podobnie z literaturą. Jeśli wybierzemy sobie taką konwencję, by tłumaczyć wszystko, to tłumaczmy, ale pasuje to znowu bardziej do młodszej grupy odbiorców. W książkach dla starszych brzmi to dziwnie...

klaudia7
06-07-2015, 22:00
Wydaje mi się, że tak jak ktoś już wspomniał wcześniej, kwestii: tłumaczyć czy nie tłumaczyć nazwy własne i imiona nie da się rozstrzygnąć jedoznacznie. Wszystko zależy od konwencji utworu, tego czy są to nazwy znaczące, funkcji, jaką pełnią w tekście, planowanego kręgu odbiorców itd.

ina
06-07-2015, 23:05
Popieram przedmówcę, wszystko zależy od kontekstu. Z jednej strony jestem przeciwna tłumaczeniu nazw własnych, ale z drugiej strony, jeśli odbiorcą jest np. dziecko, to myślę że spolszczenie nazw, które mają jakieś konkretne znaczenie jest jak najbardziej wskazane.

nigiri
06-08-2015, 12:23
Zgadzam się z moimi przedmówcami.

Ciekawym przykładem jest tłumaczenie nazw własnych we Władcy Pierścieni Tolkiena.

Można porównać tłumaczenia Marii Skibniewskiej, gdzie np. rzeka Brandywine zyskała o prostu polską odmianę, stając się Brandywiną, zaś u Jerzego Łozińskiego stała się już Gorzawiną. Z jednej strony przekład Łozińskiego pozwala czytelnikowi poznać znaczenie nazwy rzeki, gdzie Brandywine będzie zrozumiałe jedynie dla osób znających język angielski.

Jednak idąc dalej, w książce pojawia się postać imieniem Meriadoc, w skrócie Merry. U Skibniewskiej zostaje, a u Łozińskiego zmienia się w Radostka, Radego. Zabieg ten sprawia, że czytając przekład Łozińskiego Czytelnik rozumie ukryte znaczenie nazw, ale dają one wrażenie infantylizacji tekstu. Pozostawione przez Skibniewską nazwy własne są dla Czytelnika mniej zrozumiałe, jednak budują zamkniętą, odmienną (co przy literaturze fantastycznej jest jak najbardziej na miejscu) rzeczywistość, niesamowity świat, tajemniczy, w którego realia Czytelnik musi wchodzić krok po kroku.

Tłumaczenie nazw własnych w dużej mierze zależy od planowanego odbiorcy i efektu, jaki chcemy osiągnąć. Daleka jestem od stwierdzenia, że wszystkie nazwy winne być tłumaczone, zdarzają się jednak uzasadnione przypadki - na przykład tekst naszpikowany grami słownymi. Proszę wyobrazić sobie Alicję w Krainie Czarów, z pozostawionymi nazwami własnymi...

OG1
06-08-2015, 13:12
Ja zawsze sprawdzam czy dana nazwa własna ma wersję angielską i czy "funkcjonuje" po wrzuceniu w Google.

coyoteugly
06-08-2015, 13:32
Myślę, że należy zachować czytelność tekstu. Uważam, że nazw własnych nie powinno się tłumaczyć. Niedopuszczalna jest, wg mnie, sytuacja, kiedy tłumacz zdecydował się tłumaczyć nazwy własne i na początku tekstu przetłumaczonego na język angielski widzimy Warsaw, a dwie linijki dalej Kraków i Rzeszów. Tekst powinien być spójny i logiczny, a przede wszystkim zrozumiały dla potencjalnego odbiorcy.

Black_Cat
06-08-2015, 13:59
Ja generalnie jestem za zachowywaniem nazw własnych w oryginale. Kolejnym ciekawym przykładem może być również "Pieśń Lodu i Ognia", na której bazuje popularny serial "Gra o Tron". Niektóre nazwy własne zostały zachowane (Riverrun, Torrhen's Square, Dreadfort), podczas gdy inne zostały przetłumaczone, np.: King's Landing - Królewska Przystań, Storm's End - Koniec Burzy, The Wall - Mur).

Nerrei
06-14-2015, 13:58
Ja generalnie jestem za zachowywaniem nazw własnych w oryginale. Kolejnym ciekawym przykładem może być również "Pieśń Lodu i Ognia", na której bazuje popularny serial "Gra o Tron". Niektóre nazwy własne zostały zachowane (Riverrun, Torrhen's Square, Dreadfort), podczas gdy inne zostały przetłumaczone, np.: King's Landing - Królewska Przystań, Storm's End - Koniec Burzy, The Wall - Mur).

Podczas Pyrkonu 2014 na spotkaniu z tłumaczami ktoś zapytał pana Michała Jakuszewskiego, tłumacza serii, jak to jest z nazwami własnymi w Pieśni Lodu i Ognia i czym kieruje się przy ich tłumaczeniu. Nie potrafił dokładnie odpowiedzieć, podał tylko przykład imion, jak czytałoby się nam o Janku Śniegu :) Więc myślę, że pozostaje intuicja i jak dana nazwa brzmi w oryginale.

l.saoudi@gmail.com
06-14-2015, 20:04
A czy nie jest tak, że jeśli nazwy własnie istnieją naprawdę to wybieramy ich odpowiedniki w języku docelowym lub zostawiamy nazwę oryginalną w określonych przypadkach, a jeśli są to nazwy wykreowane przez autora to wtedy tłumacz musi wykazać kreatywnością? Tak przynajmniej ja bym podeszła do tego.

klaudia7
06-15-2015, 07:35
Wydaje mi się, że to dość złożona kwestia. Nazwy własne znaczące powinny być zasygnalizowane w przekładzie, bo ich użycie miało swój cel. Odnośnie pozostałych nazw własnych - sądzę, że wiele zależy od koncepcji tekstu wyjściowego, ale zgadzam się z poprzednikami, że w każdej z przyjętych metod postępowania ważne jest zachowanie konsekwencji.

bkubina
06-18-2015, 11:20
Wydaje mi się, że należy do tego podejść w indywidualny sposób, zależy od konkretnego przypadku. Czasami jest tak, że lepiej coś zostawić tak jak jest i tego nie tłumaczyć, ale są przypadki kiedy trzeba znaleźć odpowiednik w języku docelowym taki, aby oddać prawidłowy sens wyrażenia. Wybór należy do tłumacza :)

Lorelei
08-01-2016, 17:41
Jak odnosicie się do tłumaczenia nazw własnych w powieściach? Ogólnie rzecz biorąc istnieją dwie szkoły: jedna mówi, że należy tłumaczyć nazwy własne, inna zaś, że wręcz przeciwnie. Myślę jednak, że najważniejsza jest tutaj konsekwencja - albo tłumaczymy wszystkie orygialne nazwy albo decydujemy się je zostawić w języku źródłowym i wówczas ewentualnie dajemy wyjaśniający ich znaczenie przypis dolny. Zapraszam do dyskusji.

lucache
08-01-2016, 18:14
Skłaniałbym się raczej do pozostawienia nazw własnych w wersji oryginalnej, o ile nie jest to na przykład powieść dla dzieci.
Uważam jednak, że warto rozważyć ich tłumaczenie w przypadku, gdy dane nazwisko czy nazwa fikcyjnej miejscowości niesie ze sobą pewną informację o osobie lub miejscu, jest grą słów czy żartem językowym. Treści te, czytelne dla odbiorcy oryginalnej wersji, mogłyby zostać utracone, jeśli tego nie zrobimy. Tłumaczenie takie wymaga jednak dużej zręczności językowej i czasem lepiej go uniknąć, niż na siłę tworzyć odpowiedniki w języku docelowym, tym bardziej że nie zawsze, ze względu na różną budowę tradycyjnych nazw własnych w różnych językach, możliwe jest znalezienie naturalnie brzmiącego odpowiednika.
Nie jestem też zwolennikiem przypisów dolnych w tego typu tekstach. Przeszkadzają mi one raczej jako czytelnikowi, chociaż czasem bardzo trudno ich uniknąć.

Rszewczyk
08-03-2016, 17:21
Jak odnosicie się do tłumaczenia nazw własnych w powieściach? Ogólnie rzecz biorąc istnieją dwie szkoły: jedna mówi, że należy tłumaczyć nazwy własne, inna zaś, że wręcz przeciwnie. Myślę jednak, że najważniejsza jest tutaj konsekwencja - albo tłumaczymy wszystkie orygialne nazwy albo decydujemy się je zostawić w języku źródłowym i wówczas ewentualnie dajemy wyjaśniający ich znaczenie przypis dolny. Zapraszam do dyskusji.

Najważniejsze jest wyczucie tego, czy czytelnik będzie miał potrzebę zrozumienia danej nazwy własnej w ojczystym języku, bo np. zawiera ona grę słowną która ma znaczenie dla fabuły książki. Nie sądzę żeby dało się tutaj przyporządkować jakąś jedną regułę, w stylu "zawsze tłumaczyć!" albo "nie tłumaczyć pod żadnym pozorem!", trzeba sugerować się kontekstem i zdrowym rozsądkiem. Po tym mniej więcej można poznać czy tłumacz zrozumiał dzieło które tłumaczy, czy po prostu zrobił robotę i zainkasował czek. W wypadku literatury uważam że tłumacz staje się niejako współtwórcą dzieła, albo kimś kto opowiada je na nowo tak, aby inna publiczność mogła je zrozumieć. Wtedy już nie ma tak prostych i jednoznacznych reguł.

Krzysztof9541
08-03-2016, 18:37
Osobiście wolałbym jednak zostawić nazwy oryginalne. W przypadku gry słów zawsze można podeprzeć się przypisem. Taka opcja brzmi naturalnie, a czytelnik wie o co chodzi.

Sonum
08-06-2016, 18:44
Przyłączę się do grona osób, które decyzję uzależniają od kontekstu, z tym że nie powinniśmy tłumaczyć nazw własnych występujących w realnym świecie. Myślę jednak, że ważna jest konsekwencja. Jeżeli na przykład tłumaczymy nazwy miejsc a nie nazwiska, to powinniśmy się tego trzymać.

RePe
08-08-2016, 10:14
Wszystko zależy od intencji tłumacza - jeżeli zależy mu na adaptacji utworu w kulturze potencjalnego odbiorcy tłumaczenia może nazwy własne zamieniać ich odpowiednikami (tj. budzącymi podobne skojarzenia np. Częstochowa i Siergijew Posad - polska stolica Kościoła i jej odpowiednik w Rosji). Drugą metodą jest egzotyzacja tekstu. W tym przypadku zostawiamy nazwę własną w postaci oryginalnej.

Obie strategie są poprawne pod warunkiem, że zachowana jest zasada konsekwencji.

annajkunysz
08-11-2016, 10:02
Uważam, że raczej powinno się pozostawiać nazwy własne - pojawiają się przecież w jakimś celu i do czegoś konkretnego odsyłają. Chociaż z drugiej strony racją jest to, że pojawiają się sytuacje, w których tłumaczenie nazw własnych jest uzasadnione, np. jeśli są powiązane z grą słów lub w przypadku książek dla dzieci.

karoka
09-06-2016, 15:58
Nazwy własne są jednym z trudniejszych aspektów tłumaczenia. Tłumacz musi przede wszystkim zastanowić się nad ich funkcją w tekście i dokładnie sprawdzić czy istnieje oficjalne tłumaczenie konkretnej nazwy. Jeżeli takie nie istnieje, a nazwa nie ma dodatkowego znaczenia, powinno się zostawić ją w oryginale. Natomiast jeżeli występuje np. gra słowna, należy przetłumaczyć ją tak, aby sens został zachowany.

kpawilowicz
09-06-2016, 16:49
Tak jak mówisz - po pierwsze konsekwentnie a to czy tak czy tak zależy od charakteru tłumaczonego tekstu i od tego czy nazwy własne mają znaczący wpływ na prawidłowe zrozumienie czy interpretację tekstu

AAndruk
09-07-2016, 12:41
W kilku książkach widziałam wyraźnie ten problem - najczęściej tłumacze decydowali się przetłumaczyć na polski np. grę słowną, w przypisie podając oryginalną pisownię z komentarzem. A także jak już wyżej wspomniały inne osoby, trzeba być konsekwentnym.

katarzyna_k1
09-11-2016, 19:41
Jeśli nazwa własna jest według tłumacza powszechnie znana i sprawdził on czy tak faktycznie jest uważam, że nie ma konieczności jej tłumaczenia. Natomiast jeśli jest to nazwa bardzo odległa należy ją przetłumaczyć. Oczywiście wyjątkiem są słowa, które wprowadzają element egzotyczności i powinny zostać w wersji oryginalnej ;)

hanna93
09-11-2016, 20:16
Ja bym powiedziała, że zależy :) Oczywiście jeśli mamy już w języku polskim odpowiednik nazwy źródłowej, to ja byłabym za tym, żeby go użyć (bo dużo lepiej brzmi Poleciał do Stanów Zjednoczonych niż Poleciał do United States ) wiem, że przykład bez sensu, no ale rozumiecie, o co mi chodzi ;)

mateusz1pawlak
09-12-2016, 17:16
Skłaniam się bardziej ku zostawianiu nazw własnych w oryginale, ale to zależy od sytuacji. Nazwy fikcyjne stworzone przez autora moim zdaniem lepiej zostawić, jednak kiedy tłumaczymy np. książkę historyczną i pojawiają się nazwy z oficjalnym tłumaczeniem to takie powinno zostać użyte. W każdym wypadku najważniejsze jest bycie konsekwentnym - jak tłumaczymy to wszystko, jak nie to nic.

Gabriela11
09-19-2016, 09:49
Jestem za pozostawianiem nazw w oryginale, a ewentualne wytłumaczenie np. gry slów w przypisach. Ale jeśli już ktoś się zabiera do tłumaczenia nazw jak najbardziej trzeba być konsekwentnym. Jednak z własnego doświadczenia wiem, że czytając książkę, w której są przedstawione realia np. Stanów Zjednoczonych a imiona są polskie, całość czyta się dość nienaturalnie.

MagdaL24
09-19-2016, 10:33
Hmm, trudna sprawa, raczej jestem za zostawianiem nazw własnych, no chyba że były wcześniej przetłumaczone, ale np. w przypadku "Kubusia Puchatka" uważam tłumaczenie za dobry pomysł, dzieciom ciężko byłoby zrozumieć i wymówić nazwę "Winnie the Pooh".

iszczurowska
09-19-2016, 11:41
Podziwiam tłumaczy np. Harry'ego Pottera czy Władcy Pierścieni. To dla mnie przykłady idealnego wyczucia.

MartaGierczynska
09-19-2016, 13:09
Władca ma dwa tłumaczenia. Polecam artykuł http://goodstory.pl/polecane-ksiazki/ktore-tlumaczenie-wladcy-pierscieni-jest-najlepsze/ i porównanie obu wersji, niektóre zwroty u Łozińskiego są przekomiczne:p

madeleine092
09-19-2016, 14:07
Wydaje mi się, że nazwa własna to nazwa własna i najlepiej zrobić przypis. W końcu tłumaczenie dosłowne może narobić dużo szkody.

Gabriela11
10-09-2016, 12:26
Nie wyobrażam sobie czytania książki, której akcja dzieje się np. w Anglii a bohaterowie mają polskie imiona. Chyba wziełabym się od razu za oryginał. Jeśli natomiast imię/nazwa ma konkretne znaczenie jestem za pozostawieniem oryginalnej wersji i wytłumaczenia jej w słowniczku na końcu książki lub w przypisie.

zajonc
11-12-2016, 10:58
Myślę, że nie ma reguły. Jedne nazwy (imiona) mogą być przetłumaczalne, inne nie. "Kubuś Puchatek" czy "Ania z Zielonego Wzgórza" to w języku polskim już memy, chociaż nie są to, jak mój uczony kolega (my learned friend) zauważył, wierne tłumaczenia. "Chłopcy z Placu Broni" to, jak się dowiedziałem niedawno, dosłownie "Chłopcy z ulicy Pawła", ale to się już zakorzeniło, był chyba nawet taki zespół. A pies Snoopy? U mnie zostaje Snoopym, chociaż to dosłownie Wścibski albo Ciekawski. A jak tłumaczyć np. Sienkiewicza - jak oddać "pan" a "Panu Wołodyjowskim"? Itd.

irminao
11-12-2016, 15:02
Myślę, że nie warto takich nazw tłumaczyć, można jedynie je spolszczyć, albo jeżeli będą wyjątkowo trudne do odczytania, spróbować jakoś odwzorować taką nazwę. Ja osobiście skłaniałabym się do takiej właśnie metody, jaką wybrał pan Polkowski, zawsze z zainteresowaniem czytałam o etymologii nazw własnych w książce.

KamilaJagoda
06-09-2018, 14:26
Jak dla mnie najważniejsza jest konsekwencja, jak już tłumaczymy nazwy własne to tłumaczymy wszystkie a nie po trochu. Ostatnio sięgnęłam po oryginał Harrego Pottera, i owszem jestem pod wrażeniem większości nazw, na które polski tłumacz wpadł. Jednak nie rozumiem czemu na przykład Korneliusz Knot jest przetłumaczony na język polski, skoro większość nazw postaci jest w języku oryginalnym. Oczywiście nieświadomy czytelnik nie zauważy rozbieżności.
Opracowywałam dawno temu artykuł o tłumaczeniu francuskim "Prawieku" Olgi Tokarczuk, gdzie część nazw własnych została przetłumaczona, a część pozostawiona w języku polskim. Budzi to duże kontrowersje, kiedy nagle bohaterowie o imionach francuskich, mają dziecko, którego imię jest polskie...

shejesa
06-10-2018, 10:36
Ja nigdy nie byłem zwolennikiem tłumaczenia nazw własnych, często jedyny skutek to dziwny dysonans w sytuacji, gdy czytelnik zna oryginał. Wolę zostawić nazwę oryginalną i ewentualnie dodać kilka słów jeśli potrzebne jest dodatkowe wytłumaczenie terminu.

AleksandraLis
06-10-2018, 19:57
Nie popieram tłumaczenia nazw własnych, zwłaszcza jeśli efekt jest trochę pompatyczny (Garrosh Hellscream - Garosz Piekłorycz, Alleria Windrunner - Alleria Bieżywiatr, Deathwing - Śmiercioskrzydły). Mogą się też pojawić nieścisłości. W przypadku imienia "Garrosh", w polskim tłumaczeniu "r" nie jest podwójne, ale już imię "Alleria" zostało zachowane w oryginale.

Mar41
06-19-2018, 06:42
Osobiście sądzę, że jeśli chodzi o imiona lub nazwiska to raczej ich nie tłumaczyć. Inna sprawa jest z kolei jeśli zawierają jakiś element ważny dla fabuły. Mimo wszystko, to jest jedna z tych rzeczy którą trudno określić za pomocą sztywnych reguł i zawsze będzie zależeć od sytuacji i widzimisię tłumacza.

gallachadus
07-13-2018, 13:43
Osobiście jestem przeciwko. Raz czytałem książkę w, której tłumacz poszedł na kompromis otóż tytuł postaci był zapisany po angielsku a cała nazwa postaci po polsku i przyznam, że całkiem dobrze mu to wyszło.

knyss
07-15-2018, 00:32
Zdecydowanie nie ma to sensu. Wprowadza to zamęt i często przetłumaczone nazwy własne brzmią śmiesznie. Choćby norweska bajka pt. "Bamse" została przetłumaczona na polski jako "Miś Bamse" - zapewne dlatego, że tłumacz myślał, że Bamse to imię wspomnianej postaci, tymczasem Bamse to po prostu "miś" po norwesku. Czy tak samo słynne Twin Peaks przez "Miasteczko" w polskim tłumaczeniu traci nieco na właściwym znaczeniu i zrozumieniu serii.

pantofel102
08-07-2018, 11:29
Zgadzam się z większością wypowiedzi będących za zachowaniem nazw własnych w oryginale, bez tłumaczenia. Prawdą jest jednak, iż zdarza się sytuacja w której nazwa własna ma znaczący wpływ na charakterystykę postaci lub miejsca, w takim wypadku optowałabym za ewentualnym użyciem przypisów z krótkim komentarzem dotyczącym znaczenia danej nazwy.
Istnieją jednak skrajnie różne podejścia do tego tematu na co dowodem może być najnowsze (z 2015 roku) tłumaczenie Don Kichota w którym zdecydowano się na przetłumaczenie imion głównych bohaterów, tak też Sancho Pansa stał się "Sancho Brzuchaczem" a Dulcynea "Cudenią"...

Łukasz
08-08-2018, 00:08
Też mi się wydaję, że zachowanie nazw oryginalnych, bez tłumaczenia jest lepsze. Podczas seminarium magisterskiego nasza Pani promotor podała nam jednak pewien przykład jak można kompletnie zmienić znaczenie podczas tłumaczenia nazw własnych. Mianowicie w większośći przekładów książki "Winnie the pooh" tłumacze zachowywali płeć męska tłumacząc tytuł jako Kubuś Puchatek, zaś jedna z tłumaczek zdecydowała się zmienić płeć na żeńską nazywając tą postać Fredzia Phi Phi. Oczywiście ta Pani została bardzo skrytykowana za swoje tłumaczenie. ;)

mlebkowska
09-08-2018, 14:38
Moim zdaniem tłumaczenie nazw własnych ma sens tylko wtedy, gdy jest to niezbędne do zrozumienia reszty tekstu. W takich wypadkach w książkach dobrze kiedy jest przypis tłumacza na dole strony. Wtedy i wilk syty i owca cała. :) Mamy oryginał i rozumiemy cały tekst :)

Aleksandra333
09-08-2018, 22:22
W większości przypadków nie należy tłumaczyć nazw własnych. Jeżeli jednak jest to literatura dla dzieci (jak np. Harry Potter), albo tekst, w którym nazwy pełnią funkcję humorystyczne, itp, tłumaczenie jest właściwym rozwiązaniem, np. tłumaczenie nazwy "Kubuś Puchatek"

Verbena
09-09-2018, 19:20
Tendencja do pozostawiania nazw własnych w oryginalnej formie zdecydowanie jest obecna od jakiegoś czasu. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że tłumaczenie nazw własnych tworzy nieraz całkiem zabawne oraz pożądane efekty. W 2014 roku zajęłam się badaniem 50 filmów animowanych powstałych w latach 2009- 2013 właśnie pod względem tłumaczenia nazw własnych, a dokładniej imion bohaterów. Zaskoczyły mnie wyniki, które jasno wskazywały na tendencję do forenizacji (egzotyzacji) imion. Miałam świadomość, że taka tendencja istnieje, jednak spodziewałam się, że w filmach, których głównymi odbiorcami są dzieci więcej znajdę udomowień. Nie oznacza to, że nie ma ich tam wcale, przeciwnie, w zależności jaki efekt chce uzyskać tłumacz, taką strategię obiera, często bawiąc się słowem i łącząc w jednym tłumaczeniu różne strategie. Podsumowując, myślę, że wszystkie chwyty dozwolone o ile mają sensowne wytłumaczenie ;)

KamKis
09-13-2018, 09:06
Chyba lepiej w tej kwesti pozostać przy oryginale. Czasami wychodzą rzeczy z komosu. Jednak jeśli już się zdecydujemy na tłumaczenie to wszystkiego aby nie wprowadzać czytającego w las ani nie obniżać swoich kompetencji...