View Full Version : brak tłumaczenia sloganów reklamowych
Chciałam się dowiedzieć co myślicie na temat braku przekładów tekstów w reklamie, głównie telewizyjnej, a przede wszystkim sloganów reklamowych- czy zostawienie konkretnego sloganu czy części hasła reklamowego w wersji oryginalnej wynika nie tyle z samej strategii marketingowej a z braku równie chwytliwego ekwiwalentu w języku docelowym, a może tylko z jakiegoś trendu? Czy zostawienie oryginalnej wersji nie tworzy sztucznych zapożyczeń, zwłaszcza z angielskiego, często bezmyślnie stosowanych w innych kontekstach? Wg mnie przekaz treści komunikatu w języku A z puentą w postaci hasła w języku B tworzy pewien dysonans w odbiorze...a
jakie jest Wasze zdanie?
Z punktu widzenia reklamodawców slogan w języku obcym, a zwłaszcza w bardzo popularnym języku angielskim, jest o wiele bardziej atrakcyjny niż slogan w języku rodzimym. Mimo to, w polskiej reklamie slogany najczęściej są tłumaczone, za to nazwy produktów zyskują nazwy obcojęzyczne albo obcobrzmiące. Ostatnio zwróciłem uwagę na Goodbye Appetite. Angielska nazwa rymuje się i jest chwytliwa, ale slogan jest już typowo nasz: Zamień kluseczki na figurę laseczki ;)
Wydaje mi się, że zostawianie fragmentu tekstu w oryginale to raczej trend, który obecnie panuje w świecie reklamy. Każdy język wywołuje w danym kraju skojarzenia pozytywne bądź negatywne. Obecnie językiem powszechnie akceptowanym jest angielski. Można go zobaczyć w wielu sloganach reklamowych:
Just Do It! (Nike)
Connecting people (Nokia)
I’m Lovin’ It. (McDonald’s)
Life is Good (LG)
Let’s make thing better (Philips)
Menthos, the Freshmaker (Menthos)
United colors of Benetton (Benetton)
Zauważyć można również francuskojęzyczne slogany (francuski budzi skojarzenia elegancji i piekna):
Citroen, Creative Technologie (Citroen)
niemieckojęzyczne (solidne samochody): Das Auto (Volkswagen)
A nawet hiszpańskie: Niemiecka krew, hiszpański temperament, Seat auto emoción (Seat)
Wg Majkowskiej (Język reklamy) korzystanie z języka obcego, zwłaszcza z angielskiego, bazuje na stereotypie, że produkt zachodni daje gwarancję lepszej jakości. Slogan czy nazwa po angielsku brzmi bardziej nowocześnie i „światowo”, więc może zapewni lepszą sprzedaż.
w polskiej reklamie slogany najczęściej są tłumaczone, za to nazwy produktów zyskują nazwy obcojęzyczne albo obcobrzmiące.
Zgadzam się, że w większości przypadków slogany są jednak tłumaczone:
L’Oreal - Parce que vous le valez bien/ Because you’re worth it / Ponieważ jesteś tego warta
Clarins: C’est prouvé. Clarins rend la vie plus belle. /To fakt. Z Clarinsem życie jest piekniejsze.
Clinique: Avec Clinique, la loi de la pensanteur est suspendue./ W Clinique pokonujemy prawa grawitacji.
Vichy: Vichy la sante passe aussi par la peau./ Zdrowie to podstawa. Zacznij od skóry.
Nissan Micra: L’essentiel de la technologie pour en faire plus chaque jour./ Naszpikowany najnowszą technologią
Bardzo często (prawie zawsze w przypadku produktu zagranicznego) w reklamach wykorzystuje się nazwy produktów w języku angielskim (Sensai silky puryfing, Vichy: Lipo Metric, Pronto Multi Surface Cleaner, Vichy LiftActifPro serum (C+), Clinique Repairwear Lift SPF15, Blend-a-med Complete 7 plus weiss, Blend-a-med 3D White Luxe Sensitive, itp.) oraz pojawiają się dziwnie brzmiące „specjalistyczne” wyrażenia angielskie: Śnieżka Barwy Natury są z dodatkiem Teflon® surface protector (co ułatwia czyszczenie, usuwanie plam i zabrudzeń). A z reklamy Clarins, produktu Decollete and neck Concentrate dowiadujemy sie, że produkt jest non-comedogenic :) (czyli nie zatykający porów)
Wczoraj widziałam jeszcze jedną reklamę marki Ceresit (fugi i silikony), które zawierają formułę MicroProtect, zapobiegającą rozwojowi grzybów i pleśni :)
Chciałabym poruszyć jeszcze jedną ważną kwestię. Tłumacząc tekst na inny język, nie ważne czy to jest poezja, proza czy tekst specjalistyczny, trzeba brać pod uwagę jego odbiorcę. Tak samo jest z reklamą – aby była ona skuteczna, trzeba dostosować komunikat do rynku docelowego. Tłumaczenie reklam to trudne zadanie, bo trzeba uwzględnić wiele elementów takich jak: elementy kulturowe, grę słów, cel jaki reklama ma spełnić, a do tego powinna zapadać w pamięć. Reklama powinna być jednak przede wszystkim zrozumiała, a ‘wkomponowanie’ elementów języka obcego czy pozostawienie w oryginale sloganu reklamowego wprowadza zakłócenia w zrozumieniu przekazu, a tym samym może doprowadzić do niezrozumienia lub błędnej interpretacji. W sieci można znaleźć wiele takich przykładów:
Colgate wprowadziło na francuski rynek pastę do zębów o nazwie Cue. Jednak nikt nie sprawdził, że na tym rynku istniał już produkt o takiej samej nazwie, a było to pismo pornograficzne :)
Nazwa samochodu Chevrolet Nova informowała hiszpańskojęzycznych nabywców, że „Chevrolet nie pojedzie” (no va)
Model Forda o nazwie Pinto w brazylijskim dialekcie oznacza nieduże męskie genitalia
Włoski Fiat 127 Rustica źle kojarzył się w Wielkiej Brytanii, bo „rust” znaczy „rdza”.
Natomiast luksusowy model samochodu Rolls-Royce o nazwie Mist w niemieckim znaczy "gnój"
Gerber natomiast, kiedy wszedł na rynek afrykański, wykorzystał to samo opakowanie co w innych krajach (z ładnym dzieckiem na etykiecie). Później okazało się, że w Afryce, przedsiębiorstwa umieszczają na etykiecie zazwyczaj to, co znajduje się w słoiku, ponieważ większość ludzi nie umie czytać.
Natomiast we Francji Gerber oznacza potocznie „wymiotować”
Te wpadki pokazują, że tłumacząc reklamy warto również zastanowić się nad nazwą produktu. Czasami pozostawienie jej w wersji oryginalnej może przynieść odwrotne reakcje klientów niż przewidywane.
Inne przykłady niefortunnych nazw można znaleźć na stronie:
http://www.i18nguy.com/translations.html
Chciałabym poruszyć jeszcze jedną ważną kwestię. Tłumacząc tekst na inny język, nie ważne czy to jest poezja, proza czy tekst specjalistyczny, trzeba brać pod uwagę jego odbiorcę. Tak samo jest z reklamą – aby była ona skuteczna, trzeba dostosować komunikat do rynku docelowego. Tłumaczenie reklam to trudne zadanie, bo trzeba uwzględnić wiele elementów takich jak: elementy kulturowe, grę słów, cel jaki reklama ma spełnić, a do tego powinna zapadać w pamięć. Reklama powinna być jednak przede wszystkim zrozumiała, a ‘wkomponowanie’ elementów języka obcego czy pozostawienie w oryginale sloganu reklamowego wprowadza zakłócenia w zrozumieniu przekazu, a tym samym może doprowadzić do niezrozumienia lub błędnej interpretacji. W sieci można znaleźć wiele takich przykładów:
Colgate wprowadziło na francuski rynek pastę do zębów o nazwie Cue. Jednak nikt nie sprawdził, że na tym rynku istniał już produkt o takiej samej nazwie, a było to pismo pornograficzne :)
Nazwa samochodu Chevrolet Nova informowała hiszpańskojęzycznych nabywców, że „Chevrolet nie pojedzie” (no va)
Model Forda o nazwie Pinto w brazylijskim dialekcie oznacza nieduże męskie genitalia
Włoski Fiat 127 Rustica źle kojarzył się w Wielkiej Brytanii, bo „rust” znaczy „rdza”.
Natomiast luksusowy model samochodu Rolls-Royce o nazwie Mist w niemieckim znaczy "gnój"
Gerber natomiast, kiedy wszedł na rynek afrykański, wykorzystał to samo opakowanie co w innych krajach (z ładnym dzieckiem na etykiecie). Później okazało się, że w Afryce, przedsiębiorstwa umieszczają na etykiecie zazwyczaj to, co znajduje się w słoiku, ponieważ większość ludzi nie umie czytać.
Natomiast we Francji Gerber oznacza potocznie „wymiotować”
Te wpadki pokazują, że tłumacząc reklamy warto również zastanowić się nad nazwą produktu. Czasami pozostawienie jej w wersji oryginalnej może przynieść odwrotne reakcje klientów niż przewidywane.
Bardzo ciekawą kwestię poruszyłaś. Co prawda w moim początkowym zamierzeniu, chciałam "walczyć" o ochronę języka polskiego przed zapożyczeniami ze sloganów reklamowych, jednak aspekt różnic językowych i nieprzemyślanych faux pas znaczeniowych to istotnie częsty błąd speców od promocji. Cytowane wyżej przykłady najlepiej obrazują nieznajomość języka docelowego, a co najmniej zadaniu sobie przez marketingowców trudu sprawdzeniu, co dana nazwa produktu/hasło reklamowe oznacza w danym języku i jakie ma konotacje- co wg mnie przy wchodzeniu na obcy rynek z produktem lub marką, często będącym ogromną inwestycją finansową, jest dla mnie nie do pojęcia. I myślę, że jest to kolejny argument za przekładaniem haseł, a czasem nawet i nazw samych produktów, w materiałach reklamowych.
Nawiązując do panującego trendu na język angielski w nazwach produktów zachodnich czy też rodzimych produktów, myślę, że w niektórych przypadkach może to ograniczać skuteczność reklamy, pomijając odbiorców , którzy nie rozumieją danego słowa czy całego hasła reklamowego. Nie każdy przecież zna języki obce, a nawet Ci co znają w powiedzmy stopniu komunikatywnym, mogą po prostu nie zrozumieć konkretnego zestawienia słów. Czy wtedy nadal reklama/produkt jest atrakcyjna i chwytliwa dla takiego odbiorcy?
Wydaje mi się, że zostawianie fragmentu tekstu w oryginale to raczej trend, który obecnie panuje w świecie reklamy. (...) Obecnie językiem powszechnie akceptowanym jest angielski. Można go zobaczyć w wielu sloganach reklamowych:
Just Do It! (Nike)
Connecting people (Nokia)
I’m Lovin’ It. (McDonald’s)
Life is Good (LG)
Let’s make thing better (Philips)
Menthos, the Freshmaker (Menthos)
United colors of Benetton (Benetton)
Do Twojej listy dodałabym jeszcze:
Life tastes great! (KFC)
Be inspired (Siemens)
Nawiązując do panującego trendu na język angielski w nazwach produktów zachodnich czy też rodzimych produktów, myślę, że w niektórych przypadkach może to ograniczać skuteczność reklamy, pomijając odbiorców , którzy nie rozumieją danego słowa czy całego hasła reklamowego. Nie każdy przecież zna języki obce, a nawet Ci co znają w powiedzmy stopniu komunikatywnym, mogą po prostu nie zrozumieć konkretnego zestawienia słów. Czy wtedy nadal reklama/produkt jest atrakcyjna i chwytliwa dla takiego odbiorcy?
Myśle, że wszystko tak naprawdę zależy od tego do kogo reklama jest adresowana. To oczywiste, że większość osób z pokolenia naszych dziadków nie zrozumie sloganu reklamowego KFC "Life tastes great!", ale należy zadać sobie pytanie - ile osób z tego pokolenia tak naprawdę chodzi do KFC? Podejrzewam, że niewiele. Reklama KFC jest adresowana głównie do młodzieży i ludzi w wieku 20-30 lat, a Ci z pewnoscią sens sloganu zrozumieją :)
Z punktu widzenia reklamodawców slogan w języku obcym, a zwłaszcza w bardzo popularnym języku angielskim, jest o wiele bardziej atrakcyjny niż slogan w języku rodzimym.
Myślę, że coś w tym jest. Szczególnie jeśli reklama adresowana jest do młodzieży, która bardzo entuzjastycznie przyjmuję kulturę krajów zachodnich, wedle schematu - co amerykańskie to lepsze. Amerykanski styl życia jest przecież przez dużą częśc społeczeństwa - zwłaszcza tego młodszego, bardzo pozytywnie przyjmowany, stąd też pewnie w reklamach często pojawiają sie slogany w języku angielskim.
Nawiązując do panującego trendu na język angielski w nazwach produktów zachodnich czy też rodzimych produktów, myślę, że w niektórych przypadkach może to ograniczać skuteczność reklamy, pomijając odbiorców , którzy nie rozumieją danego słowa czy całego hasła reklamowego. Nie każdy przecież zna języki obce, a nawet Ci co znają w powiedzmy stopniu komunikatywnym, mogą po prostu nie zrozumieć konkretnego zestawienia słów. Czy wtedy nadal reklama/produkt jest atrakcyjna i chwytliwa dla takiego odbiorcy?
Myślę, że w tym wypadku ma znaczenie sam fakt, że slogan jest w języku angielskim, bo, jak wspomniała Pati, mamy zakorzeniony stereotyp (z lat 90 chyba, może trochę wcześniej, ale te wszystkie McDonald'sy i Mentosy to doszły do nas właśnie wtedy), że "angielski" produkt jest lepszej jakości, nowoczesny i światowy. I wtedy reklama nadal jest atrakcyjna, tym bardziej właśnie dla osoby nieznającej języka.
Myśle, że wszystko tak naprawdę zależy od tego do kogo reklama jest adresowana. To oczywiste, że większość osób z pokolenia naszych dziadków nie zrozumie sloganu reklamowego KFC "Life tastes great!", ale należy zadać sobie pytanie - ile osób z tego pokolenia tak naprawdę chodzi do KFC? Podejrzewam, że niewiele. Reklama KFC jest adresowana głównie do młodzieży i ludzi w wieku 20-30 lat, a Ci z pewnoscią sens sloganu zrozumieją :)
To prawda, że pewnie KFC ma inną grupę docelową niż nasi dziadkowie, ale po co zaśmiecać język polski angielskimi sloganami? Gdyby ktoś się postarał to wymyśliłby równie chwytne hasło reklamowe.
Tak jak napisała Dorga, nie każdy musi znać angielski, a "nawet Ci co znają w powiedzmy stopniu komunikatywnym, mogą po prostu nie zrozumieć konkretnego zestawienia słów". Gdzieś czytałam o kampanii sieci Douglas w Niemczech, gdzie wykorzystano angielski slogan „come in and find out”. Jak sie później okazało z ankiet przeprowadzonych wśród klientów, większość z nich zrozumiała „przyjdź i znajdź wyjście/drogę wyjściową”.
Nawiązując do panującego trendu na język angielski w nazwach produktów zachodnich czy też rodzimych produktów, myślę, że w niektórych przypadkach może to ograniczać skuteczność reklamy, pomijając odbiorców , którzy nie rozumieją danego słowa czy całego hasła reklamowego. Nie każdy przecież zna języki obce, a nawet Ci co znają w powiedzmy stopniu komunikatywnym, mogą po prostu nie zrozumieć konkretnego zestawienia słów. Czy wtedy nadal reklama/produkt jest atrakcyjna i chwytliwa dla takiego odbiorcy?
Uważam, że to dosyć ważna kwestia. Moi rodzice należą do pokolenia, które w szkole uczyło się rosyjskiego. Nie uczyli się nigdy angielskiego, wobec czego niektóre slogany są dla nich niezrozumiałe lub mogą się jedynie domyślać. A nie uważam, żeby mieli obowiązek douczać się na emeryturze języka obcego tylko dlatego, że jest modny.
Ja studiowałam angielski i niemiecki, uczyłam się też francuskiego i rosyjskiego i jestem gorącą zwolenniczką nauki języków obcych. Jednocześnie nic mnie tak nie denerwuje, jak bezmyślne powtarzanie usłyszanych w reklamach sloganów. Jak wiadomo, "Polacy nie gęsi..."
Podsumowując, uważam, że czasami można się pokusić o tłumaczenie.
Ktoś wspomniał o tym, jakie skojarzenia wywołują konkretne języki, np. francuski-elegancja itd.
Zgadzam się, ale też uważam, że osoba, która nie zna bardzo dobrze niemieckiego, nie zrozumie przekazu ukrytego pod "Das Auto". "samochód" nie oddaje sensu oryginału, z nawet trąci banałem.
Ktoś wspomniał o tym, jakie skojarzenia wywołują konkretne języki, np. francuski-elegancja itd. Zgadzam się, ale też uważam, że osoba, która nie zna bardzo dobrze niemieckiego, nie zrozumie przekazu ukrytego pod "Das Auto". "samochód" nie oddaje sensu oryginału, z nawet trąci banałem.
Pisząc o skojarzeniach, jakie wywołują języki chodziło mi strategie marketingową. Niemcy kojarzą nam się z punktualnością, skrupulatnością i dobrymi samochodami, dlatego moim zdaniem pozostawiono „Das Auto” . Slogan podkreśla pochodzenie tego samochodu i jakby utwierdza nas w przekonaniu, że to dobry samochód skoro niemiecki.
Natomiast nie popieram tego typu zabiegów w reklamach. Uważam, że powinno się tłumaczyć slogany, żeby nie wprowadzać odbiorcy w błąd czy w zakłopotanie, bo niewystarczająco zna język obcy. "Das Auto" też można przetłumaczyć, niekoniecznie dosłownie, ale oddając ideę sloganu (czyli, że jest to jedyny, prawdziwy Samochód). Takie jest zadanie tłumacza: oddać sens w ładnej, „chwytliwej” formie.
Zauważmy, że te slogany w obcych językach ograniczają się do angielskiego, niemieckiego i francuskiego. Gdyby nie ten francuski można by stwierdzić, że chodzi o łatwość wymowy, że nawet nie do końca rozumiejąc ludzie będą potrafili powtórzyć. Ja nie kojarzę innych języków w reklamie, czasem tylko w nazwach produktów. Może wynika to z faktu, że jako tako jesteśmy osłuchani z tymi trzema językami, a taki np duński dla przeciętnego polskiego konsumenta brzmiałby co najmniej dziwnie.
Ja studiowałam angielski i niemiecki, uczyłam się też francuskiego i rosyjskiego i jestem gorącą zwolenniczką nauki języków obcych. Jednocześnie nic mnie tak nie denerwuje, jak bezmyślne powtarzanie usłyszanych w reklamach sloganów. Jak wiadomo, "Polacy nie gęsi..."
Podsumowując, uważam, że czasami można się pokusić o tłumaczenie.
Też jestem wielką zwolenniczką nauki języków, ale nie uważam, żeby należało tłumaczyć wszystkie slogany. Może to egoistyczne, bo rozumiem angielskie hasła w przeciwieństwie do znacznej ilości Polaków, ale niektóre z nich to już wyrobiona światowa marka zupełnie tak jak produkt, który miały reklamować, myślę tu o "Das Auto" albo "I'm lovin it" itp. Może uważałabym inaczej, gdyby wiele lat temu polscy marketingowcy przetłumaczyli te hasła i wszystkie inne, ale teraz ich sukces jest niezaprzeczalny i nierozerwalny z firmą.
To prawda, że pewnie KFC ma inną grupę docelową niż nasi dziadkowie, ale po co zaśmiecać język polski angielskimi sloganami? Gdyby ktoś się postarał to wymyśliłby równie chwytne hasło reklamowe.
Nie zawsze da się tak dobrze oddać znaczenie hasła po polsku, np. słynne „I’ m lovin it”.
Tłumaczenie na „Kocham to” albo ewentualnie „lubię to” to już nie to samo, to pierwsze kojarzy mi się z miłością romantyczną a drugie z popularnym portalem społecznościowym. A poza tym, młodzież chyba ma wrażenie, że to co zagraniczne jest „lepsze” i „bardziej cool”.;)
No też to tak widzę, że grupa docelowa, czyli młodzież z góry uznaje za lepsze produkty niepolskie. Polskie produkty kojarzą się z nudą i folklorem, amerykańskie - z MTV, gwiazdami, Hollywood ii całą tą popularną nowoczesnością.
Przyszła mi do głowy jeszcze jedna kwestia związana z obcojęzycznymi nazwami i sloganami reklamowymi- ich wymowa. Zauważyłam, że osoby nie znające w ogóle lub słabo języki obce często powtarzają słowa występujące w reklamach o zagranicznym rodowodzie z niepoprawną, wręcz rażąco niepoprawną wymową. Efektem tego może być funkcjonowanie błędnej wymowy, co nie służy chyba samemu produktowi, a już na pewno nie jest pozytywnym zjawiskiem językowym.
Przyszła mi do głowy jeszcze jedna kwestia związana z obcojęzycznymi nazwami i sloganami reklamowymi- ich wymowa. Zauważyłam, że osoby nie znające w ogóle lub słabo języki obce często powtarzają słowa występujące w reklamach o zagranicznym rodowodzie z niepoprawną, wręcz rażąco niepoprawną wymową. Efektem tego może być funkcjonowanie błędnej wymowy, co nie służy chyba samemu produktowi, a już na pewno nie jest pozytywnym zjawiskiem językowym.
Może być tak jak mówisz, ale moze też być odwrotnie - reklama może też uczyć, poprzez osłuchanie się i częste powtarzanie ludzie mogą lepiej zapamiętać pewne wyrażenia i sformułowania. Dużo też zależy od samego lektora, czasami zdarza się, że angielskie slogany są czytane przez polskich lektorów niepoprawnie - wtedy są strasznie sztuczne i drażniące ;/
Też jestem wielką zwolenniczką nauki języków, ale nie uważam, żeby należało tłumaczyć wszystkie slogany.
Zgadzam sie. Nie zawsze chodzi o to, że tłumacz jest zbyt mało kreatywny, albo o to, żeby spełnic pewne cele marketingowe. Czasami obcojezyczny slogan brzmi po prostu lepiej, lepiej pasuje do melodii i kontekstu, i warto go zostawić w oryginalnej wersji.
Przyszła mi do głowy jeszcze jedna kwestia związana z obcojęzycznymi nazwami i sloganami reklamowymi- ich wymowa. Zauważyłam, że osoby nie znające w ogóle lub słabo języki obce często powtarzają słowa występujące w reklamach o zagranicznym rodowodzie z niepoprawną, wręcz rażąco niepoprawną wymową. Efektem tego może być funkcjonowanie błędnej wymowy, co nie służy chyba samemu produktowi, a już na pewno nie jest pozytywnym zjawiskiem językowym.
Największym problemem zapewne jest język francuski, z angielskim wszyscy są choć trochę osłuchani. Trudno wymagać od przeciętnego Kowalskiego, żeby wymawiał superpoprawnie francuskie słowa, może dlatego też lektorzy w reklamach często spolszczają wymowę, żeby łatwiej było. Ale prawda, czasem aż boli jak się słyszy, że ktoś np. idzie do "rezerwed" (Reserved)
Pisząc o skojarzeniach, jakie wywołują języki chodziło mi strategie marketingową. Niemcy kojarzą nam się z punktualnością, skrupulatnością i dobrymi samochodami, dlatego moim zdaniem pozostawiono „Das Auto” . Slogan podkreśla pochodzenie tego samochodu i jakby utwierdza nas w przekonaniu, że to dobry samochód skoro niemiecki.
Natomiast nie popieram tego typu zabiegów w reklamach. Uważam, że powinno się tłumaczyć slogany, żeby nie wprowadzać odbiorcy w błąd czy w zakłopotanie, bo niewystarczająco zna język obcy. "Das Auto" też można przetłumaczyć, niekoniecznie dosłownie, ale oddając ideę sloganu (czyli, że jest to jedyny, prawdziwy Samochód). Takie jest zadanie tłumacza: oddać sens w ładnej, „chwytliwej” formie.
tak, tak, tak :-)
Największym problemem zapewne jest język francuski, z angielskim wszyscy są choć trochę osłuchani. Trudno wymagać od przeciętnego Kowalskiego, żeby wymawiał superpoprawnie francuskie słowa, może dlatego też lektorzy w reklamach często spolszczają wymowę, żeby łatwiej było. Ale prawda, czasem aż boli jak się słyszy, że ktoś np. idzie do "rezerwed" (Reserved)
"rezerwed", czyli sklepu polskiej firmy odzieżowej. Odbiegam od tematu, ale tego typu zabiegi też mnie trochę irytują. Czy polski sklep nie może mieć polskiej nazwy?
Też jestem wielką zwolenniczką nauki języków, ale nie uważam, żeby należało tłumaczyć wszystkie slogany. Może to egoistyczne, bo rozumiem angielskie hasła w przeciwieństwie do znacznej ilości Polaków, ale niektóre z nich to już wyrobiona światowa marka zupełnie tak jak produkt, który miały reklamować, myślę tu o "Das Auto" albo "I'm lovin it" itp. Może uważałabym inaczej, gdyby wiele lat temu polscy marketingowcy przetłumaczyli te hasła i wszystkie inne, ale teraz ich sukces jest niezaprzeczalny i nierozerwalny z firmą.
Jasne, że nie wszystkie slogany, i jasne, że na niektóre jest za późno. " Auto emocion" moim zdaniem jest absolutnie czytelny dla Polaka (tak mi się wydaje) i zachowuje jeszcze ten podtekścik, . Tłumaczenie zbędne. " Das Auto"- uważam, że lepszy (wiele lat temu) byłby ładny odpowiednik wyjaśniający, że das Auto to kwintesencja samochodu. Przeciętny Kowalski po prostu nie rozumie sloganu das Auto, moim zdaniem umyka mu najistotniejszy element. "I'm lovin' it"-bardzo fajnie, ale nie zazdroszczę nauczycielowi, który będzie tłumaczył uczniom wychowanym na tym sloganie różnicę między Preset Simple i Continuous. Ale przyznaję-nie wiem, jakie tłumaczenie byłoby tutaj nejlepsze :-)
"I'm lovin' it"-bardzo fajnie, ale nie zazdroszczę nauczycielowi, który będzie tłumaczył uczniom wychowanym na tym sloganie różnicę między Preset Simple i Continuous. Ale przyznaję-nie wiem, jakie tłumaczenie byłoby tutaj nejlepsze :-)
"Uwielbiam to!" właśnie mi do głowy wpadło. Ale w przypadku tego hasła przesłanie wydaje mi się mniej istotne niż fakt, że ładnie brzmi jako dżingiel. Wiadomo przecież, że ludzie to lubią, mniej lub bardziej, ale lubią ;)
Też jestem wielką zwolenniczką nauki języków, ale nie uważam, żeby należało tłumaczyć wszystkie slogany. Może to egoistyczne, bo rozumiem angielskie hasła w przeciwieństwie do znacznej ilości Polaków, ale niektóre z nich to już wyrobiona światowa marka zupełnie tak jak produkt, który miały reklamować, myślę tu o "Das Auto" albo "I'm lovin it" itp. Może uważałabym inaczej, gdyby wiele lat temu polscy marketingowcy przetłumaczyli te hasła i wszystkie inne, ale teraz ich sukces jest niezaprzeczalny i nierozerwalny z firmą.
Zgadzam się w stu procentach. Niektóre slogany, nieważne, czy po polsku czy po niemiecku/angielsku/francusku, są już marką samą w sobie i automatycznie kojarzą się odbiorcy z danym produktem. A przecież o to właśnie chodziło.
Irytuje mnie też nadmiar słów/zwrotów w języku obcym w telewizji/prasie itp., ale czasem jest to nieuniknione, bo np. nie ma polskiego odpowiednika, a czasem jest to po prostu zabieg celowy, a nie bezmyślność czy lenistwo.
Jeśli chodzi o wymowę to, przepraszam bardzo, ale nie wymagam, żeby pani w średnim wieku wiedziała, że "Reserved" wymawia się w ten czy inny sposób, ani że "Auchan" pochodzi z francuskiego, a "a" na końcu jest nosowe... Litości! Nie każdy musi być erudytą albo poliglotą i nie ma się z czego śmiać ani na co krzywić - są ludzie wykształceni i ludzie prości, tak samo jak ludzie mądrzy lub głupi z urodzenia. Nie bądźmy hipokrytami.
To tak jakby poprawiać klienta baru szybkiej obsługi, że "tortilla" to słowo z jęz. hiszpańskiego, w związku z czym "ll" nie czyta się jak podwójnego "l" polskiego... I tutaj zaczynamy dawać wykład z fonetyki i fonologii. Po pierwsze, nie zawsze jest na miejscu poprawianie kogoś - ta osoba może się poczuć zakłopotana, urażona lub zwyczajnie wyśmiana, a my wyjdziemy na zadzierających nosa intelektualistów. Na nic się przyda największa nawet wiedza jeśli nie ma się choć odrobiny empatii. Więc trzeba zacisnąć zęby i wytrzymać :cool:
Ej spoko, wiadomo że nikt nikogo nie poprawia, po prostu sobie narzekamy ;)
Oczywiście! Nie chodzi przecież o to żeby kogoś krytykować albo strofować, nie każdy musi znakomicie znać języki i wymowę - dobrze o tym wiemy. Aczkolwiek ogólna poprawność fonetyczna w telewizji czy reklamach jest mile widziana - to stąd przecież ludzie biorą przykład :)
Mamy dużo sloganów angielskich, bo angielski jest najbardziej powszechny jeśli chodzi o naukę języków obcych, Często właśnie, jak argumentujecie, slogany angielskie są skierowane do osób młodych, dynamicznych i światowych.
Przykłady, które podała Pati
L’Oreal - Parce que vous le valez bien/ Because you’re worth it / Ponieważ jesteś tego warta
Clarins: C’est prouvé. Clarins rend la vie plus belle. /To fakt. Z Clarinsem życie jest piekniejsze.
Clinique: Avec Clinique, la loi de la pensanteur est suspendue./ W Clinique pokonujemy prawa grawitacji.
Vichy: Vichy la sante passe aussi par la peau./ Zdrowie to podstawa. Zacznij od skóry.
Nissan Micra: L’essentiel de la technologie pour en faire plus chaque jour./ Naszpikowany najnowszą technologią
to slogany reklamujące produkty kosmetyczne, które:
a) w oryginale są po francusku, który nie jest powszechnie rozumiany;
b) adresowane są do wszystkich kobiet, nierzadko do tych starszych, które w większości nie zrozumiałyby przekazu obcojęzycznego.
Slogany nieprzetłumaczone z różnych języków, czyli np. creative technologie, auto emocion, Das Auto, zawierają słownictwo, które nie odbiega sensem od polskich odpowiedników, więc każdemu łatwo je zrozumieć. Co prawda, nie każdy wyłapie sens położenia szczególnego nacisku na słowo Das, ale nie to jest najważniejsze - sama niemieckość samochodu jest dla niego najlepszą reklamą.
I tak to się będzie kręcić ;-) Najważniejsze, że nie musimy się już borykać z Always Coca-Cola.
"I'm lovin' it"-bardzo fajnie, ale nie zazdroszczę nauczycielowi, który będzie tłumaczył uczniom wychowanym na tym sloganie różnicę między Preset Simple i Continuous. Ale przyznaję-nie wiem, jakie tłumaczenie byłoby tutaj nejlepsze :-)
poruszyłaś świetną kwestię :D dokładnie taki przypadek miałam na jednej z lekcji gdy próbowałam wytłumaczyć różnicę między tymi dwoma czasami a dzieciaki jak wiadomo nie dadzą się zbyć byle czym.
Co do polskich odpowiedników sloganów reklamowych to jest kilka udanych tłumaczeń, które do mnie jako do potencjalnego odbiorcy trafiły np.M&M - Melts in your mouth, not in your hands. („Rozpuszcza się w ustach, a nie dłoni” ) i nawet wyłapałam taki zwrot w jednej z piosenek 50centa ;) a to świntuch:p. Nie spotkałam się natomiast z tłumaczeniem zwrotu "lecą w kulki" czyżby się okazało, że zabrakło fantazji w czasie tłumaczenia ?
Oczywiście! Nie chodzi przecież o to żeby kogoś krytykować albo strofować, nie każdy musi znakomicie znać języki i wymowę - dobrze o tym wiemy. Aczkolwiek ogólna poprawność fonetyczna w telewizji czy reklamach jest mile widziana - to stąd przecież ludzie biorą przykład :)
Dokładnie. Oglądając w telewizji reklamę sieci sklepów Geant, Carrefour, Leroy Merlin ,czy Auchan ludzie mogą się dowiedzieć, jak się wymawia daną nazwę.
vBulletin v3.7.2, Copyright ©2000-2012, Jelsoft Enterprises Ltd.