PDA

View Full Version : Tłumaczenie literackie - łatwe czy trudne?


Purple
05-25-2011, 21:39
Jak się odnajdujecie w tłumaczeniu literackim? Co sprawia Wam trudność i czy są jakieś konkretne teksty, tłumaczenia których byście się nie podjęli? Ja poddaję się przy poezji lingwistycznej:eek: (Białoszewski) ze względu na subtelną wieloznaczność i gry słowne; mam wrażenie, że za bardzo bym takie wiersze skrzywdziła. A Wy?:)
Przykład: Podłogo,błogosław! Białoszewskiego
Buraka burota
i buraka
bliskie profile skrojone
i jeszcze buraka starość, którą kochamy,
i nic z tej nudnej fisharmonii
biblijnych aptek
o manierach
i o fornierach w serca, w sęki
homeopatii zbawienia...
tu nie fis
i nie harmonia,
ale dysonans

ach! i flet zaczarowany
w kartofle — flet
w kartofle rysunków i kształtów zatartych!
to stara podłoga
podłoga
leżąca strona
boga naszego powszedniego
zwyczajnych dni
i takie słowo koncertujące
w o-gamie
w tonacji z dna
naszej mowy...

Podłogo nasza,
błogosław nam pod nami
błogo, o łogo...

kamilajka
07-05-2011, 12:08
Cóż, ja muszę przyznać, że zawsze podejrzewałam siebie raczej o tzw. "umysł ścisły" raczej niż humanistyczny. Algebra była moim ukochanym przedmiotem w szkole! Z drugiej strony do pewnego roku życia pochłaniałam książki jedna za drugą.
Więc nie podjęłabym się na pewno tłumaczenia wierszy. Co do prozy, próbę tłumaczenia opowiadania podjęłam kilka lat temu, ale - niestety - z jakichś, obecnie już zapomnianych, powodów nie udało mi się dokończyć.
Do tłumaczenia poezji trzeba zapewne mieć w sobie coś z poety :). Ale o tym w innym wątku :D

JustynaL
07-05-2011, 12:57
Moim zdaniem, przekład poezji samej w sobie jest trudny, ponieważ nie przekładamy tylko "pierwszej" treści, ale również to co przeczytaliśmy i zrozumieliśmy czytając między wierszami. Nigdy nie pisałam, ale myślę, że przegapienie treści ukrytej i w rezultacie nie ujawnienie tego w tłumaczeniu, spłyca wiersz i nie daje możliwości potencjalnemu czytającemu przeczytać tej wiadomości, którą autor miał na myśli. W rezultacie powstaje nowy wiersz, który przekazuje coś zupełnie innego. Co do prozy, na pierwszy rzut oka wydaje się dużo łatwiejsza do przetłumaczenia, ale właśnie tylko na pierwszy, bo co powiedzieć np o prozie poetyckiej? Albo o tekstach np Miłosza? Wydaje mi się, że łatwiej przełożyć książki, które sa tzw bestsellerami niż te nazwijmy to bardziej ambitne... to tylko moje zdanie, a jakie jest Wasze?

theWitcher
07-05-2011, 18:23
Tutaj osiągniemy najprawdopodobniej konsensus w sprawie tego, że tłumaczenie wierszy jest zdecydowanie najtrudniejsze, a w przypadkach bardziej skomplikowanych i wyrafinowanych - wręcz niemożliwe. Ogólnym komentarzem do tłumaczenia wierszy jest wyświechtany frazes, że tłumaczenie jest (ponoć jak żona) - albo ładne, albo wierne. I coś w tym jest, z czegoś w tłumaczeniu trzeba zrezygnować - albo będziemy walczyć o to, by wiersz był jak najbardziej poetycki, i zachował estetyczny wydźwięk oryginału, albo poświęcimy formę, by jak najlepiej przekazać treść i esencję "tego co autor miał na myśli".

Tłumaczenia książek, prozy jako-takiej zdają się być zdecydowanie bardziej przyjazne tłumaczom, z prostej przyczyny - jako że tekstu jest wielokrotnie więcej, nie jest przykładana tak wielka waga do każdego słowa. Miejsca niepewne, budzące wątpliwości można niejako obejść za pomocą różnych technik.

Ogólnie, moim osobistym zdaniem, tłumaczenie praktycznie nigdy nie odda w pełni tego co zawiera oryginał, nigdy nie uda się zachować wszelkich subtelności, zakładając oczywiście, że owa książka te subtelności posiada, zawsze w tłumaczeniu coś ulegnie zagubieniu (nawet mi się udało zrymować). Dlatego ja jestem wielkim fanem czytania literatury w oryginale, mimo iż jest to trudniejsze.

dariaa
07-05-2011, 20:10
ja również zgadzam się z tym, że tłumaczenie poezji jest zdecydowanie trudniejsze, ponieważ jest to pisanie jakby nowego wiersza dla czytelnika języka docelowego, ale wciąż tego samego, ponieważ podpisujemy go nazwiskiem twórcy, a to zobowiązuje.

Natomiast jeśli chodzi o tłumaczenie prozy, to też jest trudna kwestia - pisałam pracę magisterską na ten temat i wiem, że im bardziej zaczyna się w to wgłębiać, tym więcej pojawia się wątpliwości, szczególnie w kwetiach dotyczących odrębności kulturowej, która w prozie wychodzi właściwie na każdym kroku - co dla anglojęzycznego czytelnika jest oczywiste, może nie być takie dla nas, więc pozostaje pytaniem także kwestia: tłumaczyć czy może wstawiać przypisy? Ja osobiście nie lubię książek usianych przypisami, bo wczytując się w nie, można zapomnieć o czym był wątek ;) ale z drugiej strony, to chyba najlepszy sposób, aby oddać treść oryginału z jego realiami, po to, aby czytelnik mógł czerpać z odrębności.

delfina
07-05-2011, 23:32
Tłumaczenie literackie wydaje się być dużo trudniejszym, choć nieszczególnie wymaga specjalistycznego słownictwa. Często trudność ta, jak np. w poezji, zaczyna się już na poziomie rodzimego języka.
Najważniejsze wydają się być zawsze intencje autora oryginału, a te związane są ściśle z zawirowaniami jego życia w określonym czasie. Tłumaczenie literackie wymaga ogromnej wiedzy historycznej i kultury danego okresu. Rzeczywiście, jak ktoś już wspomniał, im dzieło będzie ambitniejsze i dodam, im bardziej wielopoziomowe, tym trudniejsze do przetłumaczenia.
A poezja, która oddaje przecież też emocje, związana jest nierozerwalnie z przeżyciami wewnętrznymi autora. Praktycznie niemożliwością jest całkowite odtworzenie takich przeżyć wewnętrznych. Często nawet nie rozumiemy w pełni stanu ducha człowieka, który stoi przed nami, a co dopiero wczuć się w ten stan poprzez słowa wiersza. Z wypowiedzi moich poprzedników można wnioskować, że tłumaczenie poezji może skupić się alternatywnie albo bardziej na oddaniu treści albo na oddaniu formy wiersza. Trudno będzie o idealne uzyskanie obu tych rzeczy, jednak można starać się o pewną równowagę obu czynników. Nie zawsze wiemy, czy odbiorca będzie bardziej rozkoszował się stroną artystyczną czy będzie raczej zgłębiał treść.
Zdecydowanie przekład poezji jest najtrudniejszy właśnie przez skróty myślowe i emocje, które ma przekazać.
Jeśli miałabym więc powiedzieć, czego nie podjęłabym się tłumaczyć, to byłaby właśnie poezja i piosenki.

izade
07-06-2011, 08:48
Witam wszystkich! Oczywiście ja też w dużej mierze zgadzam się z większością powyższych wypowiedzi, ale abyśmy nie zanudzili się wzajemnym sobie przyklaskiwaniem ("tak, tłumaczenie poezji jest najtrudniejsze, tłumaczenie prozy literackiej łatwiejsze, ale też trudne"), chciałabym postawić trochę kontrowersyjną tezę. Mianowicie w swojej pracy naukowej zajmuję się postmodernizmem i w związku z tym chciałabym poznać Waszą opinię na temat tego, czy to, co zostało zastosowane do literatury - odejście od dyktatu autora i przyznanie praw czytelnikowi, który stał się współtwórcą tekstu - można by odnieść także do teorii przekładu? Czy naprawdę nie możemy uwolnić się z okowów myślenia rodem z podstawówki typu "co autor chciał przez to powiedzieć"? Czy w dzisiejszych czasach nie możemy po prostu pokusić się o stwierdzenie, że każdy przekład jest zupełnie nową jakością, książką napisaną przez czytelnika - tłumacza?

olakubiec
07-06-2011, 11:15
Wydaje się, że powyższej tezie można zarówno zaprzeczyć, jak i spróbować się z nią zgodzić. Żyjemy w czasach, gdy obalanie stereotypów, utartych poglądów i sztampowych rozwiązań jest rzeczą wręcz modną, z drugiej jednak strony ciężko obronić inną interpretację utworu poetyckiego niż powszechnie znana, jeżeli dany wiersz uważany jest za wyznacznik konkretnego nurtu, a jego powstanie wiąże się z momentem przełomowym w społecznym myśleniu lub znaczącym wydarzeniem historyczno-kulturalnym. Jak daleko zatem można posunąć się w osobistej interpretacji?
Moim osobistym zdaniem - istnieją w naszej kulturze dzieła literackie, które bez zagłębienia się w kontekst kulturowy ich powstania nie powinny być odmiennie interpretowane. Chociaż, z drugiej strony- być może jest to jedyny sposób, by zaciekawić i ukazać piękno danego utworu znudzonym utartymi komentarzami wokół dzieła uczniom, którym próbuje się na siłę wtłoczyć w głowy gotowe rozwiązania, zamiast zmusić ich do twórczego myślenia. A przecież lepiej czasem pobłądzić, by ostatecznie znaleźć samemu właściwe rozwiązanie :)

theWitcher
07-06-2011, 11:32
Wracając do kwestii poruszonej przez Darię - odrębności kulturowej, i sposobów pokonywania tej bariery - przypisy są tutaj nieodzowne, wydaje mi się że nie ma lepszego i sprawniejszego sposobu na przekraczanie tych różnic. Dużo konceptów jest zbyt głęboko zakorzenionych w danej kulturze by było możliwe "przetłumaczenie" ich na kulturę inną, nie wspominając o nie zawsze odpowiedniej poprawności tego tłumaczenia. Przypisy zaś zapewniają dość prosty i wygodny sposób wytłumaczenia trudnych kwestii, zapewniają swojego rodzaju tło do lepszego wczucia się w tekst.

Odnosząc się do tezy postawionej przez Izę - mam tutaj dość mieszane uczucia, zdanie na ten temat zależy w ogromnej mierze od tego, jak zapatrujemy się na pozycję tłumacza i przywileje mu przysługujące. Ja osobiście jestem dość konserwatywnie do tego nastawiony, sądzę że tłumacz powinien ingerować w tekst najmniej jak to możliwe, i w takiej sytuacji nie można jego dzieła nazwać książką napisaną przez niego. W praktyce natomiast, do głowy przychodzi mi (nie)sławne tłumaczenie "Władcy Pierścieni" pióra J. Łozińskiego, który m.in. siłowo tłumaczył wszystkie nazwy własne, ingerując w tekst do tego stopnia, że w tym wypadku można by to nazwać nową "jakością"

empresstamika
07-06-2011, 11:49
Niewątpliwie tłumaczenie jest w pewnym sensie odrębnym dziełem - nie da się w stu procentach przełożyć jednej rzeczywistości kulturowo-językowej na drugą. Dlatego tłumacz wkłada (a jeśli tego nie robi, to powinien) ogromną pracę i wielkie pokłady własnej inwencji w to, żeby "odpowiednie dać rzeczy słowo", pewne gry językowe, przysłowia, kody kulturowe, przetłumaczone kropka w kropkę mogą bowiem nie zostać odczytane prawidłowo lub w ogóle. Wtedy dobrze jest, aby tłumacz użył głowy i własnego bagażu kulturowego i poszukał jak najlepszego sposobu oddania sensu w sposób zrozumiały dla czytelnika. Na pewno więc tłumaczenie to dzieło autora przefiltrowane przez pracę tłumacza.
Ale nie może być też tak, że czytając oryginał i tłumaczenie odnosi się wrażenie, że to dwie różne książki - przekład nie może być fantazją kreatywnego tłumacza na temat oryginalnego dzieła, ani jego poprawianiem. Wszelkie szaleństwa na temat dzieła, własną interpretację wykonać można, ale firmując je własnym nazwiskiem. Nie zgadzam się tu z postulatem odejścia od zastanawiania się nad tym, "co autor chciał przez to powiedzieć". Właśnie o to chodzi w przekładzie - zrozumieć o czym jest książka, po co autor ją napisał i właśnie co chciał przez nią powiedzieć. Pewnie, że nie zawsze i wszystko da się przełożyć - wszystkie podwójne i potrójne sensy, ale należy się starać oddać ich jak najwięcej.
Podam przykład z tytułem pewnej włoskiej książki: "Castelli di rabbia", po polsku przełożone na "Zamki z piasku". Tłumaczka oddała tylko jeden sens tytułu - przełożyła dosłownie castelli di sabbia na zamki z piasku, co sugeruje, że powieść jest o dążeniu do realizacji często nierealnych marzeń. Niestety, ze względu na brak w języku polskim słowa, które oddałoby sens słowa "rabbia" - czyli w tym przypadku pewnej zawziętości w dążeniu do realizacji marzeń, a do tego rymującego się ze słowem "piasek", nie można było zastosować użytej przez autora oryginału gry słów. Szkoda, że nie udało się zachować wszystkiego, ale czy przez to mamy do czynienia z zupełnie inną powieścią?

izade
07-06-2011, 11:55
A ja w kwestii przypisów mam trochę inne zdanie niż Daria i Witcher. Nie przeszkadzają mi książki usiane nimi, pod warunkiem, że ma to jakieś uzasadnienie, jak w przypadku prac naukowych. Jeśli chodzi natomiast o literaturę piękną, to stosowanie przypisów jest dla mnie porażką tłumacza, a dodatkowo świadczy o pogardzie dla czytelnika. Jeśli przekłada się coś z odmiennego kręgu kulturowego, należy założyć, ze ktoś, kto po taką pozycję sięgnie, w jakimś stopniu jest tematem zainteresowany. Zresztą mamy XXi wiek, każdy ma pod ręką internet i może sprawdzić, co pewne słowo oznacza w odniesieniu do danej kultury. Dla mnie tłumacz, tak jak i autor, nie powinien traktować czytelnika jak dziecka albo niepełnosprawnego, ale jako równorzędnego partnera. Gdyby w moim młodzieńczych lekturach wszystkie trudne słowa były objaśniane przypisem tłumacza i nie musiałabym ich wyszukiwać w innych książkach, dowiadując się orzy okazji innych ciekawych rzeczy, moja wiedza na pewno byłaby znacznie uboższa

olakubiec
07-06-2011, 12:21
Odnosząc się do ostatniego wątku Izy- uważam, że nawet w przypadku tłumaczeń utworów poetyckich przypisy są czasami niezbędne- ostatecznie nie musi to być bezpośredni przypis do zdania, frazy lub konkretnego słowa, ale na przykład opracowanie innego autora, dające szersze spojrzenie na tło historyczne lub spisana dyskusja na temat powstania i analizy utworu. Przykładem może być dyskusja literacka na temat współczesnej literatury ukraińskiej postmodernizmu- wiele z tych utworów, np. Andruchowycza jest bardzo trudne do zrozumienia nawet dla rodzimych odbiorców, a co dopiero dla zagranicznych czytelników.

empresstamika
07-06-2011, 12:26
Wracając do kwestii poruszonej przez Darię - odrębności kulturowej, i sposobów pokonywania tej bariery - przypisy są tutaj nieodzowne, wydaje mi się że nie ma lepszego i sprawniejszego sposobu na przekraczanie tych różnic. Dużo konceptów jest zbyt głęboko zakorzenionych w danej kulturze by było możliwe "przetłumaczenie" ich na kulturę inną, nie wspominając o nie zawsze odpowiedniej poprawności tego tłumaczenia. Przypisy zaś zapewniają dość prosty i wygodny sposób wytłumaczenia trudnych kwestii, zapewniają swojego rodzaju tło do lepszego wczucia się w tekst.

Odnosząc się do tezy postawionej przez Izę - mam tutaj dość mieszane uczucia, zdanie na ten temat zależy w ogromnej mierze od tego, jak zapatrujemy się na pozycję tłumacza i przywileje mu przysługujące. Ja osobiście jestem dość konserwatywnie do tego nastawiony, sądzę że tłumacz powinien ingerować w tekst najmniej jak to możliwe, i w takiej sytuacji nie można jego dzieła nazwać książką napisaną przez niego. W praktyce natomiast, do głowy przychodzi mi (nie)sławne tłumaczenie "Władcy Pierścieni" pióra J. Łozińskiego, który m.in. siłowo tłumaczył wszystkie nazwy własne, ingerując w tekst do tego stopnia, że w tym wypadku można by to nazwać nową "jakością"

Z przypisami trzeba uważać, żeby nie było śmiesznie. Na przykład taka gra językowa w utworze A. Tabucchiego "Il gioco del rovescio" (znów z włoskiego): w dialogu pojawia się coś takiego: "Mi chiamo Fernando, ma non sono un gerundio". Tłumacząc dosłownie mielibyśmy: "Nazywam się Fernando, ale nie jestem imiesłowem przysłówkowym współczesnym". Nie możemy tego tak zostawić, ani dać przypisu: *"została tutaj zastosowana gra słów, która może być niezrozumiała dla polskiego czytelnika, ponieważ po włosku imiesłów współczeny (gerundio) ma końcówkę -ando, czyli taką, jak końcówka imienia bohatera", bo to przecież byłoby śmieszne. Należy zatem jako tłumacz poszukać takiego imienia po polsku, żeby było jednocześnie jakąś częścią mowy (co notabene udało się tłumaczce).

Co do fantastyki, to nie byłabym aż tak surowa w ocenach. Zadaniem literatury fantastycznej jest tworzenie nowych światów i przenoszenie tam czytelnika. Dobrze wymyślona nazwa krainy może pomóc w budowaniu nastroju całej powieści lepiej niż nawet najpiękniej brzmiąca nazwa ale w obcym języku. To jest jak z literaturą dla dzieci: trzeba się trochę pogłowić, bo lepiej się czyta dziecku Fizia (czy Pippi) Pończoszanka niż Pippi Långstrump :D

izade
07-06-2011, 12:52
Olu, nie mogę się niestety zgodzić z Tobą w kwestii tych przypisów. Naprawdę uważasz, że tłumacz powinien umieszczać w przekładzie przypisy dotyczące tła danego tekstu? Od tego są recenzje i artykuły, po to stosuje się przedmowy i posłowia. I w tym przypadku akurat broniłabym autora. Taki Andruchowycz na przykład - skoro napisał trudny tekst, to znaczy, że chciał, żeby on był trudny i żeby czytelnik się trochę wysilił, a nie żeby tłumacz mu to upraszczał. W końcu co ma zrobić Ukrainiec - kazać przetłumaczyć książkę z "ukraińskiego na ich"?

olakubiec
07-06-2011, 13:16
Izo, chodziło mi bardziej o to, że takie komentarze w postaci wskazanych pozycji mogą ubogacić i poszerzyć wiedzę na konkretny temat. Rzeczywiście, być może powinny znaleźć się raczej w przedmowie lub posłowiu, jednak na pewno dają szersze spojrzenie na dany temat, a i tak czytelnik decyduje czy do nich sięgnie, czy nie. Oczywiście jest to moje bardzo sugestywne zdanie, pogłębione być może tym, że sama preferuję tego typu sugestie i omówienia, wielokrotnie wykorzystując je podczas pisania prac oraz artykułów. Przyznając jednocześnie moim przedmówcom rację w tym, że ilość zamieszczanych przypisów nie powinna przytłaczać, jak w przypadku niektórych publikacji, gdzie tekst właściwy stanowi jedną, dwie linijki, a resztę - właśnie komentarze.

izade
07-06-2011, 13:47
Olu, rozumiem, o co Ci chodzi, tylko według mnie, takie zastosowanie przypisu powinno być zarezerwowane dla autora, szczególnie dzisiaj, w epoce postmodernizmu, która może nie jest czasem końcem literatury, ale z pewnością jej wyraźnego intertekstualizmu. Nazwać by to można wręcz "kulturą przypisu", w której rządzi powtórzenie, cytat, parodia, "sequel i remake", także w literaturze. Jeśli tłumacz widzi, że autor parafrazuje jakąś myśli bądź nawiązuje do jakiegoś innego tekstu kultury, powinien to oddać, ale jeśli autor sam wyraźnie nie zaznaczył tego przypisem czy w jakiś inny sposób, widać miał ku temu powód. Jeśli chodzi o subiektywne uwagi tłumacza, to są one moim zdaniem nie na miejscu. Swoją osobowość może on oddawać w języku, nie w skojarzeniach, które każdy mógłby mieć w danym momencie inne. Zostawmy czytelnikowi możliwość cieszenia się z rozpoznania subtelnej aluzji autora, której urok często polega na tym, że nie wszyscy czytelnicy muszą ją tak samo odczytać - i mówię to jako czytelniczka

olakubiec
07-06-2011, 13:59
Z pewnością tak, myślę że każdy z nas na swój sposób jest odkrywcą tekstu literackiego,a im więcej w nim rzeczy nie do końca jasnych, tym pewnie lepiej.

Chciałabym przy okazji zapytać Forumowiczów o Wasze zdanie w kwestii, która od dłuższego czasu mnie nurtuje,a która niejako wiąże się z tematem przypisów i spojrzenia na tekst innych badaczy- podczas jednego z wykładów dotyczącego tłumaczeń literackich, w ramach konferencji studenckiej UJ, w której miałam okazję uczestniczyć rozgorzała dyskusja na temat konieczności odnoszenia się do powstałych już tłumaczeń tego samego tekstu autorstwa innych osób lub konieczności, jeśli istnieje taka możliwość, konsultowania językowych rozwiązań z samym autorem. Teza ta miała tyle samo przeciwników, co zwolenników. Osobiście uważam, że wyjaśnianie pewnych spraw z autorem i sposobność ku temu jest niewątpliwie atutem tłumacza. Ale czy tłumaczenia innych osób nie narzucają nam za bardzo czyjejś interpretacji? Jak daleko można się wzorować na innych przekładach? Może lepiej pozostawić sobie "czysty umysł" i niejako na świeżo podejść do tłumaczenia? Jakie jest wasze zdanie?

izade
07-06-2011, 14:25
Na temat nowych przekładów tekstów już przetłumaczonych założyłam rano nowy wątek - "nowe przekłady starych tekstów", więc zapraszam do przeniesienia dyskusji na ten temat tam i przeczytania mojego postu :)

A co do konsultowania tłumaczenia z autorem tekstu - cóż, tłumaczyłam ostatnio pisarzy, których miałam przyjemność poznać później osobiście, a w trakcie przekładu byłam z nimi w kontakcie mailowym i niezbyt to było pomocne, a w jednym przypadku wręcz autor nie był w stanie zrozumieć, czego od niego chcę :)

W serbskim opowiadaniu tłum Hindusów witał Marszałka Tito słowami: "Maršal Tito di džaj" i nie wiedziałam, jak to przetranskrybować, a nie mogłam zostawić w formie fonetycznej, jak to zapisują Serbowie. "Mój autor" nie był w stanie tego zrozumieć, cały czas tylko tłumaczył, że znaczy to "Niech żyje Marszałek Tito", ale przecież nie po serbsku znaczy, tylko w hindi i ja chciałam to oddać, skoro już użył tego w swoim opowiadaniu, ale po kilku próbach przetłumaczenia mu, w czym jest problem, poddałam się i zostawiłam, "jak chciał", z czego nie jestem zadowolona, więc czasem angażowanie pisarza może być problematyczne, ale niewątpliwie są też sytuacje, kiedy wiele problemów potrafi rozwiązać

empresstamika
07-06-2011, 14:33
Fajnie by było móc poradzić się autora, co chciał powiedzieć, żeby niczego nie przekręcić! :)
Zdarzały się podobno nawet przypadki, kiedy autor sam narzucał np w wywiadach własną interpretację utworu, sprawdzał szatę graficzną wydanych przekładów a nawet rodzaj papieru (jeden z pisarzy o proekologicznych poglądach życzył sobie, żeby jego książki drukować wyłącznie na papierze z odzysku:) ). Ale przecież nie zawsze jest taka możliwość - autor może nie być poliglotą, a może po prostu już nie żyć. Szukanie rozwiązań językowych to praca tłumacza, a nie autora. Dobrze jest znać inne tłumaczenia, ale przecież nie po to bierzesz pieniądze, żeby z kogoś zrzynać. Zresztą - jeśli istnieje gdzieś dobre tłumaczenie tekstu, to po co dublować robotę? Jeszcze zrobisz to gorzej i co?:)A jeśli jest słabe, to i tak trzeba napisać od początku cały przekład.

izade
07-06-2011, 14:54
Jeśli chodzi o oprawę graficzną przekładów, to moim zdaniem akurat autor powinien mieć tu ostatnie słowo. Jestem zwolenniczką poglądu, że książka to nie tylko słowa i treść, ale że na odbiór wpływa także jej materialna forma. Jako czytelniczka zwracam uwagę na wydanie, projekt okładki, jakość papieru, rodzaj czcionki. Nie podoba mi się, że często decyduje o tym wydawca, a jeśli chodzi o przekłady, w ogóle nie szanuje się wyglądu tekstu oryginalnego. Niektórzy pisarze zastrzegają sobie takie prawo - patrz ostatnio historia wydania polskiego przekładu książki Herty Muller "Strażnik bierze swój grzebień". Zainteresowanym tym tematem polecam poczytać o koncepcji "LIBERATURY" (to nie literówka, tam jest B)

olakubiec
07-06-2011, 14:56
W odpowiedzi do empresstamika: w pełni się z Toba zgadzam, tyle że czasami dostajemy za zadanie tłumaczenie tekstu już przez kogoś przełożonego, a myślę że bardzo trudno pozbyć się brzmiącego w głowie słowa czy fragmentu, które już się kiedyś przeczytało. A przecież tłumacz powinien posiadać taką zdolność, by jak powiedziałaś- nie "zrzynać" od innych, nawet nieświadomie. Ja dopiero zaczynam moją przygodę z tłumaczeniami, stąd z podziwem patrzę na tłumaczenia, w których autorowi udało się wyrwać z pewnych ograniczeń, które stawiają wcześniejsze przekłady:)

izade
07-06-2011, 15:06
Moim zdaniem przykład Szwejka pokazuje, że nie zawsze wyjście poza utarty schemat jest zjawiskiem pozytywnym, choć to niewątpliwie ciekawy materiał do badań. Osobiście unikam cudzych tłumaczeń. Ostatnio robiąc rozeznanie natknęłam się na amatorskie - prawdopodobnie praca zaliczeniowa na studiach - tłumaczenie fragmentów tekstu, który planowałam wziąć na warsztat. Nie przeczytałam tego, bałam się, że potem zbytnio zasugeruję się rozwiązaniami zastosowanymi przez osobę, która już to przetłumaczyła. Inna sprawa, że nie było to tłumaczenie znane lub, jak to z Haskiem było, Uznane

theWitcher
07-06-2011, 15:22
Z przypisami trzeba uważać, żeby nie było śmiesznie. Na przykład taka gra językowa w utworze A. Tabucchiego "Il gioco del rovescio" (znów z włoskiego): w dialogu pojawia się coś takiego: "Mi chiamo Fernando, ma non sono un gerundio". Tłumacząc dosłownie mielibyśmy: "Nazywam się Fernando, ale nie jestem imiesłowem przysłówkowym współczesnym". Nie możemy tego tak zostawić, ani dać przypisu: *"została tutaj zastosowana gra słów, która może być niezrozumiała dla polskiego czytelnika, ponieważ po włosku imiesłów współczeny (gerundio) ma końcówkę -ando, czyli taką, jak końcówka imienia bohatera", bo to przecież byłoby śmieszne. Należy zatem jako tłumacz poszukać takiego imienia po polsku, żeby było jednocześnie jakąś częścią mowy (co notabene udało się tłumaczce).
(...)


Hm, mogę być tutaj w mniejszości, ale mi osobiście taki przypis by nie przeszkadzał. Nawet bardziej w momencie w którym gra słów jest niemożliwa do przetłumaczenia (lub tłumacz na to nie wpadł). Kilkukrotnie z takimi przypisami się spotkałem, nie mierziły mnie one, a raczej pomagały zrozumieć całą sytuację.
Analogicznie jeżeli chodzi o przypisy "wyjaśniające" - nie mam nic przeciwko, a jestem nawet za krótkim wyjaśnieniom danej aluzji, nawiązania, motywu. Nie oczekuję wyczerpującego eseju objaśniającego wszystko, ale krótki przypis zawierający esencję danego odniesienia jest dla mnie mile widziany. Jeżeli mnie zainteresuje - będę wiedział dokładnie gdzie szukać, i poczytam sobie więcej. Wydaje mi się że ciężko wymagać (szczególnie od "zwykłego" czytelnika który nie jest szczególnie związany z danym językiem i jego historią/kulturą) na tyle dobrej wiedzy z danego obszaru kulturowego, by sprawnie rozszyfrowywać wszelkie aluzje, taki przypis może pomóc w docenieniu i zrozumieniu książki. Ew. też zaczyna przemawiać przeze mnie współczesny trend ludzi oczekujących podania im wszystkiego na tacy :-)


Ponowne tłumaczenie tekstu niesie ze sobą jeszcze ryzyko tego, że (zakładając znajomość poprzednich tłumaczeń) - nowy tłumacz może zbyt forsownie starać się wymyślić coś nowego, nie chcąc być podejrzewanym o zrzynanie od poprzedników. Zamiast skorzystać z już ukutego i przyjętego zwrotu, stara się on stworzyć własny... Co nie zawsze przynosi pozytywne rezultaty.

olakubiec
07-06-2011, 15:34
TheWitcher, mam bardzo podobne wątpliwości. Czytałam niedawno artykuł na temat nowego tłumaczenia pewnego autora, który zawzięcie podkreślał podczas wywiadów, że starał się, aby jego dzieło było jak najbardziej dalekie od jedynego do tej pory istniejącego już przekładu. Zwracał też uwagę na ułomność wcześniejszego tekstu. Finał tej historii był taki, że jego zdanie o odcięciu się o przeszłości z lekką nutą pobłażliwości było potem na ustach wielu innych tłumaczy, ale i krytyków książki, co na pewno nie przysporzyło mu ani popularności, ani nie podkreśliło walorów jego pracy. W końcu nie chodzi o to, by robić przekład przekładu, ale trzymać się oryginalnego utworu :)

delfina
07-06-2011, 19:30
Kontynuując dylemat: wierność czy niewierność ;) wobec oryginału, to Olakubiec ma rację przypominając o panującej obecnie modzie na nowe interpretacje. Moda ta przyjęła się chyba najlepiej w muzyce, przetwarzaniu tekstów piosenek, a jeśli chodzi o literaturę, to w teatrze coraz rzadziej otrzymujemy wierny wizerunek utworu. Ludzie chcą poznawać mądrości, filozofie, czy charaktery ludzkie, ale czasy się zmieniły i w nowych interpretacjach szukamy nowych rozwiązań życiowych problemów. Można powiedzieć, że nowe odniesienia są bardzo poszukiwane.
Sam język też się zmienia, a nowym pokoleniom, mającym coraz mniej czasu, przystosowanym bardziej do skrótów słownych, pokonywania tekstu aniżeli delektowania się nim, przydatne mogłoby być odejście od oryginału i nowe świeże spojrzenie. Na pytanie, jak daleko mogłoby się ono posunąć, może odpowiedzieć jedynie popularność czytelnicza. Najważniejszym jest tu chyba, kto ma być odbiorcą takiego "niewiernego" dzieła.

dariaa
07-06-2011, 19:57
a co powiecie a propos nie sugerowania się dotychczasowym przekładem, o zmamianie Kubusia Puchatka na Fredzie Phi-Phi? Fredzia oddaje prawdziwy sens oryginału, ale właściwie kto o niej słyszał/czytał? Za to Kubuś jest prawdziwym hitem, choć jest sporym nadużyciem ze strony tłumacza.

delfina
07-06-2011, 20:23
Zamiast "Kubuś Puchatek", po prostu "Kubusia Puchatek" albo "Kubusia Puchatka", czyli powrót do matriarchatu;)

JustynaL
07-06-2011, 22:08
Moim zdaniem, Kubuś Puchatek już na stałe wszedł do naszej kultury, wszelka zmiana na Kubusię/ Fredzię (bo taką opcję też gdzieś słyszałam) po prostu nie przeszłaby bo kto z nas czytał Kubusia w oryginale gdy był dzieckiem? Ludzie i dzieci znają Kubusia a nie Kubusię, więc to im nie pasuje. Z tego co pamiętam, to w tym przypadku tłumacz użył bardzo "wyobraźni" czy pozmieniał trochę rzeczy i tak zostało.

Jeszcze chciałam coś dodać a propos wierności/ niewierności tłumaczenia. Zgadzam się, że potencjalny odbiorca jest ważny, ale sprecyzowałabym to do wieku odbiorcy i kręgu kulturowego z którego pochodzi/ w którym się wychowuje. Wydaje mi się, że dziecku łatwiej zrozumieć tekst, jesli są tam znane mu pojęcia/ słowa, ale nie powinniśmy go ograniczać. W końcu dziecko raczej czyta tekst dla treści, ogólnego zrozumienia a zawsze może zapytać np rodziców jeżeli jakieś słowo/ fraza nie jest mu znana, dlatego w przypadkach, gdzie jest to możliwe, to jednak trzymałabym się w miarę wiernie oryginału.

delfina
07-06-2011, 22:53
Myślę, że jeśli chodzi o wolne tłumaczenia, to wersja taka będzie tym bardziej wierna oryginałowi im bardziej tłumacz utożsamiać będzie się z autorem. Jeśli będzie miał odmienne zdanie, może podświadomie łagodzić lub wyostrzać pewne zdania i wątki.
Gdy tłumaczenie literackie będzie robione na czyjeś konkretne zlecenie, wtedy z pewnością narzucone będą możliwe zmiany w tekście.
Już nawet czytanie biografii pisarza, którego byśmy tłumaczyli wpływać musi na jakość takiego tłumaczenia, gdyż stworzona zostaje niejako więź między stronami. Co o tym sądzicie?

manhattan
07-07-2011, 09:18
Hey - zgadzam się z większością waszych wypowiedzi, oraz uważam że niewiele osób potrafi tłumaczyć poezję, i niepotrzebnie się za to bierze. A później czytamy marny przekład który powstał spod pióra pierwszego lepszego tłumacza, który myśli że wie jak się tłumaczy poezję. Generalnie przekłady literackie należą do trudnych - a poezja szczególnie, dlatego każdy kto "bierze " się za poezję niech odpowie sobie na pytanie czy się nadaje :) Ja poezji mówie : dziekuję :):rolleyes:

kasia_rogal
07-07-2011, 12:36
Hm, mogę być tutaj w mniejszości, ale mi osobiście taki przypis by nie przeszkadzał. Nawet bardziej w momencie w którym gra słów jest niemożliwa do przetłumaczenia (lub tłumacz na to nie wpadł). Kilkukrotnie z takimi przypisami się spotkałem, nie mierziły mnie one, a raczej pomagały zrozumieć całą sytuację.


Według mnie zadanie tłumacza jest dwojakie - nie tylko powinien on oddać ducha utworu, ale i tak przetłumaczyć tekst, żeby czytelnik miał wrażenie, że był on napisany w jego własnym języku. Każdy język ma zaś swoją specyfikę, więc jeżeli gra słowna jest nieprzetłumaczalna, uważam, że (jeśli nie jest to istotne dla warstwy znaczeniowej utworu) należy przetłumaczyć tekst z westchnieniem zatracając bogactwo gry słownej, ale zyskując na płynności. Tłumaczenie gry słownej i smaczków jest jak wyjaśnianie żartu - co z tego, że go zrozumiemy, jak i tak już nas nie rozśmieszy?

Kontynuując dylemat: wierność czy niewierność ;) wobec oryginału, to Olakubiec ma rację przypominając o panującej obecnie modzie na nowe interpretacje. Moda ta przyjęła się chyba najlepiej w muzyce, przetwarzaniu tekstów piosenek, a jeśli chodzi o literaturę, to w teatrze coraz rzadziej otrzymujemy wierny wizerunek utworu. Ludzie chcą poznawać mądrości, filozofie, czy charaktery ludzkie, ale czasy się zmieniły i w nowych interpretacjach szukamy nowych rozwiązań życiowych problemów. Można powiedzieć, że nowe odniesienia są bardzo poszukiwane.
Sam język też się zmienia, a nowym pokoleniom, mającym coraz mniej czasu, przystosowanym bardziej do skrótów słownych, pokonywania tekstu aniżeli delektowania się nim, przydatne mogłoby być odejście od oryginału i nowe świeże spojrzenie. Na pytanie, jak daleko mogłoby się ono posunąć, może odpowiedzieć jedynie popularność czytelnicza. Najważniejszym jest tu chyba, kto ma być odbiorcą takiego "niewiernego" dzieła.

Tak, tylko nazwijmy to dzieło interpretacją - a nie tłumaczeniem. Jeżeli ktoś chce zmieniać i przetwarzać utwór to niech to robi na własny rachunek, a nie pod nazwiskiem autora oryginału. Wszelkie decyzje twórcy mają swoje uzasadnienie. Zmiana tych decyzji wg własnego widzimisię i zdania tłumacza jest już twórczością własną. Jeżeli ktoś chce ją uprawiać i sądzi, że jest w stanie napisać utwór lepiej niż jego autor, to nie jest już tłumaczem, a robi niejako "cover" oryginału dla czytelnika. A czytelnik kupując książkę decyduje się przyjrzeć się myślom Normana Mailera a nie Jana Nowaka z Warszawy.

JustynaL
07-07-2011, 12:54
Według mnie zadanie tłumacza jest dwojakie - nie tylko powinien on oddać ducha utworu, ale i tak przetłumaczyć tekst, żeby czytelnik miał wrażenie, że był on napisany w jego własnym języku. Każdy język ma zaś swoją specyfikę, więc jeżeli gra słowna jest nieprzetłumaczalna, uważam, że (jeśli nie jest to istotne dla warstwy znaczeniowej utworu) należy przetłumaczyć tekst z westchnieniem zatracając bogactwo gry słownej, ale zyskując na płynności. Tłumaczenie gry słownej i smaczków jest jak wyjaśnianie żartu - co z tego, że go zrozumiemy, jak i tak już nas nie rozśmieszy?

A może "wpisać" coś co jest grą słowną w naszym ojczystym języku i ma w miarę podobne znaczenie w tekście, przy czym w przypisie dodać oryginalną grę słowną oraz jej krotkie objaśnienie? Przyznam szczerze, że nigdzie czegoś takiego nie widziałam dlatego mnie to zastanawia.

olakubiec
07-07-2011, 13:06
A ja mimo wszystko skłaniałabym się ku stwierdzeniu, że niektóre książki i ich realia warto zmienić i dostosować pod kątem danego kraju czy grupy odbiorców. Mówię oczywiście nie o jakiś znaczących zmianach, ale bardziej ozdobnikach, drobnych niuansach słownych, które ubogacą lekturę. Zwłaszcza w przypadku pozycji dla dzieci. Dobrym przykładem mogą być "Przygody Mikołajka". Miałam okazję czytać wywiad z tłumaczką Barbarą Grzegorzewską, która opowiadała właśnie na temat osobistych prób przeniesienia realiów francuskiej szkoły, zwyczajów i pewnych zachowań na karty polskiej wersji "Mikołajka...". Próba okazała się bardzo udana, a jednocześnie najnowsza część, czyli Nowe przygody..." jest oceniana jako bardziej przystępna niż wcześniejsze z tej serii książek.

martyna0512
07-07-2011, 13:13
Uważam, że tłumaczenie poezji to jedno z trudniejszych (o ile nie najtrudniejsze) zadań, z jakimi może zmierzyć się tłumacz. Szczególnie skomplikowane okazuje się oddanie przesłania zawartego między słowami, czyli tego, co nie zostało napisane wprost. Poza tym, jeśli w wierszu są rymy, powinniśmy zachować taką formę. Trzeba zatem naprawdę się postarać...

kasia_rogal
07-07-2011, 13:41
A może "wpisać" coś co jest grą słowną w naszym ojczystym języku i ma w miarę podobne znaczenie w tekście, przy czym w przypisie dodać oryginalną grę słowną oraz jej krotkie objaśnienie? Przyznam szczerze, że nigdzie czegoś takiego nie widziałam dlatego mnie to zastanawia.

Ja również uważam takie wyjście za najlepsze...z tym, że czy wtedy jest sens dodawać oryginalną grę słowną, skoro oddaliśmy już intencje autora? Czytelnik zainteresuje się grą słowną, tymczasem odbierzemy mu spontaniczną radość odkrycia jej wieloznaczności poprzez analizę oryginału.

Osobiście nie lubię przypisów z podobnymi objaśnieniami, bo sama informacja, że "to słowo w tym języku znaczy i to i to" jest dla mnie mało atrakcyjna. Nie jestem wtedy w stanie przeżyć tego momentu zaskoczenia i fascynacji zabawą słowem, gdy zamiast samodzielnej analizy znaczeń mam rozwiązanie podane na talerzu.To tak jakby zamiast wiersza, przykładowo "Mojej piosnki" Słowackiego, w utworze umieszczono notkę "On tęskni za ojczyzną". Znaczenie to samo, lecz odarte z kunsztu autora.

Druga sprawa jest taka, że wydaje mi się, że gry słowne rzadko kiedy da się skutecznie zastąpić polskim odpowiednikiem.

delfina
07-07-2011, 22:50
Tłumaczenie literatury może stracić na wartości lub zyskać, to oczywiste. Język jest elastyczny, odbierany subiektywnie w zależności od typu czytelnika. Jeśli chodzi o beletrystykę, to też uważam, że najważniejsza będzie płynność czytania, a chyba mało kto ze zwykłych odbiorców szuka informacji, aby coś wyjaśnić (to chyba nawyk "językowców"?), więc parę przypisów w pobliżu nikomu nie zaszkodzi.
Dobre tłumaczenie literackie będzie takie, po którym w życiu byśmy się nie spodziewali,że to tłumaczenie;)

Jedne z najtrudniejszych, oprócz liryki,są dla mnie są rymowanki, bajki, wierszyki dla dzieci, gdzie roi się od różnych niezidentyfikowanych stworów, nieznanego pochodzenia i płci o przedziwnych imionach, zdrobnieniach,może jeszcze wydających kosmiczne odgłosy :eek: Może to być bardzo wdzięczne zajęcie, ale z pewnością dla wybranych z wyobraźnią. Nie wiem, czy można się tego dobrze nauczyć.

W końcu Mały Książę stwierdził,że dorośli nic nie rozumieją:cool:

martyna0512
07-08-2011, 09:04
Tłumaczenie literatury może stracić na wartości lub zyskać, to oczywiste. Język jest elastyczny, odbierany subiektywnie w zależności od typu czytelnika. Jeśli chodzi o beletrystykę, to też uważam, że najważniejsza będzie płynność czytania, a chyba mało kto ze zwykłych odbiorców szuka informacji, aby coś wyjaśnić (to chyba nawyk "językowców"?), więc parę przypisów w pobliżu nikomu nie zaszkodzi.
Dobre tłumaczenie literackie będzie takie, po którym w życiu byśmy się nie spodziewali,że to tłumaczenie;)

Jedne z najtrudniejszych, oprócz liryki,są dla mnie są rymowanki, bajki, wierszyki dla dzieci, gdzie roi się od różnych niezidentyfikowanych stworów, nieznanego pochodzenia i płci o przedziwnych imionach, zdrobnieniach,może jeszcze wydających kosmiczne odgłosy :eek: Może to być bardzo wdzięczne zajęcie, ale z pewnością dla wybranych z wyobraźnią. Nie wiem, czy można się tego dobrze nauczyć.
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że jest to zajęcie dla osób z wyobraźnią. Szczególnie, jeśli chodzi o wspomniane już bajki czy inne utwory dla dzieci. Tłumacz cały czas musi pamiętać o wieku swoich odbiorców. Zastosowanie prostego słownictwa nie zawsze jest proste.
Zdecydowanie łatwiej jest osobom, które na co dzień przebywają w towarzystwie dzieci. Pozostali mają, niestety, ciężki orzech do zgryzienia.

kamilajka
07-08-2011, 10:31
Każdy język ma zaś swoją specyfikę, więc jeżeli gra słowna jest nieprzetłumaczalna, uważam, że (jeśli nie jest to istotne dla warstwy znaczeniowej utworu) należy przetłumaczyć tekst z westchnieniem zatracając bogactwo gry słownej, ale zyskując na płynności.

Bądź też uraczyć czytelnika grą słowną w innym miejscu - technika "kompensacji" :), która wydaje mi się bardzo rozsądna. Oczywiście, jest to możliwe do zastosowania w prozie raczej niż w wierszu.

Chociaż.... każdy chyba przekład jest swego rodzaju sztuką "kompensacji" - gdyż nie ma sposobu, żeby oddać cały kompleks uczuć i sposobów odbioru danego obrazu, zwrotu, a nawet słowa w jednym języku/kulturze w innym języku/kulturze! Jeśli przekładając nazwiemy dany element rzeczywistości odpowiednim słowem innego języka, to i tak używamy słowa z innego systemu językowego, a więc obciążonego trochę innymi konotacjami czy chociażby wydźwiękiem.
Cóż, to może troszkę bardziej teoria niż praktyka, bo choć użycie słowa "pies" i "dog", "Hund", "perro", "chien" w każdym języku różni się, to ma to znaczenie pewnie tylko niektórych tekstach. Ale są słowa bardziej nadzielone konotacjami kulturowymi i językowymi niż ten przykład.

MathiasR
07-08-2011, 15:27
Muszę przyznać, że autor wątku poruszył bardzo ciekawą kwestię wybierając poezję lingwistyczną Białoszewskiego na przykład tekstu trudnego do tłumaczenia. Faktem jest, iż nawet osoby dobrze orientującej się w świecie poezji przekład wybranego wiersza byłby co najmniej wyzwaniem. Bierze się to głównie ze specyfiki samego nurtu. Zgodnie z nazwą poezja lingwistyczna stawia bowiem nacisk na język. W innych nurtach poetyckich język występuje w roli poddańczej względem treści, przekazu czy jak to tam da się nazwać. Tutaj z kolei treść to język. Sam akt komunikacji jest postawiony w centrum zainteresowania. Autora równie mocno interesuje to co ma przekazać jak i to czy uda mu się to zrobić w sposób jaki sobie założył.

Jeśli spojrzeć na Podłogo,błogosław! okiem laika (choćby takiego jak ja - daleko mi do eksperta ;) ), można by powiedzieć, że na pewno sensu wiersza nie odnajdziemy wśród treści, ale w sposobie jaki jest on przekazany. Gdy przyjrzeć się utworowi trochę bliżej, jasnym się staje, że gro tego przekazu zawdzięczamy nie tak wcale subtelnym zabawom na skojarzeniach i języku - wszak chodziło o to żeby czytelnika zaszokować, postawić do pionu, zmusić do myślenia.

Mamy więc zabawy słowotwórcze, odważne zestawienia różnych rejestrów językowych, zmiksowane sacrum z profanum. I wszystko byłoby ładnie i pięknie, ale jak to przetłumaczyć?

No właśnie. Tłumaczyć to to słowo w słowo nie wydaje się najlepszym pomysłem. Nie jest to poezja romantyczna w której najważniejsza była treść. Tutaj liczy się również efekt, gra słów i znaczenie kulturowe. Przykładowo, dla takiego Japończyka słowo "burak", na pewno nie wywoła żadnych jednoznacznych skojarzeń. Podobnie "biblijne apteki" czy "kartofle rysunków". I mamy dylemat. Co teraz zrobić? Czy załatwić sprawę translacją bezpośrednią i przypisem? Raczej nie, bo przypis wyjaśniający zniszczy cel poezji lingwistycznej - to tak jakbym w polskiej wersji utworu od razu podał jego wyjaśnienie. Abstrahuje nawet od tego, że objętość samych przypisów przekroczyłaby najprawdopodobniej objętość wiersza.

A może w takim razie zaingerować mocniej w tekst? W naszym przekładzie na japoński zmienić Biblijne apteki zastąpić dajmy na to "ofuda aptekami" (lub dalej 古事記の薬屋) czy "kartofle rysunków", "ryżem rysunków" (japoniści - nie śmiać się - darujcie dyletantowi ;) ). No tak, tylko jaką mamy gwarancję, że osiągniemy taki sam efekt końcowy jaki osiągnął autor oryginału? Co więcej, czy tłumacz w ogóle ma prawo zmieniać fragmenty specyficzne dla kultury polskiej/europejskiej i co na tym traci? Kolejna zagwozdka: czy tłumacz, szczególnie którego językiem ojczystym nie jest język docelowy może odważyć się na własne eksperymenty słowotwórcze w tłumaczeniu, a jeżeli tak to w jakim stopniu?

Na żadne z pytań powyżej, nie znam odpowiedzi. Za młody, za głupi, za mało doświadczony :P. Mimo to, sądzę, że są to pytania ważne. Może, ktoś z pozostałych forumowiczów potrafi udzielić odpowiedzi?

Tak na koniec, muszę przyznać, że nie podjąłbym się tłumaczenia tak trudnego tekstu... przynajmniej nie teraz. Może za kilka lat. ;)

MathiasR
07-08-2011, 16:47
Tłumaczenie literatury może stracić na wartości lub zyskać, to oczywiste. Język jest elastyczny, odbierany subiektywnie w zależności od typu czytelnika. Jeśli chodzi o beletrystykę, to też uważam, że najważniejsza będzie płynność czytania, a chyba mało kto ze zwykłych odbiorców szuka informacji, aby coś wyjaśnić (to chyba nawyk "językowców"?), więc parę przypisów w pobliżu nikomu nie zaszkodzi.
Dobre tłumaczenie literackie będzie takie, po którym w życiu byśmy się nie spodziewali,że to tłumaczenie;)

Jeżeli mowa o płynności czytania w beletrystyce jestem skłonny się z Tobą zgodzić, choć mam pewne zastrzeżenia. Otóż zdarza się, że stawiając ową płynność jako priorytet tłumacz traci z oczu "charakter"dzieła. Sam jestem zdania, że oddanie sposobu w jaki dany utwór został napisany, jak również kulturowych "smaczków". Do drugie jest o wiele łatwiejsze do oddania, choćby poprzez zastosowanie przypisów - o ile według mnie są one nie do przyjęcia w poezji, o tyle sprawdzają się wyśmienicie w prozie (myślę tutaj o świetnym tłumaczeniu "Good Omens" na język polski). Z pierwszym jest jednak poważny problem, szczególnie jeśli przychodzi tłumaczyć tekst na język obcy. Znajomość konwencji i dopuszczalnych stylów pisania w prozie jest sprawą absolutnie kluczową - trzeba się ich trzymać bo to właśnie one nadają "płynność" dziełu. Kłóci się to często właśnie z "charakterem" - specyficznym sposobem pisania, rozwlekłymi zdaniami, używaniem archaizmów itp.

Niestety, często tłumacze zbyt mocno ingerują w tekst poświęcając "charakter" na rzecz płynności. W rezultacie otrzymujemy dzieła strywializowane, które się - owszem - przyjemnie czyta, ale niewiele ponad to.

martyna0512
07-08-2011, 19:11
Nawiązując do wypowiedzi MathiasR, muszę przyznać, że uważam niepowtarzalny charakter tekstu za ważniejsze kryterium niż płynność czytania. Owszem, idealne tłumaczenie to takie, które spełnia oba te wymagania.
Jednak dla mnie większy wpływ na sukces książki ma interesująca forma i oddanie nastroju. A przecież nastrój także wpływa na odbiór tekstu.

kamilajka
07-09-2011, 10:06
A ja tak się zastanawiam, na ile w tekście - poezji, prozie - obecny jest poeta, autor. Na ile jego dzieło odzwierciedla dany okres życia, sytuacji w państwie i jego własne związane z tym odczucia i refleksje. Oczywiście proporcja i zawartość tych czynników będzie różna w poezji i prozie, a także w każdym oddzielnie rozpatrywanym dziele.
W tekstach literackich częściej chyba niż w innych tekstach (choć może to sporna teza) odbija się osoba samego autora. A więc zadaniem tłumacza byłoby nie tylko przekazanie formy/treści, zabawy językiem, ale i zapoznanie się z samym autorem, jego życiem. Co do prozy niezbędna jest zapewne również znajomość sytuacji państwa, kultury. W niektórych tekstach jest zawarta krytyka panującego ustroju.
Wychodzi na to, że tłumacz powinien być nie tylko poetą, ale i badaczem epoki, osoby autora.
Co sądzicie o tym?

MathiasR
07-09-2011, 10:57
A ja tak się zastanawiam, na ile w tekście - poezji, prozie - obecny jest poeta, autor. Na ile jego dzieło odzwierciedla dany okres życia, sytuacji w państwie i jego własne związane z tym odczucia i refleksje. Oczywiście proporcja i zawartość tych czynników będzie różna w poezji i prozie, a także w każdym oddzielnie rozpatrywanym dziele.
W tekstach literackich częściej chyba niż w innych tekstach (choć może to sporna teza) odbija się osoba samego autora. A więc zadaniem tłumacza byłoby nie tylko przekazanie formy/treści, zabawy językiem, ale i zapoznanie się z samym autorem, jego życiem. Co do prozy niezbędna jest zapewne również znajomość sytuacji państwa, kultury. W niektórych tekstach jest zawarta krytyka panującego ustroju.
Wychodzi na to, że tłumacz powinien być nie tylko poetą, ale i badaczem epoki, osoby autora.
Co sądzicie o tym?

Oczywiście, masz rację! Ważnym jest by tłumacz znał dorobek literacki autora, jak i kontekst w którym jego twórczość powstawała. Już sama znajomość nurtu do którego dane dzieło należy dostarcza wielu istotnych informacji o nim, nie mówiąc o stanie emocjonalnym w którym się znajdował w wyniku zawirowań historii. Wbrew pozorom jest to nie tylko ważne w przypadku dzieł opartych w dużym stopniu na faktach, takich jak "Blaszany bębenek" Guntera Grassa, czy "Imperium Słońca" J. G. Ballarda, ale też
w przypadku prozy, wydawałoby się, całkowicie od rzeczywistości oderwanej. Przykład negatywny: absolutnie karygodne tłumaczenie "Władcy Pierścieni" przez Łozińskiego - toż od samego początku widać, że tłumacz nie wie co tak naprawdę tłumaczy. Przykład pozytywny: "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa tłumaczone przez Irene Lewandowską i Witolda Dąbrowskiego (Wyd. Biblioteka Narodowa) - tłumacze świetnie rozumieli dzieło i realia jego powstania.

Ach... żeby się znalazł ktoś dość zdolny, żeby przełożyć wiernie opowiadanie Sapkowskiego na angielski.

theWitcher
07-09-2011, 11:57
A ja tak się zastanawiam, na ile w tekście - poezji, prozie - obecny jest poeta, autor. Na ile jego dzieło odzwierciedla dany okres życia, sytuacji w państwie i jego własne związane z tym odczucia i refleksje. Oczywiście proporcja i zawartość tych czynników będzie różna w poezji i prozie, a także w każdym oddzielnie rozpatrywanym dziele.
W tekstach literackich częściej chyba niż w innych tekstach (choć może to sporna teza) odbija się osoba samego autora. A więc zadaniem tłumacza byłoby nie tylko przekazanie formy/treści, zabawy językiem, ale i zapoznanie się z samym autorem, jego życiem. Co do prozy niezbędna jest zapewne również znajomość sytuacji państwa, kultury. W niektórych tekstach jest zawarta krytyka panującego ustroju.
Wychodzi na to, że tłumacz powinien być nie tylko poetą, ale i badaczem epoki, osoby autora.
Co sądzicie o tym?

Tutaj wkraczamy raczej na poletko metodologii badań literackich jako takiej, zastanawiając się - czy życie autora miało wpływ na jego twórczość, czy jego poglądy są poglądami wyrażanymi przez postacie, najogólniej rzecz biorąc - czy na dany tekst powinniśmy patrzeć przez pryzmat autora, czy raczej powinniśmy to pominąć. Różne do tego są podejścia, różne na to są poglądy. Moim zdaniem osoby autora nigdy wycinać się nie powinno, chcąc nie chcąc - jego życie miało wpływ na jego twórczość, a znajomość tegoż życia i ewentualnych realiów kulturowych nigdy nie zaszkodzi.



(...)
Przykład negatywny: absolutnie karygodne tłumaczenie "Władcy Pierścieni" przez Łozińskiego - toż od samego początku widać, że tłumacz nie wie co tak naprawdę tłumaczy. Przykład pozytywny: "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa tłumaczone przez Irene Lewandowską i Witolda Dąbrowskiego (Wyd. Biblioteka Narodowa) - tłumacze świetnie rozumieli dzieło i realia jego powstania.

Ach... żeby się znalazł ktoś dość zdolny, żeby przełożyć wiernie opowiadanie Sapkowskiego na angielski.


Wydaje mi się, że Łoziński dokładnie wiedział co robi, tłumaczył wszystko z premedytacją. Zbyt mocno i forsownie chciał spolszczyć Władcę, który jest po prostu "niespolszczalny", bo każda osoba go czytająca ma jednak świadomość, że jest to tekst angielski i doczepianie na siłę stworzonych polskobrzmiących nazw własnych jest skazane na porażkę. Jakkolwiek kiepskie by to tłumaczenie nie było, Łoziński dobre chęci miał.... Chyba.


http://en.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Sapkowski
Tłumaczenie na angielski jest in progress, zapewne na fali Witcher'a jako gry komputerowej.
Pesymistycznie wydaje mi się, że tłumaczenie Wiedźmina będzie co najwyżej poprawne... Nigdy do końca nie uda się przełożyć/oddać specyficznego klimatu wykreowanego przez Sapkowskiego. Nie mniej - brawa za odwagę.

MathiasR
07-09-2011, 22:37
Tutaj wkraczamy raczej na poletko metodologii badań literackich jako takiej, zastanawiając się - czy życie autora miało wpływ na jego twórczość, czy jego poglądy są poglądami wyrażanymi przez postacie, najogólniej rzecz biorąc - czy na dany tekst powinniśmy patrzeć przez pryzmat autora, czy raczej powinniśmy to pominąć. Różne do tego są podejścia, różne na to są poglądy. Moim zdaniem osoby autora nigdy wycinać się nie powinno, chcąc nie chcąc - jego życie miało wpływ na jego twórczość, a znajomość tegoż życia i ewentualnych realiów kulturowych nigdy nie zaszkodzi.






Wydaje mi się, że Łoziński dokładnie wiedział co robi, tłumaczył wszystko z premedytacją. Zbyt mocno i forsownie chciał spolszczyć Władcę, który jest po prostu "niespolszczalny", bo każda osoba go czytająca ma jednak świadomość, że jest to tekst angielski i doczepianie na siłę stworzonych polskobrzmiących nazw własnych jest skazane na porażkę. Jakkolwiek kiepskie by to tłumaczenie nie było, Łoziński dobre chęci miał.... Chyba.

Chęci to on mógł mieć, ale faktem jest, że nie zrozumiał kontekstu w jakim powieści zostały stworzone przez co spolszczał ją na siłę. Pominął on warstwę kulturową dzieła oraz to w jakim klimacie była tworzona. Efekt był potworny.


http://en.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Sapkowski
Tłumaczenie na angielski jest in progress, zapewne na fali Witcher'a jako gry komputerowej.
Pesymistycznie wydaje mi się, że tłumaczenie Wiedźmina będzie co najwyżej poprawne... Nigdy do końca nie uda się przełożyć/oddać specyficznego klimatu wykreowanego przez Sapkowskiego. Nie mniej - brawa za odwagę.

Wiem, znam, czytałem... Muszę powiedzieć, że większość mojej krytyki faworyzowania "płynności" w tłumaczeniu bierze się właśnie z przekładu "Miecza Przeznaczenia" i "Krwi Elfów". Naturalnie łatwo stawić się w pozycji krytyka, samemu nie będąc w stanie wyprodukować nic lepszego, ale faktem jest, iż tłumaczenia nie są nawet w połowie tak ciekawe jak oryginał. Czyta się je, owszem, nawet fajnie ale nie jest to poziom wykraczający ponad zwykły "pulp fiction" serwowany przez anglojęzycznych autorów takich Troy Danning, czy David Gaider. Szkoda, bo sądzę, że twórczość Sapkowskiego dorównuje przynajmniej średnim dziełom pisarzy pokroju Terry'ego Pratcheta, Neila Gaimana, Susanny Clarke czy China Miéville'a.

JustynaL
07-10-2011, 13:36
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że jest to zajęcie dla osób z wyobraźnią. Szczególnie, jeśli chodzi o wspomniane już bajki czy inne utwory dla dzieci. Tłumacz cały czas musi pamiętać o wieku swoich odbiorców. Zastosowanie prostego słownictwa nie zawsze jest proste.
Zdecydowanie łatwiej jest osobom, które na co dzień przebywają w towarzystwie dzieci. Pozostali mają, niestety, ciężki orzech do zgryzienia.

Niekoniecznie. Tutaj większym atutem jest wyobraźnia i umiejętność przekazania "świata", który MOŻE, ale nie musi wyobrazić sobie dziecko. Przebywając z dziećmi podłapiesz język, specyficzne wyrażenia, których używają, ale nie użyjesz ich wszystkich w tłumaczeniu. Poza tym, każda grupa/ klasa dzieci ma swój specyficzny sposób mówienia i to co podoba się jednej grupie niekoniecznie musi podobać się drugiej.

empresstamika
07-10-2011, 14:02
Tutaj wkraczamy raczej na poletko metodologii badań literackich jako takiej, zastanawiając się - czy życie autora miało wpływ na jego twórczość, czy jego poglądy są poglądami wyrażanymi przez postacie, najogólniej rzecz biorąc - czy na dany tekst powinniśmy patrzeć przez pryzmat autora, czy raczej powinniśmy to pominąć. Różne do tego są podejścia, różne na to są poglądy. Moim zdaniem osoby autora nigdy wycinać się nie powinno, chcąc nie chcąc - jego życie miało wpływ na jego twórczość, a znajomość tegoż życia i ewentualnych realiów kulturowych nigdy nie zaszkodzi.

Racja, TheWitcher, absolutnie priorytetowym zadaniem tłumacza literatury jest orientacja, co ma zamiar przetłumaczyć, kto, po co i w jakich warunkach napisał dany tekst. Dzięki temu zrozumie, o co chodzi w danym utworze, a to podstawa, bez której tłumacz w ogóle nie powinien zabierać się za pracę! :) Bez znajomości kontekstu i zapoznania się z biografią, twórczością autora pewnie da się przetłumaczyć tekst jako tekst, ale czy to będzie naprawdę dobre tłumaczenie? Czy odda tak zwanego ducha utworu oraz wszystkie jego smaczki? Literatura to nie zbiór latających w przestrzeni, oderwanych od siebie tekstowych elektronów - to raczej sieć powiązań i nawiązań między tekstami i osobami. Chcąc nie chcąc, tłumacz musi być w pewnym stopniu literaturoznawcą.

[QUOTE=JustynaL;38599]Moim zdaniem, Kubuś Puchatek już na stałe wszedł do naszej kultury, wszelka zmiana na Kubusię/ Fredzię (bo taką opcję też gdzieś słyszałam) po prostu nie przeszłaby bo kto z nas czytał Kubusia w oryginale gdy był dzieckiem? Ludzie i dzieci znają Kubusia a nie Kubusię, więc to im nie pasuje. Z tego co pamiętam, to w tym przypadku tłumacz użył bardzo "wyobraźni" czy pozmieniał trochę rzeczy i tak zostało.

Ponieważ nie jestem specjalistką od kultury anglosaskiej, nie wiedziałam, że Kubuś w oryginale nosi dziewczęce imię (choć jak teraz patrzę na imię Winnie, to aż dziwi mnie, że wcześniej tego nie zauważyłam). Kto powiedział, że to by się nie przyjęło? Myślę, że jest wiele osób, które chętnie poznałyby genderowo zmienioną wersję Kubusi(a). Gdyby faktycznie okazało się, że Kubuś to dziewczynka, to z punktu widzenia feminizmu nowe tłumaczenie tej książki mogłoby stworzyć zupełnie nową jakość, nowe znaczenia, uderzyć beczką miodu w patriarchat!
Z tego, co się doczytałam, Winnie, choć faktycznie ma żeńskie imię, w zamyśle autora jest misiem rodzaju męskiego. Ale nawet jeśli to "tylko tyle", to i tak tłumaczenie Adamczyk jest pomysłem bardzo ciekawym i idealnie wpisuje się w nurt badań queerowych.

Widać teraz, jak trudne jest zadanie tłumacza literatury - swoją (dobrą lub złą) pracą może wpłynąć na wyobraźnię całych pokoleń, a to potem bardzo trudno odkręcić - to wielka odpowiedzialność! :D

MathiasR
07-10-2011, 22:27
Ponieważ nie jestem specjalistką od kultury anglosaskiej, nie wiedziałam, że Kubuś w oryginale nosi dziewczęce imię (choć jak teraz patrzę na imię Winnie, to aż dziwi mnie, że wcześniej tego nie zauważyłam). Kto powiedział, że to by się nie przyjęło? Myślę, że jest wiele osób, które chętnie poznałyby genderowo zmienioną wersję Kubusi(a). Gdyby faktycznie okazało się, że Kubuś to dziewczynka, to z punktu widzenia feminizmu nowe tłumaczenie tej książki mogłoby stworzyć zupełnie nową jakość, nowe znaczenia, uderzyć beczką miodu w patriarchat!
Z tego, co się doczytałam, Winnie, choć faktycznie ma żeńskie imię, w zamyśle autora jest misiem rodzaju męskiego. Ale nawet jeśli to "tylko tyle", to i tak tłumaczenie Adamczyk jest pomysłem bardzo ciekawym i idealnie wpisuje się w nurt badań queerowych.

Hahaha. :D Nie poszedłbym tak daleko w interpretacji biednego Kubusia. Adamczyk może i pomyłkę popełniła, ale z Twoich obserwacji wynika, że była ona bez znaczenia z punktu widzenia czysto kulturowego.

Inna sprawa, że obie wersje czyta się jakoś tak... inaczej. Sam mam w domu dwa tłumaczenia "Winnie the Pooh" - Kubusia i ową nieszczęsną Fredzię. Jako dziecko nie mogłem uwierzyć, że to jedna i ta sama książka. Kubuś jest lepszy. ;)

Widać teraz, jak trudne jest zadanie tłumacza literatury - swoją (dobrą lub złą) pracą może wpłynąć na wyobraźnię całych pokoleń, a to potem bardzo trudno odkręcić - to wielka odpowiedzialność! :D

Oj tam! Sądzę że w dzisiejszych czasach, w dobie mas mediów i zalewu nas informacją, trudno znaleźć jedną publikację, która miałaby wpływ na masy. Niestety, era legendarnych tłumaczeń i tłumaczy dobiega kresu.

kamilajka
07-10-2011, 22:33
Oj tam! Sądzę że w dzisiejszych czasach, w dobie mas mediów i zalewu nas informacją, trudno znaleźć jedną publikację, która miałaby wpływ na masy.

A jednak... Wystarczy popatrzeć choćby na szał wokół "Harry Pottera".

A co do Kubusia, to sądzę, że zmiana imienia - a może i płci - Kubusia Puchatka na rodzaj żeński byłaby bardziej propozycją dla dorosłych, których taki eksperyment może zainteresować. Dla dzieciaków i tak Kubuś zostanie Kubusiem.

martyna0512
07-10-2011, 22:47
Kubuś Puchatek to postać z mojego dzieciństwa i jakoś trudno wyobrazić mi sobie, żeby był dziewczynką...

Co do publikacji wywierających wpływ na masy, to nie jestem przekonana, czy rzeczywiście takie pozycje istnieją współcześnie. Owszem, "Harry Potter" czy choćby "Zmierzch" to bez wątpienia obecnie kultowe książki. Ale czy wywarły znaczący wpływ na społeczeństwo...?
Może jedynie fakt, że wzrosła ilość młodych czytelników, przyciągniętych przez interesujące historie. Wątpię jednak, żeby zmieniły one czyjś światopogląd.

gaja083
07-11-2011, 00:47
W przypadku Kubusia to rowniez uwazam, ze dotychczasowe tlumaczenia stanowia juz czesc oryginanego dyskursu, zatem zmienianie nazwy bohatera uwazam za niepotrzebna ingerencje, niejako bez uwzglednienia pewnego rodzaju kontekstu kulturowego, jakim bez watpienia jest istnienie nazwy Kubus Puchatek i dotychczasowa "historie" bohatera. Jest to wg mnie bardzo ciekawy przyklad niepotrzebnej nadgorliwosci i precyzji tlumaczeniowej, bez uwzglednienia realiow.

Ponieważ nie jestem specjalistką od kultury anglosaskiej, nie wiedziałam, że Kubuś w oryginale nosi dziewczęce imię (choć jak teraz patrzę na imię Winnie, to aż dziwi mnie, że wcześniej tego nie zauważyłam). Kto powiedział, że to by się nie przyjęło? Myślę, że jest wiele osób, które chętnie poznałyby genderowo zmienioną wersję Kubusi(a). Gdyby faktycznie okazało się, że Kubuś to dziewczynka, to z punktu widzenia feminizmu nowe tłumaczenie tej książki mogłoby stworzyć zupełnie nową jakość, nowe znaczenia, uderzyć beczką miodu w patriarchat!
Z tego, co się doczytałam, Winnie, choć faktycznie ma żeńskie imię, w zamyśle autora jest misiem rodzaju męskiego. Ale nawet jeśli to "tylko tyle", to i tak tłumaczenie Adamczyk jest pomysłem bardzo ciekawym i idealnie wpisuje się w nurt badań queerowych.

Widać teraz, jak trudne jest zadanie tłumacza literatury - swoją (dobrą lub złą) pracą może wpłynąć na wyobraźnię całych pokoleń, a to potem bardzo trudno odkręcić - to wielka odpowiedzialność! :D


Mysle, ze okreslenie Kubusia jako dziewczynke byloby pewnego rodzaju podwazeniem postaci i dotychczasowych tlumaczen. Uwazam, ze w imie integralnosci bohtera nalezy poswiecic precyzje, aby zachowac wszelkie konotacje jakie owa postac zyskala przez lata istnienia w naszej swiadomosci.

Zgadzam się, że niekiedy trzeba "obejść" słowa oryginału i wymyślić coś nowego. Oczywiście tak, aby było jak najbliższe tekstowi wyjściowemu zarówno treścią, jak i formą. To niesamowite, jak niektórzy tłumacze radzą sobie z trudnymi to przełożenia tekstami, zachowując przy tym i rymy, i ilość sylab, i wydźwięk poetycki i emocjonalny. Dobrym przykładem takich "gier" w wymyślanie jest fragment dzieła Jamesa Joyca "Portrait of the artist as a young man":

He hid under the table. His mother said:
—O, Stephen will apologize. (...) if not, the eagles will come and pull out his eyes.

Pull out his eyes,
Apologize,
Apologize,
Pull out his eyes.

przełożony przez Zygmunta Allana na:

Schował się pod stół. Matka na to:
- O, Stefan się boczy. (...) jeżeli nie przestanie, to orły przylecą i wydzióbią mu oczy.

Wydzióbią mu oczy,
Stefan się boczy,
Stefan się boczy,
Wydzióbią mu oczy.


Tłumacz wiedział, że dla zachowania formy dziecięcej rymowanki może nieco zmienić tekst, a konkretniej słowo "apologize", które nie miało kluczowego znaczenia dla treści fragmentu.

Jeśli zaś chodzi o gry słowne, takie jak przytoczony powyżej problem z różnymi znaczeniami słowa "północ", wydaje mi się, że jest to sprawa dużo trudniejsza. Oddanie sensu takiego tekstu, i to w sposób zrozumiały dla obcojęzycznego czytelnika, wymaga przeogromnej wiedzy, i to nie tylko językowej, lecz także znajomości kultury krajów zarówno pisarza, jak i odbiorcy.

theWitcher
07-11-2011, 08:22
Oj tam! Sądzę że w dzisiejszych czasach, w dobie mas mediów i zalewu nas informacją, trudno znaleźć jedną publikację, która miałaby wpływ na masy. Niestety, era legendarnych tłumaczeń i tłumaczy dobiega kresu.

Wszystko co miało zostać przetłumaczone, zostało już przetłumaczone? To takie trochę pesymistyczne podejście, nie zostawiające za dużo miejsca na jakieś światełko w tunelu. Ja bez większego wahania do kategorii legendarnych tłumaczeń wrzuciłbym wspomnianego już Harry'ego Potter'a (bo to zaiste kawał świetnej roboty), ale i np. Shreka. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że oba te tłumaczenia mogą być stawiane za wzór młodym, aspirującym tłumaczom.


Co do Kubusia vel Fredzi - oryginalne tłumaczenie jest zbyt mocno ugruntowane (łącznie np. z piosenką:D) by można je było zmienić.

martyna0512
07-11-2011, 08:33
A propos Shreka, myślę, że tłumaczenie tekstów komediowych to też nie lada wyzwanie. Aby przetłumaczyć dowcip (nawet sytuacyjny) zachowując puentę, trzeba doskonale znać realia, kulturę, poczucie humoru obu obszarów językowych. W razie potrzeb nie unikniona będzie modyfikacja. Przecież to, co śmieszy Polaków nie koniecznie musi bawić Francuzów czy Brytyjczyków.

kamilajka
07-11-2011, 11:40
Kubuś Puchatek to postać z mojego dzieciństwa i jakoś trudno wyobrazić mi sobie, żeby był dziewczynką...

Mi też... :)

Co do publikacji wywierających wpływ na masy, to nie jestem przekonana, czy rzeczywiście takie pozycje istnieją współcześnie. Owszem, "Harry Potter" czy choćby "Zmierzch" to bez wątpienia obecnie kultowe książki. Ale czy wywarły znaczący wpływ na społeczeństwo...?
Może jedynie fakt, że wzrosła ilość młodych czytelników, przyciągniętych przez interesujące historie. Wątpię jednak, żeby zmieniły one czyjś światopogląd.

Wydaje mi się, że ten wpływ jest najsilniejszy w stosunku do dzieci. O ile społeczeństwa dorosłych może nie zmienią, to możliwe, że dzieci mogą być podatne na wpływ takich książek. W dwóch podanych przez Ciebie książkach jest nieco zatarta granica między dobrem a złem, no i magia pokazana jest jako coś realnego, atrakcyjnego. Dodam, że to moje wrażenie, którego prawdziwość pokaże czas. Ale według mnie tradycyjne wartości w obecnej kulturze (takie jak rodzina, etc.) nieco się zmieniają.

Ale to tak naprawdę temat na inny wątek, a może i nieco inne forum.

olakubiec
07-11-2011, 11:55
Zgadzam się z wypowiedzią Martyny, uważam, że największe pole,a może jedno z większych do popisu mają dzisiaj właśnie tłumacze tekstów filmowych, twórcy dubbingów, którzy dostosowują humor do realiów kraju lub grupy odbiorców. W przypadku polskich przekładów jesteśmy w ścisłej światowej czołówce, polskie wersje, zwłaszcza filmów animowanych, zdobywają liczne nagrody, jak chociażby niedawno- najnowsza część " Aut 2". A jeśli chodzi o wpływ książek na masy- być może popularne dziś tytuły nie mają nadzwyczajnego wpływu na los społeczeństw, bieg historii, ale podobnie jak było dawniej z książkami dla dzieci- pewne tytuły stają się popularne wśród młodzieży lub dzieci, te wymieniają się nimi w szkole, na koloniach itd, a przez to czyta je coraz więcej i więcej osób. Kiedyś takimi "hitami" były Ania z Zielonego Wzgórza, Przygody marka Piegusa czy Dzieci z Bullerbyn, dziś przyszedł czas właśnie na wspomnianego Harrego Pottera. Z książkami jest jak z innymi dziedzinami naszego życia- moda się zmienia i trzeba spróbować się z nią zmierzyć :D

empresstamika
07-11-2011, 12:28
Tak mnie zafascynowała ta sprawa z Kubusiem/Fredzią, że dorwałam wczoraj przekład Winnie-the-Pooh autorstwa Moniki Adamczyk. MathiasR - mówisz, że posiadasz obie wersje - wystarczy przeczytać rozdział OD TŁUMACZA, żeby dowiedzieć się, jaki był zamysł Adamczyk. Mnie ona przekonała.
Po pierwsze, nie jest jej celem kwestionowanie przekładu (a raczej, jak zauważa, udanej adaptacji) pani Tuwim - to dwie różne książki. Adamczyk mówi jedynie o różnicach je dzielących, czyli przede wszystkim o tym, że Tuwim skierowała swój przekład raczej dla dzieci, podczas gdy Adamczyk ma na względzie również czytelniczą przyjemność dorosłych. Adamczyk stara się więc zbliżyć swój tekst do oryginału, unikając stosowania zdrobnień, dziecinnego języka oraz starając się oddać dwu i wieloznaczności zawarte w wersji oryginalnej.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jak pisze Adamczyk: "Imię tytułowego bohatera jest więc kluczem do całej książki - wprowadza nas w inne absurdy, kalambury i paradoksy". Tak więc Fredzia może, ale wcale nie musi być ani chłopcem, ani dziewczynką. Zresztą, czy ta wiedza na temat płci jest nam naprawdę potrzebna? Jeśli myśli się w sposób konserwatywny i dzieli się świat na męski i żeński, to tak. Ale spróbujcie na chwilę przestać tupać nóżką, (bo nie można zmieniać tego, do czego się przyzwyczailiśmy, nie i już!), spróbujcie odejść od tego binarnego porządku, a książka Milne'a przestanie być "jedynie" Waszą dziecięcą lekturą, a stanie się krainą intelektualnych przygód, interpretacji swobodnych, samodzielnych, a nie podanych na tacy interpretacji.

"Fredzia Phi-Phi.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem jego imię, powiedziałem to, co wy właśnie zamierzacie powiedzieć:
— A ja myślałem, że to chłopiec.
— Ja też — odparł Krzysztof Robin.
— W takim razie nie możesz na/sywać go Fredzią.
— Nie nazywam.
— Powiedziałeś przecież...
— To jest Fredzia Phi-Phi. Nie wiesz, co to znaczy?
— Aha, no tak, teraz już wiem — odparłem szybko.
— I mam nadzieję, że wy też wiecie, bowiem jest to jedyne wyjaśnienie, jakie otrzymacie."

Rozumiecie coś z tego? Jak nie, to dobrze, bo o to tu chodzi!:)

kamilajka
07-11-2011, 15:04
Tak mnie zafascynowała ta sprawa z Kubusiem/Fredzią, że dorwałam wczoraj przekład Winnie-the-Pooh autorstwa Moniki Adamczyk. MathiasR - mówisz, że posiadasz obie wersje - wystarczy przeczytać rozdział OD TŁUMACZA, żeby dowiedzieć się, jaki był zamysł Adamczyk. Mnie ona przekonała. (...)

"Fredzia Phi-Phi.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem jego imię, powiedziałem to, co wy właśnie zamierzacie powiedzieć:
— A ja myślałem, że to chłopiec.
— Ja też — odparł Krzysztof Robin.
— W takim razie nie możesz na/sywać go Fredzią.
— Nie nazywam.
— Powiedziałeś przecież...
— To jest Fredzia Phi-Phi. Nie wiesz, co to znaczy?
— Aha, no tak, teraz już wiem — odparłem szybko.
— I mam nadzieję, że wy też wiecie, bowiem jest to jedyne wyjaśnienie, jakie otrzymacie."


Dziękuję za przytoczenie tego cytatu! Wypadł mi z pamięci, a rzeczywiście trochę zmienia to optykę patrzenia na całe zagadnienie Kubusia/Kubusi. No i muszę przyznać, że takie "eksperymenty" w tłumaczeniu dla dorosłych to zupełnie inna sprawa, niż stwarzanie na nowo - w nieco zmienionej wersji - bajki naszego dzieciństwa.

kasia_rogal
07-14-2011, 11:30
Ja z kolei wzdragam się na myśl, że Kubuś miałby być nazywany Fredzią Phi Phi. Nie chodzi tylko o zmianę imienia - uważam, że samo imię jest nieco nietrafione i przede wszystkim ma niesympatyczny wydźwięk. Nie brzmi równie dobrze jak oryginał.

silviabroom
07-19-2011, 13:22
Nawiązując do wypowiedzi Purple.. tłumaczenia literackie mogą być wielkim wyzwaniem i eksperymentem dla tłumacza, ale mogą też przyprawić o ból głowy. Mnie na przykład trudno byłoby przetłumaczyć wiersz Cummingsa. Spójrzcie:
n

n
OthI
n

g can

s
urPas
s

the m

y
SteR
y

of

s
tilLnes
s

Kira
07-23-2011, 15:29
Musimy jeszcze pamiętać, że sukces tłumaczenia to nie tylko kompetencje tłumacza ale również zdolność czytelnika do odpowiedniego odbioru treści. Przeciętny "czytacz" nie zdaje sobie sprawy ze wszystkich formalnych wymogów jakie spełniać musi dobre tłumaczenie; czytając odbiera naturalność tekstu niejako przez osmozę ;) Tłumacz musi rozumieć test "wyraźniej" i byś świadomym wszystkich tekstowych i językowych mechanizmów jakie wchodzą w grę.
Cały ambaras w tym, by efekt końcowy tłumaczenia odpowiadał jak największej liczbie odbiorców prezentujących różne potrzeby czy poziomy intelektualne, bo o to chodzi w tłumaczeniu - by "dzielić się" literaturą, poglądami, koncepcjami itd. z innymi.
Stąd myślę, że tłumaczenia literackie to trudne i wymagające zadanie, tłumacz często nie ma możliwości kontaktu z autorem oryginału; łatwo jest się pogubić w sensie tłumaczonej treści i nie zrozumieć myśli autora. Równie istotne co techniczne przetłumaczenie treści jest jej zrozumienie, a to nie każdemu tłumaczowi już się udaje.

- czyli o obciążeniach, umiejętnościach, wpadkach, satysfakcji........ blaskach i cieniach tłumacza literackiego wg tłumaczki, recenzentki i felietonistki Pauliny Braiter :)

http://komiks.nast.pl/artykul/3966/Kazdy-nowy-tekst-to-jakas-przygoda-wywiad-z-Paulina-Braiter/

isabelle
07-26-2011, 20:39
Nawiązując do wypowiedzi Purple.. tłumaczenia literackie mogą być wielkim wyzwaniem i eksperymentem dla tłumacza, ale mogą też przyprawić o ból głowy. Mnie na przykład trudno byłoby przetłumaczyć wiersz Cummingsa. Spójrzcie:
n

n
OthI
n

g can

s
urPas
s

the m

y
SteR
y

of

s
tilLnes
s
Twój przykład poezji jest dowodem na to, że nie każdy może się brać za jej tłumaczenie. myślę, że do tego tez trzeba mieć smykałkę. to w pewnym sensie trochę też być poetą - żeby mieć tę lekkość pióra i umiejętność oddania tego co wyraża autor. najlepiej w sposób raczej zbliżony do niego (tu dochodzi tez kwestia formy i stylistyki, często metafor czy wyrażeń nie do przeniesienia na inny język). all in all, tłumaczenie poezji... ambitna misja!